Po krótkiej
przerwie przyszła pora na kolejną porcję książek o misji. Tradycyjnie wybrałam
trzy tytuły autorstwa Janet i Geoffa Benge, tym razem celowo skupiając się na
jednym polu misyjnym - Chinach.
O rozwoju misji na
tym trudnym terenie i o bohaterstwie pewnych trojga misjonarzy pisałam już
wcześniej. Byli to:
Hudson Tylor – Do wnętrza Chin, „Idźcie” nr 78; KLIKNIJ
Eric Liddell – Wspanialsze niż złoto, „Idźcie” nr 76; KLIKNIJ
Gladys Aylward – Przygoda całego życia, „Idźcie” nr 70. KLIKNIJ
Teraz zachęcam do
lektury poniższych książek. Całość pozwoli na pełniejsze poznanie przebiegu
misji, a tym samym rozwoju chrześcijaństwa w Chinach, w okresie prawie 100 lat.
Od momentu wypłynięcia Hudsona Tylora do Chin (1854 r.), po rok ich opuszczenia
przez Isobel Kuhn (1954 r.).
Janet i Geoff Benge,
Lottie Moon – Oddanie wszystkiego dla Chin, Wydawnictwo „Pojednanie”,
Lublin 2010
Lottie westchnęła. Gdy była młodsza, gdy miała sześć, siedem
i osiem lat, wierzyła we wszystko, co rodzice i pastor mówili jej o Bogu i
Biblii, ale teraz, gdy miała dziesięć lat, większość z tych rzeczy przestała
wydawać się jej sensowna… :-). Będąc troszkę starszą, powtarzała sobie, że
najlepszym sposobem na zmarnowanie sobie życia jest zostanie misjonarzem.
Co zatem musiało się stać, aby ta sama osoba, w wieku 33
lat, znajdując się już w drodze do Chin, pisała: Czyż może istnieć większy zaszczyt dla chrześcijanki, jak pozwolenie na
to, by chodziła od drzwi do drzwi i opowiadała o Zbawicielu tym, którzy nigdy
nie słyszeli Jego imienia…?
Tej tajemnicy Wam nie zdradzę :-). Odkryjecie ją w książce.
Faktem niezaprzeczalnym jest to, że Lottie Moon siódmego
października 1873 roku postawiła stopę na chińskiej ziemi. Przybyła do Chin,
aby, jak napisała, dzielić się Ewangelią z tymi, którzy o niej nie słyszeli.
Okazało się jednak, że nie było to dla niej takie łatwe. Zwłaszcza przez to nieustanne
przyglądanie się jej, dotykanie i stawianie pytań dotyczących jej osobistego
życia. Lubiła prywatność, Chińczycy jednak pojmowali ją inaczej. Lottie nie
pozwoliła jednak, aby te zewnętrzne czynniki niszczyły jej oddanie misji.
Podejmowała się ciągle to nowych wyzwań, a praca, choć powoli i z wieloma
trudnościami, rozwijała się dobrze, do tego stopnia, że była pierwszą kobietą,
która otrzymała pozwolenie na samodzielne założenie nowej stacji misyjnej.
Lottie Moon, poza kilkoma krótkimi pobytami w USA, spędziła
na misji w Chinach 39 lat. Tam było jej serce. Dane jej było przeżyć przeróżne
epidemie, Powstanie Bokserów, powstanie republiki, a pokonała ją klęska głodu.
Lottie głodziła samą siebie, aby móc nakarmić innych.
Olbrzymią zasługą Lottie Moon było zwrócenie uwagi zarządom
misji na sytuację życiową misjonarzy. Pisała ogromne ilości listów o ich życiu,
o ich dzieciach pochowanych w chińskiej ziemi, o zagrażających chorobach, o stosowanej
wobec nich przemocy i o stresie spowodowanym przez życie w całkowicie obcym
środowisku. Jej nieustępliwa postawa spowodowała, że zarządy misji postanowiły więcej
uwagi poświęcić wysyłanym przez siebie misjonarzom, a przede wszystkim dać im
możliwość częstszych przyjazdów do kraju dla odpoczynku od pełnej poświęcenia
służby. Można to nazwać sukcesem Lottie, okupionym jednak bardzo osobistą i
bolesną stratą.
Lottie Moon żyła w latach 1840-1912.
Janet i Geoff Benge,
Jonathan Goforth – Otwarte drzwi do Chin, Wydawnictwo „W Wyłomie”,
Gorzów Wielkopolski 2003
Miał przed sobą cztery lata nauki w Kolegium Knox, ale był
przekonany, że po ukończeniu nauki wyjedzie służyć do jakiegoś kraju. Jednego z
tych, którym przyglądał się na mapie w szkole podstawowej.
Z czasem jego pragnienia zostały sprecyzowane - chciał
zostać misjonarzem w Chinach.
W 1888 roku jego pragnienia stały się rzeczywistością.
Płynął do Chin wraz ze swoją oddaną i gotową do poświeceń żoną, Rosalindą.
Ich służba w Chinach, do roku 1900, rozwijała się bardzo
dynamicznie, chociaż sami zmagali się z wieloma osobistymi dramatami. Głównie
były to atakujące ich choroby oraz śmierć kilkorga dzieci. Życie Goforth’ów
było najbardziej zagrożone podczas Powstania Bokserów, z rąk których zginęło
ponad dwieście pięćdziesiąt cudzoziemców (w tym wielu misjonarzy) oraz wielu
chińskich chrześcijan.
Zamieszanie polityczne w Chinach nie przerwało oddanej
służby Jonathana Gofortha. Wydawać by się mogło, że miał on talent do bardzo elastycznego
podchodzenia do zachodzących zmian i wykorzystywania otwierających się możliwości,
kiedy inne się kończyły. Taką była jego działalność w Mandżurii.
Jonathan Goforth widział wszystkie otwierające się drzwi i
przechodził przez nie. W wyniku tego stał się jednym z największych
ewangelistów w Chinach. Efektem jego pracy było nawrócenie się wielu tysięcy
Chińczyków.
Pomimo przybywających Goforth’om lat i pogarszającej się ich
kondycji zdrowotnej oni wciąż pozostawali w służbie. Słowo ‘emerytura’ nie
funkcjonowało w słowniku Jonathana. Nie zdecydował się na powrót do domu, nawet
wtedy, gdy stracił wzrok. Dopiero ciężka choroba żony zmusiła go do tego.
Ostatni rok swojego życia spędził na podróżowaniu po Stanach Zjednoczonych i
Kanadzie, przemawiając w kościołach i mówiąc ciągle o tym samym: Drzwi są otwarte i potrzeba więcej ludzi, by
zanieść Ewangelię na krańce ziemi. Wszystkich, którzy go słuchali
pozostawiał z pytaniem: Dlaczego ty nie
miałbyś pojechać? Pięćdziesiąt lat wcześniej sam na takie pytanie
odpowiedział pozytywnie.
Jonathan Goforth
żył w latach 1859-36.
Janet i Geoff Benge,
Isobel Kuhn – Na dachu świata, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin
2013
W jej rodzinnym domu często zatrzymywali się wracający z
pola misyjnego lub wyruszający na nie misjonarze. Czternastoletnia Isobel
zastanawiała się nad tym, co naprawdę motywuje ludzi do tego, by zostawiali
swój dom i wiele innych rzeczy, aby wyjechać na drugi koniec świata, do życia
pełnego trudów, niebezpieczeństw, niedostatków, a czasami nawet śmierci.
Na odpowiedź czekała kilka lat. W jej rezultacie, mając 24
lata, podczas studiów w Moody Bible Institute, każdego dnia wstawała o piątej
trzydzieści, aby modlić się swoją służbę, jaką chciała pełnić w narodzie Lisu w
Chinach. Pokonawszy szereg przeciwności, głównie związanych z rodziną, jako
27-latka, w październiku 1928 r., wypłynęła do Chin, gdzie czekali na nią - jej
przyszły mąż John Kuhn i naród Lisu.
Po latach służby misyjnej przyszedł czas na podsumowanie.
Rzeczywiście, wstrętne jedzenie, muchy, brud, męczące wędrówki górskimi
ścieżkami, przewiewane wiatrem chaty, poród w odległości setek kilometrów od
najbliższego lekarza i tak wiele innych rzeczy, które musiała znosić - wszystko
to było tak trudnym dla niej przejściem do misyjnego życia. A jednak wytrwała
na swoim miejscu. Możliwość przyczynienia się do rozwoju chrześcijaństwa w Chinach
i zobaczenia na własne oczy, jak zmienia ono życie ludzi, powodowała, że warto
było znosić wszystkie te trudności.
Misji Isobel i jej męża Johna nie zahamował wybuch II wojny
światowej, Pomimo stałego zagrożenia ze strony Japończyków, wciąż pozostawali w
Chinach, a ich działalność misyjna, skupiająca się głównie na prowadzeniu szkół
biblijnych, przynosiła coraz większe owoce. Sytuacja zaczęła się zmieniać,
kiedy do władzy zaczęli dochodzić komuniści. Misjonarze zaczęli doświadczać
prześladowań, a niektórzy z nich stracili życie.
W związku z tym w życiu Kuhnów nastąpił nowy etap służby - w
Tajlandii. Ku radości Isobel tam też mieszkał naród Lisu. I chociaż Lisu z
Tajlandii mówili nieco innym dialektem niż ci w Chinach, wszyscy się doskonale
rozumieli.
Całkowicie oddana misji Isobel, znalazła czas na napisanie
kilku książek, które powstały w oparciu o prowadzone przez nią pamiętniki oraz
kolekcję listów modlitewnych.
Jej piękną i owocną służbę przerwała nieuleczalna choroba.
Isobel Kuhn żyła w latach 1901-1957.
***
Napisane na zamówienie biuletynu „Idźcie”.











