sobota, 6 listopada 2010

Za chlebem

Przed chwilą wróciłam z Ogólnopolskiej Ekumenicznej Konferencji Kobiet, która odbywała się tuż za miedzą, w Konstancinie-Jeziornie.
To nie było moje pierwsze spotkanie w tym gronie i raczej nie ostatnie. Zawsze ‘ciągnie mnie’ tam, gdzie zgromadzają się kobiety. A jeżeli, przy okazji, mogę wysłuchać prelekcji na ciekawy temat, to tylko jakiś kataklizm może stanąć mi na przeszkodzie :-). Rok temu temat brzmiał „Zdrowie kobiety”. A tym razem - „Emigracja zarobkowa”.

Konkretnie: Emigracja zarobkowa - skala zjawiska - problemy socjologiczno-psychologiczne. Prelegentem był dr Olgierd Benedyktowicz (psycholog, psychoterapeuta; mi znany jako wykładowca z ChAT-u). W swoim referacie dr Benedyktowicz poczynił trzy zasadnicze rozróżnienia pomiędzy emigracją XIX wieczną, emigracją za czasów tzw. komuny oraz obecną (współczesną) emigracją. Omówił główne problemy emigracyjne tam i konsekwencje psychologiczne tu wśród pozostałych członków rodziny. Na koniec pozostawił omówienie roli Kościoła.

W emigracji XIX wiecznej zdecydowanie chodziło o poprawę losu. Jej przebiegowi towarzyszyła nieodwracalność decyzji - nie myślało się o powrocie. Nie było takiej opcji. To było przykre i bolesne, ale jednocześnie dające komfort doświadczenie. Emigracja była decyzją jednorazową, jednoznaczną w swoim sensie i dającą psychologiczny komfort nieodwracalności. Cechą charakterystyczną tej emigracji było też to, że pierwsze pokolenie emigrantów poświęcało się na rzecz drugiego pokolenia.

W emigracji politycznej też wyraźny był czynnik jednorazowości. Kto myślałby o powrocie do ‘komuny’? Dodatkowo emigrację tę cechowało wiele pozytywnych bodźców. Atrakcyjność nowego miejsca. Powstała przez lata przepaść pomiędzy tym co tutaj, a tym, co na zachodzie miała znaczenie motywujące. Ważnym czynnikiem był aspekt polityczny tej emigracji - zagwarantowana wolność. Tym bardziej, jeśli okupiona była „przeczołgiwaniem się” po urzędach paszportowych czy konsulatach. (Teraz wystarczy mieć dowód w garści.) Potem, kiedy system w kraju się zmienił i możliwy okazał się powrót (albo odwiedziny), to przyjazd do swoich ‘w chwale’ podnosił poczucie własnej wartości; pogłębiał komfort psychologiczny poczynionej wcześniej trudnej decyzji.

Emigracja współczesna ma zupełnie odmienny charakter. Teraz podróżowanie „za chlebem” za granicę, to nie jest wielka sprawa. Nie wymaga ono wysiłku, poświęcenia i determinacji. Przekroczenie granicy jest łatwe - nie jest się już na łasce czy niełasce WOPisty. Jedziemy na trochę. Pozwolenie na pracę jest. Działają dobre systemy pomocy socjalnej, z których można swobodnie korzystać (co działa demobilizująco). Przepaść pomiędzy wschodem a zachodem zatarła się. Tesco w Londynie jest dokładnie takie samo jak Tesco w Warszawie. Środowisko jest podobne. Kwestia komunikacji w dobie telefonii komórkowej i Internetu nie stanowi żadnego problemu. Decyzja o emigracji nie ma już charakteru jednoznacznego - niewielu się na takową decyduje. Emigracja przybiera częściej formy tymczasowości. Na zasadzie: „A nuż mi się powiedzie, jeśli nie to wrócę”. Jeśli zna się język, ma się dobre wykształcenie i wsparcie rodziny - to może się powieść. Jednak statystyki pokazują, że większości osób się nie wiedzie. Ciekawe zjawisko - nowa emigracja nie chce mieć nic wspólnego z „Polonią”.

A co z tymi, co pozostają? Jakie są zauważalne psychologiczne konsekwencje dla rodziny?
- brak ojców wpływa na zaburzenie rozwoju psychologicznego u chłopców w sensie identyfikacji (dziewczynki radzą sobie lepiej);
- zatraca się bezinteresowność pomiędzy małżonkami; następują zmiany w relacjach małżeńskich (mąż staje się sponsorem dla żony, która jest daleko, ale zaspokojenia emocjonalnego szuka u kogoś, kto jest bliżej; pojawia się coś w rodzaju przyzwolenia z drugiej strony na tę sytuację, która i tak wcześniej czy później zakończy się rozpadem małżeństwa);
- pojawiają się tzw. eurosieroty, w 2007r. aż 1299 dzieci znalazło się w Domach Dziecka i w Rodzinach Zastępczych, z powodu rozdzielenia rodziny;
- w 2007r. wyjechało aż 2mln. Polaków (za czasów wielkiej emigracji 7000);
- w niektórych częściach Polski zostają puste domy, zamierają małe społeczności;
- 110 tys. eurosierot zajmują się dziadkowie, którzy z punktu widzenia prawa nie są opiekunami, co stwarza wiele problemów prawnych np. przy przyjmowaniu do szkół czy szpitala;
- atrakcyjność dziadków polega na okresowych spotkaniach z nimi, ale stała opieka rodzi zaburzenia emocjonalne;
- i wiele, wiele innych.

Problemy tam:
- rywalizacja o pracę, konkurencja, Polacy na emigracji nie są jedną rodziną;
- pojawia się zjawisko eurostresu; Polacy załatwiają go kulturowo - alkoholem, ale sięgają też po narkotyki; pojawiają się depresje reaktywne, nerwice, apatia, poczucie marginalizacji; powstaje rozerwanie - wracać czy nie wracać; powroty z kolei bywają trudne: wstyd z powodu nie odniesionego sukcesu; żałuje się powrotu, powrotowi towarzyszą trudności w zaadaptowaniu się.

Rola Kościoła:
Kościół musi być aktywny, otwarty i przygotowany, bo jest na to ogromne zapotrzebowanie. Emigranci w pierwszym rzędzie (w pierwszym odruchu) zwracają się do Kościoła, zanim potem zwrócą się, gdzie indziej. Łatwiej iść tam, gdzie będzie się zrozumianym. Dlatego powstają nowe parafie tam, gdzie są  największe skupiska emigrantów. Wyjście do emigrantów to nowy paradygmat dla Kościoła. I wcale tu nie potrzeba profesjonalistów i przygotowania psychologicznego. Potrzebna jest otwarta osobowość, wrażliwość i dostępny kontakt.
Również przed Kościołem w Polsce stoi wyzwanie, bo będzie rosła emigracja do Polski. Dla wielu to właśnie nasz kraj jest ziemią obiecaną.

***

Bardzo cenię sobie to spotkanie. Moje myśli powędrowały ku bliskim mi młodym osobom, które są znanymi mi reprezentantami współczesnej emigracji. Patrząc na wybory, decyzje i losy niektórych z nich czuję smutek. I zauważam jeszcze jeden aspekt emigracji - rozluźnienie relacji z Kościołem, bo przecież to nie jest tak, że wokół nie ma kościołów. Są. Ale, wyobcowanie, anonimowość i inne przyziemne powody (ot, zwykłe lenistwo) sprawiają, że osoba na emigracji przestaje być częścią lokalnego kościoła. Miejsca, gdzie karmi się duchowo, dojrzewa, gdzie podlega autorytetowi przywództwa, gdzie służy i używa swoje dary. Łatwiej jest być gościem. A wtedy już nie trudno o zobojętnienie, ostygnięcie. Pójście na kompromis. Utratę integralności. I może tu jest rola dla Kościoła macierzystego, aby nawet na odległość umiał dbać i troszczyć się o swoich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.