poniedziałek, 9 maja 2011

Rekin w baptysterium

W dniu wczorajszym, w naszym Kościele, miała miejsce piękna ceremonia.
Odbywał się „chrzest wiary” 15 katechumenów - ludzi, którzy będąc już w pełni dorosłymi, podjęli świadomą decyzję wyznania swoich grzechów Jezusowi, przyjęli Jego przebaczenie, zaufali Mu i oddali Mu swoje życie.
W związku z tym wydarzeniem przypomniała mi się pewna sympatyczna historyjka, którą lat temu kilka przetłumaczyłam - właśnie na okoliczność podobnej uroczystości.

„CZY W BAPTYSTERIUM JEST REKIN?”
(I cała lawina innych ważnych pytań)
Stephen L. Slack

I znowu to zrobiła. Zadała mi ważne pytanie, do którego zupełnie nie byłem przygo-towany.
Czteroletnia Stefania powiedziała swoje pierwsze słowo w wieku 8 miesięcy. Dwa miesiące później budowała już pierwsze zdania i... od tej pory, każdego dnia, zadaje tysiące pytań.
Temat na dziś brzmiał: chrzest.
„Tatusiu” - powiedziała - „myślę, że ja to nie chcę być ochrzczona.”
„Ależ, Słoneczko” - powiedziałem - „masz przed sobą wiele czasu, aby nad tym się zastanowić. Dlaczego mówisz, że tego nie chcesz?”
„Bo się boję” - odpowiedziała.
Dalej nastąpiła lawina pytań typu: gdzie jest baptysterium, jak się do niego wchodzi, jaką woda ma temperaturę i kolor. Zapytałem więc: „A może, któregoś dnia chciałabyś obejrzeć baptysterium?” „O, to byłoby wspaniałe!” - odpowiedziała Stefania.
Kilka dni później rozpoczęliśmy naszą wycieczkę od przebieralni. Sprawdzając szaty, ręczniki i suszarki. Potem przeszliśmy po czystych, drewnianych schodach prosto do baptysterium. Kiedy tylko ujrzała wodę, od razu musiała jej dotknąć. I zrobiła to, oczywiście... „Jak jest tu głęboko?” - spytała. „Och, nie bardzo” - powiedziałem - „Sięga, gdzieś potąd” - pokazałem na sobie. „I zwykle woda jest ciepła.”
Już w samochodzie, kiedy zbliżaliśmy się do domu, krzyżowy ostrzał pytań wciąż trwał. „Tatusiu, a czy w baptysterium jest rekin?” „Ależ, Słoneczko!? W baptysterium nie ma żadnego rekina!” (I chichocząc w duchu, pomyślałem sobie: „Chociaż, na kilka rekinów natknąłem się w holu”) Domyśliłem się, że jej przyjaciel Brandon maczał w tym palce, opowiadając jej co nieco o niebezpiecznych plażach.
„Tatusiu?” - Stefania nie dawała mi spokoju - „Czy ty i mamusia możecie być przy mnie, jeśli zechcę być ochrzczona, któregoś dnia?” „Oczywiście, córeczko, że będziemy z tobą!” - upewniłem ją. „A ja, jeśli będziesz tego chciała, to nawet mogę służyć przy twoim chrzcie?” „Tak, chcę tego!”- odpowiedziała entuzjastycznie.
Kiedy wydawało mi się, że to już koniec - pojawiła się kolejna perełka.
„A co się robi po chrzcie?” Moja odpowiedź była szybka: „Wyciera się, suszy suszarką włosy i wraca na Szkółkę Niedzielną albo na nabożeństwo.”
Z głębokim namysłem, uporem i cierpliwością Stefania kontynuowała: „Tatusiu, mam na myśli, co się dzieje po chrzcie?”
Zdałem sobie sprawę, że mój trzydziestokilkuletni mózg już dawno się wyłączył, kiedy jej wciąż drążył i dociekał prawdy. Wreszcie odpowiedziałem: „Po chrzcie, Słoneczko, po prostu żyjemy dla Jezusa.”

***

 „Czyż nie wiecie, że my wszyscy, ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, w śmierć jego zostaliśmy ochrzczeni? Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili.” Rzymian 6:3,4


czwartek, 5 maja 2011

"Solista" - gorąco polecam!



Utracone marzenia, nieprawdopodobna przyjaźń i odkupieńcza moc muzyki

Film „Solista” z 2009 roku, produkcji amerykańsko/francusko/brytyjskiej, można zaliczyć do kategorii dramat - ze względu na dramatyczne losy tytułowego bohatera.

Film ten powstał na bazie prawdziwej historii życia Nathaniela Ayersa (ur. 1951r.), wybitnie utalentowanego muzyka, u którego rozwinęła się schizofrenia i który w rezultacie tej choroby przerwał swoją, świetnie zapowiadającą się karierę. Grał na kontrabasie. Był uczniem „Juilliard School” w Nowym Jorku (jednym z kilku czarnoskórych). Podczas trzeciego roku nauki, po kilku załamaniach nerwowych i wystąpieniu objawów chorobowych, poddany został leczeniu w zakładzie zamkniętym. Stosowana w tamtych czasach terapia elektrowstrząsowa nie pomogła. Po śmierci matki w 2000r., Ayers dołączył do rzeszy ludzi bezdomnych, żyjących na ulicach Los Angeles. Chory i bezdomny grał swoje piękne melodie...

Reżyserem filmu „Solista” jest Joe Wright. W rolę Nathaniela wcielił się Jamie Foxx (znany z doskonałej roli Raya Charlesa) - tutaj również zagrał doskonale. Rolę ‘odkrywcy’ Nathaniela, Steva Lopeza, gra Robert Downey Jr. Gdyby to ode mnie zależało, dałabym mu za tę rolę Oskara.

Scenariusz do filmu napisała Sussannah Grant. Powstał on na podstawie książki Lopeza „Solista”. Ale tak naprawdę, to sam Steve Lopez ‘napisał’ ten film. Tak jak to było - bez żadnych fikcyjnych dodatków.

Steve Lopez (ur. 1953r.) jest dziennikarzem, posiadającym swoją rubrykę w „The Los Angeles Times” od 2001 roku. Jego przypadkowe spotkanie z Ayersem zaowocowało nie tylko serią inspirujących artykułów, ale niespotykaną przyjaźnią, której pozytywne echa trwają do dziś. Dla mnie znamienna w filmie była scena, kiedy Lopez traci z oczu Ayersa i tym samym skreśla go z listy potencjalnych „tematów”. Dalsze wspólne losy obydwu mężczyzn pokazują wyraźnie, jak radykalnie zmienia się stosunek Lopeza do Ayersa, kiedy przestaje traktować go jako temat, ale jako zagubionego w tym świecie, ale zarazem szczęśliwego w swoim świecie, wybitnie utalentowanego i wrażliwego człowieka. Oczywiście, nie przestaje o nim pisać, ale to, co pisze rodzi wiele pozytywnych reakcji ze strony różnych ludzi (i instytucji), którzy wspierając działania Lopeza, starają się utalentowanemu muzykowi konstruktywnie pomóc. Poruszający jest moment, kiedy Lopez przywozi Nathanielowi podarowaną wiolonczelę.


Ci z nas, którzy otwierają się na pomaganie innym, nieraz doświadczyli, że korzyści często są obopólne. O swoich korzyściach, płynących z tej niesamowitej przyjaźni, Steve Lopez powiedział tak: ... a friend is someone who inspires, who challenges, who sends you in search of some truer sense of yourself… (…przyjacielem jest ten, kto cię inspiruje, kto stawia ci wyzwania, kto popycha cię do tego, aby szukać w sobie pełniejszego zrozumienia, poznania siebie…).  Świetnie oddają to ostatnie sceny filmu. Lopez, słuchający pięknego koncertu i siedzący pomiędzy swoją byłą żoną a Ayersem, rozmyśla nad tym i podsumowuje to, co dane mu było przeżyć i nauczyć się w tej przyjaźni z Nathanielem.

Niesamowita relacja pomiędzy Ayersem i Lopezem została również pokazana całemu narodowi amerykańskiemu w programie „60 minut” - Mr. Lopez  meets Mr Ayers (22 marca 2009r.). KLIKNIJ

Są jeszcze inne pozytywy, oprócz dobrej ksiązki i filmu. Nathaniel wychodzi z bezdomności. Gra - koncertuje. (KLIKNIJ). A jego siostra Jennifer Ayers-Moore, założyła fundację jego imienia (Nathaniel Anthony Ayers Foundation).



niedziela, 1 maja 2011

Bez zbędnych słów komentarza...

„[…] Trzymałem zamkniętą Biblię w rękach, gdy w radiu zabrzmiał pełen entuzjazmu głos o ogłoszeniu przez Watykan daty beatyfikacji Jana Pawła II. Słuchałem opinii i komentarzy. Najbardziej poruszyła mnie retoryka, takich m.in. stwierdzeń: …cały naród, prawdziwi Polacy, każdy chrześcijanin, już dawno modliłem się do ojca świętego, to wspaniałe, że został wyniesiony na ołtarze, teraz możemy naszego papieża wzywać, aby wstawiał się za nami….

Trzymałem zamkniętą Biblię. Składałem jednak ślubowanie (ordynacyjne) nad otwartą. Pomyślałem: Zastanów się, zanim ją otworzysz. Wskazania, które w niej odnajdziesz, mogą cię postawić w wielce trudnej sytuacji. Wspomnij na świadectwo tych, którzy ją otwarli. Mieli… kłopoty!

Otworzyłem Biblię, zacząłem czytać. Potem sięgnąłem do świadectwa tych, którzy uczynili to przede mną. Czytałem: Kościoły nasze uczą czci świętych, iż świętych można stawiać jako wzór do naśladowania ich wiary i dobrych uczynków, zależnie od powołania; (…) Pismo Święte nie uczy, abyśmy wzywali świętych lub ubiegali się o ich pomoc, jedynego bowiem Chrystusa stawia przed nami jako pośrednika, przebłaganie, najwyższego kapłana i orędownika. Jego to należy wzywać, bo przyrzekł, że wysłucha modlitw naszych; taka cześć najbardziej Mu się podoba, zwłaszcza gdy się Go wzywa we wszelkiej niedoli: „Jeśliby kto zgrzeszył, mamy orędownika u Boga”, itd. I Jana 2. (XXI artykuł Wyznania Augsburskiego)

Czeka mnie trudny czas. […] Muszę powiedzieć, że Jan Paweł II jest mi zupełnie obcy jako świadek tradycji, której nie odnajduję w otwartej Biblii. Zmartwiłem się, bo pozostaniemy podzieleni. Potem pomyślałem, niewielu się tym przejmie, co mam do powiedzenia o Janie Pawle II. Pozostanę sam? Zastanawiałem się, czy zamknąć Biblię? Nie, nie zamknąłem! Poczułem ulgę i jeszcze mocniej ucieszyłem się z tych, którzy ją przede mną otwarli.”

Zamknięta Biblia, Ks. Piotr Gaś (pastor luterański), "Zwiastun" 3/2011

***

To jest już nas dwoje…