piątek, 7 listopada 2014

Psalmy – zwierciadłem mojej duszy

Od wielu lat trzymam się tej samej metody czytania Biblii. Czytam ją „od deski do deski”. Po zakończeniu całości lektury, ponownie wracam do pierwszych stron tej Księgi. Na początku starałam się, bardzo ambitnie, czytać całą Biblię w jeden rok. Potem stwierdziłam, że takie czytanie nie powinno mieć z ambicją nic wspólnego i zwolniłam tempo, aby z mniejszej porcji tekstu mieć większy duchowy pożytek.

Od pewnego czasu (dokładnie od 2007 roku) swoją metodę wzbogaciłam o pewien element. O podkreślanie tych wersetów, czy całych fragmentów, które do mnie szczególnie przemówiły. Oczywiście, wcześniej też robiłam w Biblii zakreślenia, ale nie krył się za nimi żaden system. Zakreślałam tekst każdym kolorem, który miałam pod ręką. Pamiętam, jak w 1987 roku, zakupiłam sobie ‘na zachodzie’, w sklepiku z literaturą chrześcijańską, odblaskowe kredki do zakreślania. Potem i u nas pojawiły się kolorowe zakreślacze, a mi na pamiątkę zostały jeszcze niewielkie „ogryzki” starych kredek. Na czym więc teraz polega mój system? Otóż, przy każdorazowym „przejściu” przez Biblię, wybrane fragmenty zakreślam jednym kolorem. Po czterech ostatnich czytaniach, zmieniłam egzemplarz Biblii, aby mieć nowe, świeże wejrzenie w jej treść.

W chwili obecnej czytam Księgę Psalmów. Ku swojemu zdziwieniu, przy Psalmie 60, stwierdziłam, że jakoś niewiele robię zakreśleń. Dzisiaj zakreśliłam tylko dwa wersety w dwóch różnych Psalmach. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że za każdym razem, kiedy czytam Biblię, znajduję się w innej sytuacji życiowej, w innej kondycji duchowej, mam inne potrzeby, troski lub ich brak, radości lub smutki. Oczywiście, doskonale jeszcze pamiętam, co działo się w moim życiu na przebiegu ostatnich kilku lat, dlatego postanowiłam z ciekawości zajrzeć do starej Biblii i prześledzić swoje zakreślenia w Księdze Psalmów. Jakie też przełożenie na odbiór treści Psalmów miały wydarzenia z mojego życia?

Na wewnętrznej stronie okładki znajduję następującą legendę:  fioletowy - rok 2007 i 2008, zielony - rok 2008 i 2009, czerwony - rok 2009 i 2010, niebieski - rok 2011, 2012, do 1.09.2013.

W tym momencie z uwagą przeglądam pozakreślane Psalmy. Zdecydowanie widzę przewagę dwóch kolorów - czerwonego i niebieskiego. Tak, to nie były łatwe lata w moim życiu. Stąd tak wiele podkreśleń, wykrzykników czy znaków zapytania. Na marginesach podopisywane uwagi, komentarze. Przy niektórych widnieje czytelna data. Zapiski mówią same za siebie i nie da się ukryć, że czytając, utożsamiałam się z Psalmistą. Z jego narzekaniem, upokorzeniem, bólem, lękiem, poczuciem zawody, zwątpieniem. Przeglądałam się w jego słowach, jak w zwierciadle i widziałam w nich siebie.

Czytam notki: „Panie, nie zwlekaj!”, „Dziś jestem tylko utrapiona”, „Czekam…”, „Też tak się czuję…”, „Proszę, Boże…”, „Jeszcze trochę wierzę…”, „Boże, pomóż!”… . Hm, nie wyglądało to najlepiej :-(. Dlatego dziś, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko dziękować Bogu, że teraz mogę podkreślać słowa Psalmisty prawie na różowo ;-). A tak naprawdę to, po pobieżnej analizie, zauważyłam, że, w obecnej „rundzie”, moja uwaga - nie tylko w Psalmach, ale też innych księgach - nie jest skoncentrowana na blaskach i cieniach dnia codziennego, ale na pobożności, integralności i wierności człowieka względem Boga. Chwilo trwaj… .

***

Przypominam podobny tekst i 2 książki o Psalmach:

C. S. Lewis Rozważania o Psalmach - KLIKNIJ.
Stanisław Blank Wysłuchaj głosu mego - psalmy lamentacyjne w służbie duszpasterskiej - KLIKNIJ







wtorek, 4 listopada 2014

Odwrotne spojrzenie

Kilka dni temu uczestniczyłam w rozmowie, która… nie podobała mi się. Dotyczyła ona pewnych kwestii moralnych, etycznych, duchowych, związanych z osobą, która ewidentnie nie radzi sobie ze swoim charakterem, nie panuje nad językiem i wieloma innymi słabościami swojego umysłu i ciała, w tym nałogiem alkoholowym.

Jakkolwiek sprawa jest ważna, zarzuty słuszne, i podjęcie jakiejś decyzji konieczne, to nie one najbardziej przeszkadzały mi w tej rozmowie, a sposób mówienia o tej osobie. Z pogardą, bez miłości. Sąd... . 

Słuchając potoku zarzutów i argumentów, zmęczona po ciężkim tygodniu, nie znalazłam w sobie sił na konstruktywną dyskusję. Jednak sprawa nie dawała mi spokoju i, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, powróciła do mnie w chwili, kiedy położyłam głowę na poduszkę, aby zasnąć spokojnym snem.
No i nie zasnęłam :-(. Zaczęłam szukać Bożych odpowiedzi na tę sytuację. A przychodziły one w różnych obrazach i myślach.

Pierwszy obraz, to znana ewangeliczna scena (Ew. Jana 8:3-11), w której grupa faryzeuszy i uczonych w Piśmie przyprowadza do Jezusa cudzołożnicę, z żądaniem ukamienowania jej. Po chwili, skonfrontowani przez Niego mężczyźni, odchodzą jeden po drugim, pozostawiając Go sam na sam z kobietą.
To, czego brakowało we wspomnianej rozmowie, to kamieni w zaciśniętej dłoni. Niestety, czasem nasze słowa i opinie mają w sobie siłę rażenia kamieniem.

Drugi obraz, to Judasz, uczeń Jezusa o złej reputacji. Czytamy o nim, że „był złodziejem, i mając sakiewkę, sprzeniewierzał to, co wkładano” (Ew. Jana 12:6). Jezus więc doskonale wiedział, z kim ma do czynienia, a jednak pozwolił mu być w gronie swoich uczniów aż do końca. Jestem przekonana, że gdyby Judasz, zamiast odbierać sobie życie, przyszedł do Niego, tak jak Piotr, wszystko zostałoby mu wybaczone.

Trzeci obraz, to Jezus zasiadający w gronie celników, cudzołożnic i innych grzeszników. Ich przyjaciel. Niesprawiedliwie osądzony, jako żarłok i pijak (Ew. Mateusza 11:19), tłumaczy swoim adwersarzom, że to nie zdrowi potrzebują lekarza.

Potem przyszła do głowy znana myśl, że Bóg, owszem, nienawidzi grzechu, ale miłuje grzesznika.

Wejrzałam w swoje serce i stwierdziłam, że szczerze kocham tego nieszczęśliwego człowieka, który bez Bożej pomocy nie poradzi sobie w życiu z niczym. Jedyny jego błąd tkwi w tym, że wzbrania się przed tym, aby powierzyć swoje życie Jezusowi. I taka jest między nami różnica - on jest grzesznikiem, a ja jestem „simul iustus et peccator” (jednocześnie grzeszny i usprawiedliwiony - wg. Marcina Lutra).

Następnego dnia, po przebudzeniu, wróciłam myślami do nurtującego mnie tematu. Pamiętałam, że coś pomocnego niedawno czytałam. W kalendarzu odkryłam, wydartą z pewnego rozważania o tytule „Odwrotne spojrzenie”, kartkę z adnotacją: „na bloga”. Dobrze czułam, że się przyda :-).
I znalazłam tam takie słowa: Traktowanie Bożego zadania poważnie oznacza, że musimy uczyć się patrzyć na świat odwrotnie - tak jak Jezus. Zamiast wyszukiwać ludzi zamożnych, którzy mogą się nam przysłużyć, szukamy osób posiadających niewiele. Zamiast silnych, odnajdujemy słabych; zamiast zdrowych - chorych. Zamiast uduchowionych - grzesznych. Czyż nie tak właśnie Bóg jedna ze sobą świat? „Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają… Nie przyszedłem bowiem wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników” (Ew. Mateusza 9:12-13). Aby zyskać nowe spojrzenie, patrz na świat odwrotnie, jak czynił to Jezus. Philip Yancey (mój ulubiony autor)

I o takie ujęcie sprawy mi chodziło. W takim miejscu jestem - wśród posiadających niewiele, słabych, chorych, grzesznych. Bardzo chcę patrzeć na nich oczami Jezusa i potrzebuję przekonywać innych, że też tak powinni robić.

Moje rozmyślania nocno-poranne dopełnił wiersz bp Tadeusz Szurmana, z tomiku „Malowane niezdarnie”.  Oto on - W imię prawdy…

Nie tylko Piłat pytał o prawdę -
pocieszam siebie.
Cóż za nadęte pychą słowo -
pouczam innych.
Jakże łatwiej tym,
którzy nie muszą rządzić -
ich sumienia obciążone są
tylko własnymi „prawdami”.
Chrystusowi było prościej -
jak przystoi na Boga
odpuścił wszystkim
i nie pytał o definicję prawdy.
Czekam na świat,
ukształtowany jedynie prawdą Boga.  

I chociaż, nie mogę tu napisać, że problem został rozwiązany, to przynajmniej wiem, w jakim kierunku prowadzi mnie moje serce. W stronę odwrotną, niż nakazywałby zdrowy rozsądek... .









sobota, 1 listopada 2014

Powązki...

Omszałe głazy przeszłości
odsłaniają swoje oblicza:
tu uchylają rąbka kapelusza,
w którym tak było do twarzy,
tam ręce składają w kadr.
Ciekawe czy klatki życia rachują...
Ówdzie drzewem życia wrastają,
lecz ożywczych soków brak...
Anioły całą hurmą zleciały:
małe cherubinki golaski
i te smukle w powłóczystych szatach.
Gdzieś tam księgi otwarte
jak w Dzień Sądu przerażone,
zamarłe w bezruchu ...
Są jeszcze te z zatartym napisem.
Ich mieszkańcom obojętne
dokonania, tytuły, płacz zastygły,
powstania, pogromy i wojny.
Nawet ich potomkowie zapomnieli
o co im naprawdę szło ...
Smutek i cisza w blasku słońca…
i cienia rzucanego przez kopułę świątyni.
Tylko kondukt pospieszny
przemyka chyłkiem, potykając  się
na ulicach wymarłego miasta,
które krzyczy coś o prochu…
Wzdycham i proszę:
dla mnie tylko zapach ziemi,
śpiew ptaków i dobra myśl,
a kamień niech nie uwiera.
Dusza oczekuje Pana!

Beata Jaskuła-Tuchanowska