czwartek, 5 maja 2011

"Solista" - gorąco polecam!



Utracone marzenia, nieprawdopodobna przyjaźń i odkupieńcza moc muzyki

Film „Solista” z 2009 roku, produkcji amerykańsko/francusko/brytyjskiej, można zaliczyć do kategorii dramat - ze względu na dramatyczne losy tytułowego bohatera.

Film ten powstał na bazie prawdziwej historii życia Nathaniela Ayersa (ur. 1951r.), wybitnie utalentowanego muzyka, u którego rozwinęła się schizofrenia i który w rezultacie tej choroby przerwał swoją, świetnie zapowiadającą się karierę. Grał na kontrabasie. Był uczniem „Juilliard School” w Nowym Jorku (jednym z kilku czarnoskórych). Podczas trzeciego roku nauki, po kilku załamaniach nerwowych i wystąpieniu objawów chorobowych, poddany został leczeniu w zakładzie zamkniętym. Stosowana w tamtych czasach terapia elektrowstrząsowa nie pomogła. Po śmierci matki w 2000r., Ayers dołączył do rzeszy ludzi bezdomnych, żyjących na ulicach Los Angeles. Chory i bezdomny grał swoje piękne melodie...

Reżyserem filmu „Solista” jest Joe Wright. W rolę Nathaniela wcielił się Jamie Foxx (znany z doskonałej roli Raya Charlesa) - tutaj również zagrał doskonale. Rolę ‘odkrywcy’ Nathaniela, Steva Lopeza, gra Robert Downey Jr. Gdyby to ode mnie zależało, dałabym mu za tę rolę Oskara.

Scenariusz do filmu napisała Sussannah Grant. Powstał on na podstawie książki Lopeza „Solista”. Ale tak naprawdę, to sam Steve Lopez ‘napisał’ ten film. Tak jak to było - bez żadnych fikcyjnych dodatków.

Steve Lopez (ur. 1953r.) jest dziennikarzem, posiadającym swoją rubrykę w „The Los Angeles Times” od 2001 roku. Jego przypadkowe spotkanie z Ayersem zaowocowało nie tylko serią inspirujących artykułów, ale niespotykaną przyjaźnią, której pozytywne echa trwają do dziś. Dla mnie znamienna w filmie była scena, kiedy Lopez traci z oczu Ayersa i tym samym skreśla go z listy potencjalnych „tematów”. Dalsze wspólne losy obydwu mężczyzn pokazują wyraźnie, jak radykalnie zmienia się stosunek Lopeza do Ayersa, kiedy przestaje traktować go jako temat, ale jako zagubionego w tym świecie, ale zarazem szczęśliwego w swoim świecie, wybitnie utalentowanego i wrażliwego człowieka. Oczywiście, nie przestaje o nim pisać, ale to, co pisze rodzi wiele pozytywnych reakcji ze strony różnych ludzi (i instytucji), którzy wspierając działania Lopeza, starają się utalentowanemu muzykowi konstruktywnie pomóc. Poruszający jest moment, kiedy Lopez przywozi Nathanielowi podarowaną wiolonczelę.


Ci z nas, którzy otwierają się na pomaganie innym, nieraz doświadczyli, że korzyści często są obopólne. O swoich korzyściach, płynących z tej niesamowitej przyjaźni, Steve Lopez powiedział tak: ... a friend is someone who inspires, who challenges, who sends you in search of some truer sense of yourself… (…przyjacielem jest ten, kto cię inspiruje, kto stawia ci wyzwania, kto popycha cię do tego, aby szukać w sobie pełniejszego zrozumienia, poznania siebie…).  Świetnie oddają to ostatnie sceny filmu. Lopez, słuchający pięknego koncertu i siedzący pomiędzy swoją byłą żoną a Ayersem, rozmyśla nad tym i podsumowuje to, co dane mu było przeżyć i nauczyć się w tej przyjaźni z Nathanielem.

Niesamowita relacja pomiędzy Ayersem i Lopezem została również pokazana całemu narodowi amerykańskiemu w programie „60 minut” - Mr. Lopez  meets Mr Ayers (22 marca 2009r.). KLIKNIJ

Są jeszcze inne pozytywy, oprócz dobrej ksiązki i filmu. Nathaniel wychodzi z bezdomności. Gra - koncertuje. (KLIKNIJ). A jego siostra Jennifer Ayers-Moore, założyła fundację jego imienia (Nathaniel Anthony Ayers Foundation).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.