wtorek, 18 czerwca 2013

Kącik dobrej książki

Janet i Geoff Benge, William Carey – Muszę jechać, Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2010

William Carey był zwykłym człowiekiem z nadzwyczajną wiarą. Nic więc dziwnego, że jego motto życiowe wciąż inspiruje wielu. Swoją pasję dla misji wyraził słowami: Spodziewaj się wielkich rzeczy od Boga, podejmuj się wielkich rzeczy dla Boga.

Carey urodził się w 1761 roku, w ubogiej angielskiej rodzinie. We wczesnym dzieciństwie sam musiał zacząć zarabiać na życie. Pracował jako szewc. W wolnym czasie uprawiał ogródek, pasjami czytał książki i uczył się języków. Jakich? Łaciny, greki i hebrajskiego. Mając szesnaście lat, William, był jednym z najlepiej wykształconych ludzi w okolicy. Czy przewidywał, jak użyteczna będzie kiedyś jego wiedza? Nie wiemy. Wiemy natomiast, że dwudziestokilkuletni William Carey zdążył już być szewcem i nauczycielem. Zajmował się przy tym utrzymaniem własnej rodziny oraz owdowiałej siostry z dziećmi.

Kiedy został pastorem, do głosu zaczęło dochodzić głębokie pragnienie niesienia Ewangelii poganom. Czy możemy sobie wyobrazić, jak się poczuł, słysząc następujące słowa: Mamy tutaj przykład młodego człowieka, który nie wie nic o Bożym planie. Wszechmogący nie potrzebuje człowieka, by przemawiał zamiast Niego. On oświeci pogan własnym sposobem, gdy uzna to za słuszne. Nie jest naszym zadaniem wtrącanie się w ten proces. Był rok 1787.

Sześć lat później, na statku odpływającym w stronę Indii, William Carey napisał w dzienniku: Czwartek, trzynastego czerwca 1793, na pokładzie „Kron Princessa Maria”. Dzień radości dla mojej duszy…

Carey spędził w Indiach 41 lat. Zmarł w 1834 roku. Jako człowiek i misjonarz dokonał wielu „wielkich rzeczy” dla Boga. Doświadczył też wielu niepowodzeń, rozczarowań i cierpień. Jak czytamy w książce: Otoczony trudnościami, w obliczu śmierci własnych dzieci i choroby żony, nigdy nie stracił wiary. Przetrwał wszystko i zawsze dążył do przodu. Założył college cieszący się największym prestiżem w ówczesnych Indiach. Przetłumaczył Biblię na wiele języków Indii i Azji. Przyczynił się do założenia w całych Indiach licznych zborów i szkół. Sprzeciwiał się nieludzkim zwyczajom i nigdy nie zachwiał się w swoim powołaniu do głoszenia Ewangelii mieszkańcom Indii, gdziekolwiek się z nimi spotykał.

Naprawdę, warto poznać jego historię.


Janet i Geoff Benge, Rowland Bingham – Do wnętrza Afryki, Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2011

Szesnastoletni Rowland musiał podjąć dramatyczną decyzję. Poszło o… tytoń. Ten młody, nawrócony człowiek, nie potrafił przekonać swojej matki, że jest rzeczą niewłaściwą sprzedawanie tytoniu. Wkrótce matka i syn znaleźli się w konfliktowej sytuacji bez wyjścia. Rowland modlił się w tej sprawie i szybko znalazł drastyczne rozwiązanie swojego problemu. Postanowił opuścić Anglię i rozpocząć samodzielne życie emigranta w Kanadzie.

Rowland, potrzebował znaleźć się bardzo daleko od swojego kraju, aby odkryć dla siebie powołanie misyjne. Mając jedynie dwadzieścia lat, zdecydował się na służbę w Afryce, zwanej cmentarzyskiem białego człowieka. Decyzja została podjęta, gdy miał w kieszeni tylko dziesięć dolarów. Wkrótce, ten młody człowiek, przekonał się, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. W czerwcu 1893 roku znalazł się ponownie w Anglii, a kilka miesięcy później, z dwoma towarzyszami, oddalał się od jej brzegów, w kierunku Afryki.

Towarzysze podróży stworzyli własną misję, ponieważ żadna inna misja nie chciała ich przyjąć w swoje szeregi. I tak oto powstała Misja do Wnętrza Sudanu (Sudan Interior Mission – SIM). Niestety, sprawy potoczyły się dramatycznie. Rowland szybko stracił swoich dwóch towarzyszy. Jednak nie zrezygnował. Resztę swojego życia spędził w podróżach pomiędzy Afryką, Anglią i Kanadą. Dzięki zaradności jego i jego żony oraz wsparciu całej rzeszy przyjaciół Misja rozwijała się i coraz więcej chętnych misjonarzy kierowało swoje kroki do Afryki. Nawet działania wojenne nie powstrzymały tego pochodu. A działania misyjne SIM przestały ograniczać się już tylko do Sudanu.

Siedemdziesięcioletni Rowland  Bingham wracał myślami do pierwszych lat. Jak dawno temu to było, gdy jako dwudziestolatek wyruszył do Afryki z Walterem Gowansem i Thomasem Kentem! Mieli bardzo skromne wsparcie, ale przynaglało ich przekonanie, że miliony ludzi w Sudanie potrzebują usłyszeć Ewangelię. A teraz, gdy zbliżał się pięćdziesiąty rok działalności Misji do Wnętrza Sudanu, jak wiele zostało osiągnięte! Stacje misyjne SIM rozmieszczone były po całym afrykańskim interiorze. Służyło w nich aż trzystu sześćdziesięciu misjonarzy.

Jak to się dokonało? Odsyłam do książki.

Bóg posłużył się tym wiernym sługą, pełnym wizji i wiary, aby światło Ewangelii mogło dotrzeć do milionów ludzi, na obszarach uważanych kiedyś za niedostępne dla misjonarzy. Rowland Bingham zmarł w 1942 roku.


Janet i Geoff Benge, Gladys Aylward – Przygoda całego życia, Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2010

Nigdy nie szło jej dobrze w żadnej szkole. Skończyła edukację w wieku czternastu lat i zaczęła pracować jako pokojówka. Według norm misyjnych była starszą kobietą. Gdyby kontynuowała naukę w szkole misyjnej, wyjeżdżając do Chin miałaby trzydzieści lat. W tym wieku prawdopodobnie trudno byłoby jej nauczyć się chińskiego. Prawdą było też, że nie miała żadnych przydatnych umiejętności. Nie była pielęgniarką ani nauczycielką. Była po prostu Gladys Aylward, córką Thomasa i Rosiny, listonosza i gospodyni domowej z Edmonton, skromnego przedmieścia Londynu.

Nie wiadomo dlaczego, pomimo nie dania jej szansy zostania misjonarką, Gladys wciąż żyła w przekonaniu, że Bóg chce, żeby zamieszkała i służyła w Chibach. A jeżeli On tego chce, na pewno pomoże jej znaleźć pieniądze na wyjazd. Postanowiła wyjechać do Chin bez zaplecza. Bez żadnej wspierającej ją misji. Położyła dłonie na jedynych pieniądzach, jakie jej pozostały (dwa i pół pensa) i pomodliła się: Oto moja Biblia, moje pieniądze i ja sama. Boże, znajdź jakiś sposób, żeby się mną posłużyć.

Piętnastego października 1930 roku, Gladys była gotowa do rozpoczęcia podróży swojego życia. Do kraju wróciła dopiero po siedemnastu latach. Wróciła z powodu słabego stanu zdrowia i zagrożenia życia ze strony komunistycznego reżimu. Przyjechała ubrana w długą chińską suknię, z siwymi włosami upiętymi w kok. Jej rodzice czekali na nią na peronie. Kiedy szła później z matką, trzymając ją za rękę, można by było pomyśleć, że są siostrami, z których starszą i wątlejszą jest Gladys…

Czego dokonała i co przeżyła w Chinach? O tym koniecznie trzeba przeczytać. Wspomnę jedynie, że tym, czego się nie spodziewała po powrocie do Anglii, była otaczająca ją sława. Przybywali dziennikarze londyńskich gazet, by robić z nią wywiady. Rozgłośnia BBC włączyła ją do serii audycji o bohaterach wojennych. To doprowadziło do produkcji słuchowiska. A potem powstała książka o jej życiu. Na jej podstawie nakręcono w Hollywood film, w którym grała Ingrid Bergman.

Gladys Aylward wykorzystywała swoją sławę, by pomagać ludziom w Chinach. A po dziesięciu latach spędzonych w Anglii, w 1957 roku, wróciła „do domu”. Ponieważ nie mogła wjechać do Chin, zamieszkała na Tajwanie, tam pracując pośród narodu chińskiego.
W pierwszy dzień 1970 roku, w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat odeszła do Pana.

***
Ci ludzie, naprawdę zrobili to, do czego Bóg ich powołał.

Życzę inspirującej, zmieniającej życie lektury.   


PISANE NA ZAMÓWIENIE BIULETYNU "IDŹCIE"





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.