Kilka dni temu uczestniczyłam w rozmowie, która… nie
podobała mi się. Dotyczyła ona pewnych kwestii moralnych, etycznych, duchowych,
związanych z osobą, która ewidentnie nie radzi sobie ze swoim charakterem, nie
panuje nad językiem i wieloma innymi słabościami swojego umysłu i ciała, w tym nałogiem
alkoholowym.
Jakkolwiek sprawa jest ważna, zarzuty słuszne, i podjęcie
jakiejś decyzji konieczne, to nie one najbardziej przeszkadzały mi w tej
rozmowie, a sposób mówienia o tej osobie. Z pogardą, bez miłości. Sąd... .
Słuchając potoku zarzutów i argumentów, zmęczona po ciężkim tygodniu,
nie znalazłam w sobie sił na konstruktywną dyskusję. Jednak sprawa nie dawała
mi spokoju i, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, powróciła do mnie w
chwili, kiedy położyłam głowę na poduszkę, aby zasnąć spokojnym snem.
No i nie zasnęłam :-(. Zaczęłam szukać Bożych odpowiedzi na
tę sytuację. A przychodziły one w różnych obrazach i myślach.
Pierwszy obraz, to znana ewangeliczna scena (Ew. Jana
8:3-11), w której grupa faryzeuszy i uczonych w Piśmie przyprowadza do Jezusa cudzołożnicę,
z żądaniem ukamienowania jej. Po chwili, skonfrontowani przez Niego mężczyźni, odchodzą jeden po drugim, pozostawiając Go sam na sam z kobietą.
To, czego brakowało we wspomnianej rozmowie, to kamieni w
zaciśniętej dłoni. Niestety, czasem nasze słowa i opinie mają w sobie siłę rażenia
kamieniem.
Drugi obraz, to Judasz, uczeń Jezusa o złej reputacji. Czytamy
o nim, że „był złodziejem, i mając sakiewkę, sprzeniewierzał to, co wkładano”
(Ew. Jana 12:6). Jezus więc doskonale wiedział, z kim ma do czynienia, a jednak
pozwolił mu być w gronie swoich uczniów aż do końca. Jestem przekonana, że
gdyby Judasz, zamiast odbierać sobie życie, przyszedł do Niego, tak jak Piotr,
wszystko zostałoby mu wybaczone.
Trzeci obraz, to Jezus zasiadający w gronie celników,
cudzołożnic i innych grzeszników. Ich przyjaciel. Niesprawiedliwie osądzony,
jako żarłok i pijak (Ew. Mateusza
11:19), tłumaczy swoim adwersarzom, że to nie
zdrowi potrzebują lekarza.
Potem przyszła do głowy znana myśl, że Bóg, owszem, nienawidzi grzechu, ale
miłuje grzesznika.
Wejrzałam w swoje serce i stwierdziłam, że szczerze kocham
tego nieszczęśliwego człowieka, który bez Bożej pomocy nie poradzi sobie w
życiu z niczym. Jedyny jego błąd tkwi w tym, że wzbrania się przed tym, aby
powierzyć swoje życie Jezusowi. I taka jest między nami różnica - on jest
grzesznikiem, a ja jestem „simul iustus et peccator” (jednocześnie grzeszny i
usprawiedliwiony - wg. Marcina Lutra).
Następnego dnia, po przebudzeniu, wróciłam myślami do
nurtującego mnie tematu. Pamiętałam, że coś pomocnego niedawno czytałam. W kalendarzu
odkryłam, wydartą z pewnego rozważania o tytule „Odwrotne spojrzenie”, kartkę
z adnotacją: „na bloga”. Dobrze czułam, że się przyda :-).
I znalazłam tam takie słowa: Traktowanie Bożego zadania poważnie oznacza, że musimy uczyć się
patrzyć na świat odwrotnie - tak jak Jezus. Zamiast wyszukiwać ludzi zamożnych,
którzy mogą się nam przysłużyć, szukamy osób posiadających niewiele. Zamiast
silnych, odnajdujemy słabych; zamiast zdrowych - chorych. Zamiast uduchowionych
- grzesznych. Czyż nie tak właśnie Bóg jedna ze sobą świat? „Nie potrzebują zdrowi
lekarza, lecz ci, co się źle mają… Nie przyszedłem bowiem wzywać
sprawiedliwych, lecz grzeszników” (Ew. Mateusza 9:12-13). Aby zyskać nowe
spojrzenie, patrz na świat odwrotnie, jak czynił to Jezus. Philip Yancey
(mój ulubiony autor)
I o takie ujęcie sprawy mi chodziło. W takim miejscu jestem -
wśród posiadających niewiele, słabych, chorych, grzesznych. Bardzo chcę patrzeć na nich oczami Jezusa i
potrzebuję przekonywać innych, że też tak powinni robić.
Moje rozmyślania nocno-poranne dopełnił wiersz bp Tadeusz
Szurmana, z tomiku „Malowane niezdarnie”. Oto on - W imię prawdy…
Nie tylko Piłat pytał o prawdę -
pocieszam siebie.
Cóż za nadęte pychą słowo -
pouczam innych.
Jakże łatwiej tym,
którzy nie muszą rządzić -
ich sumienia obciążone są
tylko własnymi „prawdami”.
Chrystusowi było prościej -
jak przystoi na Boga
odpuścił wszystkim
i nie pytał o definicję prawdy.
Czekam na świat,
ukształtowany jedynie prawdą Boga.
I chociaż, nie mogę tu napisać, że problem został rozwiązany, to przynajmniej wiem, w jakim kierunku prowadzi mnie moje serce. W stronę odwrotną, niż nakazywałby zdrowy rozsądek... .

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.