poniedziałek, 19 października 2015

Kącik dobrej książki

Po krótkiej przerwie przyszła pora na kolejną porcję książek o misji. Tradycyjnie wybrałam trzy tytuły autorstwa Janet i Geoffa Benge, tym razem celowo skupiając się na jednym polu misyjnym - Chinach.
O rozwoju misji na tym trudnym terenie i o bohaterstwie pewnych trojga misjonarzy pisałam już wcześniej. Byli to:
Hudson Tylor – Do wnętrza Chin, „Idźcie” nr 78; KLIKNIJ
Eric Liddell – Wspanialsze niż złoto, „Idźcie” nr 76; KLIKNIJ
Gladys Aylward – Przygoda całego życia, „Idźcie” nr 70. KLIKNIJ
Teraz zachęcam do lektury poniższych książek. Całość pozwoli na pełniejsze poznanie przebiegu misji, a tym samym rozwoju chrześcijaństwa w Chinach, w okresie prawie 100 lat. Od momentu wypłynięcia Hudsona Tylora do Chin (1854 r.), po rok ich opuszczenia przez Isobel Kuhn (1954 r.).

Janet i Geoff Benge, Lottie Moon – Oddanie wszystkiego dla Chin, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2010

Lottie westchnęła. Gdy była młodsza, gdy miała sześć, siedem i osiem lat, wierzyła we wszystko, co rodzice i pastor mówili jej o Bogu i Biblii, ale teraz, gdy miała dziesięć lat, większość z tych rzeczy przestała wydawać się jej sensowna… :-). Będąc troszkę starszą, powtarzała sobie, że najlepszym sposobem na zmarnowanie sobie życia jest zostanie misjonarzem.
Co zatem musiało się stać, aby ta sama osoba, w wieku 33 lat, znajdując się już w drodze do Chin, pisała: Czyż może istnieć większy zaszczyt dla chrześcijanki, jak pozwolenie na to, by chodziła od drzwi do drzwi i opowiadała o Zbawicielu tym, którzy nigdy nie słyszeli Jego imienia…?
Tej tajemnicy Wam nie zdradzę :-). Odkryjecie ją w książce.
Faktem niezaprzeczalnym jest to, że Lottie Moon siódmego października 1873 roku postawiła stopę na chińskiej ziemi. Przybyła do Chin, aby, jak napisała, dzielić się Ewangelią z tymi, którzy o niej nie słyszeli. Okazało się jednak, że nie było to dla niej takie łatwe. Zwłaszcza przez to nieustanne przyglądanie się jej, dotykanie i stawianie pytań dotyczących jej osobistego życia. Lubiła prywatność, Chińczycy jednak pojmowali ją inaczej. Lottie nie pozwoliła jednak, aby te zewnętrzne czynniki niszczyły jej oddanie misji. Podejmowała się ciągle to nowych wyzwań, a praca, choć powoli i z wieloma trudnościami, rozwijała się dobrze, do tego stopnia, że była pierwszą kobietą, która otrzymała pozwolenie na samodzielne założenie nowej stacji misyjnej.
Lottie Moon, poza kilkoma krótkimi pobytami w USA, spędziła na misji w Chinach 39 lat. Tam było jej serce. Dane jej było przeżyć przeróżne epidemie, Powstanie Bokserów, powstanie republiki, a pokonała ją klęska głodu. Lottie głodziła samą siebie, aby móc nakarmić innych.
Olbrzymią zasługą Lottie Moon było zwrócenie uwagi zarządom misji na sytuację życiową misjonarzy. Pisała ogromne ilości listów o ich życiu, o ich dzieciach pochowanych w chińskiej ziemi, o zagrażających chorobach, o stosowanej wobec nich przemocy i o stresie spowodowanym przez życie w całkowicie obcym środowisku. Jej nieustępliwa postawa spowodowała, że zarządy misji postanowiły więcej uwagi poświęcić wysyłanym przez siebie misjonarzom, a przede wszystkim dać im możliwość częstszych przyjazdów do kraju dla odpoczynku od pełnej poświęcenia służby. Można to nazwać sukcesem Lottie, okupionym jednak bardzo osobistą i bolesną stratą.

Lottie Moon żyła w latach 1840-1912.

Janet i Geoff Benge, Jonathan Goforth – Otwarte drzwi do Chin, Wydawnictwo „W Wyłomie”, Gorzów Wielkopolski 2003

Miał przed sobą cztery lata nauki w Kolegium Knox, ale był przekonany, że po ukończeniu nauki wyjedzie służyć do jakiegoś kraju. Jednego z tych, którym przyglądał się na mapie w szkole podstawowej.
Z czasem jego pragnienia zostały sprecyzowane - chciał zostać misjonarzem w Chinach.
W 1888 roku jego pragnienia stały się rzeczywistością. Płynął do Chin wraz ze swoją oddaną i gotową do poświeceń żoną, Rosalindą.
Ich służba w Chinach, do roku 1900, rozwijała się bardzo dynamicznie, chociaż sami zmagali się z wieloma osobistymi dramatami. Głównie były to atakujące ich choroby oraz śmierć kilkorga dzieci. Życie Goforth’ów było najbardziej zagrożone podczas Powstania Bokserów, z rąk których zginęło ponad dwieście pięćdziesiąt cudzoziemców (w tym wielu misjonarzy) oraz wielu chińskich chrześcijan.
Zamieszanie polityczne w Chinach nie przerwało oddanej służby Jonathana Gofortha. Wydawać by się mogło, że miał on talent do bardzo elastycznego podchodzenia do zachodzących zmian i wykorzystywania otwierających się możliwości, kiedy inne się kończyły. Taką była jego działalność w Mandżurii. 
Jonathan Goforth widział wszystkie otwierające się drzwi i przechodził przez nie. W wyniku tego stał się jednym z największych ewangelistów w Chinach. Efektem jego pracy było nawrócenie się wielu tysięcy Chińczyków.
Pomimo przybywających Goforth’om lat i pogarszającej się ich kondycji zdrowotnej oni wciąż pozostawali w służbie. Słowo ‘emerytura’ nie funkcjonowało w słowniku Jonathana. Nie zdecydował się na powrót do domu, nawet wtedy, gdy stracił wzrok. Dopiero ciężka choroba żony zmusiła go do tego. Ostatni rok swojego życia spędził na podróżowaniu po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, przemawiając w kościołach i mówiąc ciągle o tym samym: Drzwi są otwarte i potrzeba więcej ludzi, by zanieść Ewangelię na krańce ziemi. Wszystkich, którzy go słuchali pozostawiał z pytaniem: Dlaczego ty nie miałbyś pojechać? Pięćdziesiąt lat wcześniej sam na takie pytanie odpowiedział pozytywnie.

Jonathan Goforth żył w latach 1859-36.

Janet i Geoff Benge, Isobel Kuhn – Na dachu świata, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2013

W jej rodzinnym domu często zatrzymywali się wracający z pola misyjnego lub wyruszający na nie misjonarze. Czternastoletnia Isobel zastanawiała się nad tym, co naprawdę motywuje ludzi do tego, by zostawiali swój dom i wiele innych rzeczy, aby wyjechać na drugi koniec świata, do życia pełnego trudów, niebezpieczeństw, niedostatków, a czasami nawet śmierci.
Na odpowiedź czekała kilka lat. W jej rezultacie, mając 24 lata, podczas studiów w Moody Bible Institute, każdego dnia wstawała o piątej trzydzieści, aby modlić się swoją służbę, jaką chciała pełnić w narodzie Lisu w Chinach. Pokonawszy szereg przeciwności, głównie związanych z rodziną, jako 27-latka, w październiku 1928 r., wypłynęła do Chin, gdzie czekali na nią - jej przyszły mąż John Kuhn i naród Lisu.
Po latach służby misyjnej przyszedł czas na podsumowanie. Rzeczywiście, wstrętne jedzenie, muchy, brud, męczące wędrówki górskimi ścieżkami, przewiewane wiatrem chaty, poród w odległości setek kilometrów od najbliższego lekarza i tak wiele innych rzeczy, które musiała znosić - wszystko to było tak trudnym dla niej przejściem do misyjnego życia. A jednak wytrwała na swoim miejscu. Możliwość przyczynienia się do rozwoju chrześcijaństwa w Chinach i zobaczenia na własne oczy, jak zmienia ono życie ludzi, powodowała, że warto było znosić wszystkie te trudności.
Misji Isobel i jej męża Johna nie zahamował wybuch II wojny światowej, Pomimo stałego zagrożenia ze strony Japończyków, wciąż pozostawali w Chinach, a ich działalność misyjna, skupiająca się głównie na prowadzeniu szkół biblijnych, przynosiła coraz większe owoce. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy do władzy zaczęli dochodzić komuniści. Misjonarze zaczęli doświadczać prześladowań, a niektórzy z nich stracili życie.
W związku z tym w życiu Kuhnów nastąpił nowy etap służby - w Tajlandii. Ku radości Isobel tam też mieszkał naród Lisu. I chociaż Lisu z Tajlandii mówili nieco innym dialektem niż ci w Chinach, wszyscy się doskonale rozumieli.
Całkowicie oddana misji Isobel, znalazła czas na napisanie kilku książek, które powstały w oparciu o prowadzone przez nią pamiętniki oraz kolekcję listów modlitewnych.
Jej piękną i owocną służbę przerwała nieuleczalna choroba.

Isobel Kuhn żyła w latach 1901-1957.

***

Napisane na zamówienie biuletynu „Idźcie”. 





piątek, 9 października 2015

O historii zjazdów Pokolenia Wiecznie Młodych

Wszystko zaczęło się dobrych naście lub dzieścia lat temu. Zawsze energiczne, pomysłowe , otwarte na ludzi i pamiętające stare przyjaźnie - Alina Lewczuk i Danuta Ryżyk - od czasu do czasu organizowały kameralne spotkania młodzieży z dawnych lat. Podobno to Alina wpadła na pomysł, aby grono tych przyjaciół, z odległych już czasów ZKE, nazwać Pokoleniem Wiecznie Młodych.


Z czasem formuła tylko warszawskich spotkań - organizowanych w salkach przy Puławskiej, w praskiej Arce, w mieszkaniu Lewczuków czy na tarasie Danusi - zrobiła się za wąska. Przyszedł czas, aby spotkać się w dogodnym miejscu w wymiarze ogólnopolskim. Oczywiście, wybór padł na Ostródę - jedno z wiodących w czasach ZKE miejsc spotkań młodzieży ewangelicznej z całej Polski. I tak, w dniach 28-31 sierpnia 2007 roku odbył się I Zjazd Pokolenia Wiecznie Młodych. Komitet organizacyjny tworzyli: Jurek Bajeński, Marysia i Kostek Jakoniukowie, Ala i Lonek Lewczukowei i Danuta Ryżyk. W zjeździe uczestniczyło ponad 50 osób.


Zaczęła się nowa, dobra tradycja. W liście przewodnim drugiego zjazdu, Danusia napisała: Niezwykłe było nasze ubiegłoroczne spotkanie w Ostródzie… Niepowtarzalny klimat. Starzy obozowi przyjaciele. Ci sami, ale nie tacy sami. Dojrzalsi, dostojniejsi, ale tak samo weseli, dowcipni i bliscy. Dostaliśmy wiele listów, maili i telefonów, że pomysł był wspaniały i chętnie byście go powtórzyli...  Dalej czytamy:  A więc, spotykamy się ponownie… Nie ma ograniczeń wiekowych, rasowych, „kościółkowych”. Wszystkich miłujących Pana i spragnionych społeczności z przyjaciółmi „z tamtych lat”, serdecznie zapraszamy!!!  … W programie: wspomnienia, piosenki z tamtych lat, świadectwa Bożej miłości, chwile wytchnienia w gronie dawnych i obecnych przyjaciół, kajaki, grille i niekończące się rozmowy… II Zjazd Pokolenia Wiecznie Młodych odbył się w dniach 25-27 sierpnia 2008 roku.

Kolejny zjazd przyniósł ze sobą pewne zmiany. Mianowice pojawił się temat przewodni spotkania. I chociaż w dwóch poprzednich edycjach nie brakowało nauki ze Słowa Bożego, ponieważ gościliśmy różnych kaznodziejów, to tym razem zaproszeni goście przygotowali się z usługą na konkretny temat. Brzmiał on „Zagrożenia współczesnego chrześcijaństwa ewangelicznego”. Wysłuchaliśmy wielu bardzo ciekawych wykładów, wciąż mam zachowane obszerne notatki.  III Zjazd PWM odbył się w dniach 14-17 maja 2009 roku.

Warto powiedzieć, że chociaż doroczne zjazdy PWM w Ostródzie na dobre  wpisały się w nasze terminarze, to tradycja warszawskich spotkań nie zanikła. Z tą różnicą, że określenie ‘warszawskie’ jest już właściwie mało adekwatne, ponieważ na nasze spotkania dojeżdżają osoby z Lublina, Łodzi, Wrocławia, Piasku, Biskupca. Odbywają się one zawsze jesienią. Od kilku lat stałym miejscem spotkań jest „Arka” - warszawski  ośrodek Ewangelicznej Fundacji Przyjaciół Rodziny. Z czego my, Wala i Paweł - jako gospodarze, bardzo się cieszymy.

IV Zjazd PWM odbył się w dniach 10-13 czerwca 2010 roku. Niewiele mogę o nim napisać, ponieważ nas tam nie było. Mój mąż dochodził do zdrowia - po przebytym 6 tygodni wcześniej udarze. Bardzo brakowało nam tego wyjazdu do Ostródy. Naszą tęsknotę za tą szczególną społecznością wierzących wynagradzała świadomość, że oni wszyscy tam o nas pamiętają, a szczególnie o Pawle. Teraz, kiedy przeglądam kronikę PWM, nie mam w niej listu przewodniego na rok 2010, nie znam więc tematu zjazdu, ale jest zdjęcie grupowe, podpisy uczestników i fajny wierszyk:
Z Wrocławia, Łodzi, Olsztyna czy Leśnej Podkowy
Do Ostródy jechać  byłeś gotowy
By czcić Jezusa
Co wiecznie żywy
Sprawia, że jesteś szczęśliwy…
Jest też inny cenny wpis: Nie zmienił się mój problem, ale zmieniło się moje podejście do niego. To pewnie wynik przemyśleń nad głoszonym w Ostródzie Słowem Bożym. To miejsce widziało wiele takich cudów…

Zjazd podwójnie jubileuszowy. V Zjazd PWM odbył się w dniach 15-19 czerwca 2011 roku i połączony był z 40-leciem istnienia ośrodka w Ostródzie.  Oj, gości, wspomnień i wzruszeń było wiele.  Było za co dziękować Bogu. Jak to pięknie podsumował pastor Zbigniew Chojnacki (z Ostródy): Ośrodek ten w ciągu tych czterdziestu lat zapisał się w sercach setek, a nawet tysięcy osób jako miejsce odnalezienia swojej drogi do Pana i nowy cel w życiu. Niektóre osoby dzisiaj są pastorami i usługują w różnych ewangelicznych kościołach. Wiele osób poznało się na ośrodku podczas obozów i zdecydowało się na wspólną drogę życia w małżeństwie. Dzisiaj ich dzieci przyjeżdżają tu na chrześcijańskie obozy.  Wnuki i prawnuki też tu chętnie przyjeżdżają i przyjeżdżać będą, bo Ostróda z każdym rokiem jest coraz piękniejsza i wygodniejsza. Dla nas jednak wspomnienie spania w starej stodole, na piętrowych łóżkach i materacach wypchanych słomą zawsze pozostanie bezcenne. (Brak zdjęcia.)

VI Zjazd PWM , 27 maja -1 czerwca 2012 roku. Czas upływał nam pod hasłem „Księga Zachariasza” w wykładzie Henryka Turkanika. Oczywiście, inni obecni  Bracia również mieli szansę usłużyć  Słowem. Modlitwa poranna i wieczorna społeczność, to był czas dla nich. W tym roku był też z nami i usługiwał nam brat Jan Tołwiński. 

Po tym zjeździe postanowiliśmy stworzyć na Facebooku grupę „Pokolenie Wiecznie Młodych”. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. W chwili obecnej grupa liczy już ponad 440 osób i nie gromadzimy już tylko osób mieszkających w Polsce. Dzięki Facebookowi udało nam się dotrzeć do starych przyjaciół, których losy rzuciły w przeróżne zakątki tego świata. Dzięki zamieszczanym archiwalnym zdjęciom i wpisywanym pod nimi komentarzom strona żyje bardzo dynamicznie. Dostarcza nam wielu wzruszeń, daje też wiele powodów do śmiechu. Pokolenie Wiecznie Młodych to „firma” :-) - i pomyśleć, że wszystko zaczęło się od nieregularnych spotkań w małym gronie.

Rok 2013 przynosi pewne zmiany. Ja i Paweł przejmujemy od Jurka Bajeńskiego i Danusi Ryżyk ‘pałeczkę’ organizatora zjazdów PWM. Paweł, rzeczywiście przywiózł do domu plastikową pałkę bejsbolową :-). Podarowana mu  ona została oficjalnie, a mi wirtualnie, a raczej telefonicznie - w rozmowie z Jurkiem, Danusią i wszystkimi uczestnikami zjazdu. To było bardzo miłe. Wyjaśniam, że z powodu radosnego wydarzenia w naszej rodzinie, narodzin wnuka, nie mogłam uczestniczyć w VII Zjeździe PWM (29 maja - 2 czerwca). Ale w przygotowaniach uczestniczyłam aktywnie. W 2013 postanowiliśmy poprosić usługujących gości o przygotowanie wykładów na temat przekazu międzypokoleniowego. Wszyscy staraliśmy się odpowiedzieć sobie na pytania: Jakie trwałe wartości mamy do przekazania młodemu pokoleniu? Czy jest coś, czego doświadczaliśmy, a czego oni dziś, z powodu zmieniającej się kultury, nie doświadczają? Co możemy pozostawić im w spadku? Itp. Temat był trafiony i wyczerpująco zaprezentowany, chociaż nikt nie czuł się wyczerpany. Ach ten język polski  :-).

Ostróda 2014, VIII Zjazd PWM, 28 maja - 01 czerwca.  Tego zjazdu nie zapomnimy przynajmniej z jednego powodu - z koncertu Janusza Bigdy. A tak poważnie, ten zjazd, jak każdy inny, był niepowtarzalny i wspaniały. Zaproponowany temat wykładów chwycił. Brzmiał on „Powinności ojców i matek”. Chodziło tu głównie o relację my-nasze dzieci, o obowiązek przekazania im „naszej wiary” tak, by stała się „ich wiarą”. Wzruszające były te opowieści o naszych wierzących matkach, ojcach i dziadkach, połączone ze świadectwami nawróceń synów i córek - tych dobrych i tych marnotrawnych.

Chyba warto, w tej wyliczance, wspomnieć, że 19 lipca 2014 roku odbyło się w Arce wyjątkowe spotkanie PWM. Poza wszelkim grafikiem :-).  Do Polski przyjechał Jurek Ratz z żoną i jednym z synów. Mimo ‘sezonu ogórkowego’ całkiem spora gromadka przyjaciół Jurka i Ani dotarła na spotkanie. Przyjechały nawet siostry Kozłowskie z Wrocławia i Staś Zakrzewski z Opola. Jesteście wielcy! Jak zwykle było szalenie sympatycznie i bardzo pysznie. Nikt nie odmawiał sobie sałatek ani ciast, a szczególnie wypieku Róży Ratz.

I tak doszliśmy do IX Zjazdu PWM. Odbył się on w dniach 27-31 maja 2015 roku. To był pierwszy zjazd bez Jurka Bajeńskiego. Od roku towarzyszył on nieprzerwanie swojej żonie Verze, zmagającej się z nieuleczalną chorobą. Bardzo nam brakowało tej atmosfery, którą tylko Jurek mógł stworzyć  swoimi zagajeniami , swoim śpiewem.  Ten zjazd poświęciliśmy tematowi : „Boże powołanie do służby”.  I tym razem też się nie zawiedliśmy. Podejście do tematu przez osoby usługujące, było prawdziwą ucztą duchową. A głos zabierali mężczyźni i kobiety. Poruszane były różne aspekty powołania  - powołanie Boże, wierność Bożemu powołaniu, wierność Bożego powołania, odpowiedzialność w służbie, zranienia w służbie… Gościliśmy też prawdziwych misjonarzy - Agnieszkę i Michała Domagałów, którzy opowiadali nam o swojej pracy misyjnej  na Syberii. To był wspaniały czas. Ktoś, w modlitwie, cytując Psalm 69:10 Obfity deszcz zesłałeś, Boże… powiedział: To był czas odświeżenia. Orzeźwiłeś nas, Boże, tym deszczem…

I czym mi pozostaje zakończyć? Jeżeli Pan zechce, będziemy żyli to w dniach 25-29 maja 2016 roku odbędzie się jubileuszowy X Zjazd Pokolenia Wiecznie Młodych (Jakub 4:13-15). Oczywiście, w Ostródzie. Dla miłośników Ostródy mam dobrą wiadomość, że z ośrodka będzie już można korzystać od 23 maja. Jeśli ktoś z Was nigdy jeszcze nie uczestniczył w zjazdach PWM, to mam nadzieję, że poczuł się zachęcony. Wierzę, że stałych bywalców zachęcać nie muszę. Dalsze informacje podane zostaną w późniejszym terminie. Zainteresowanych zapraszam do kontaktu przez Facebooka, mailowo lub telefonicznie.

A póki co - zapraszam na warszawskie spotkanie PWM, w sobotę, 7 listopada.








poniedziałek, 5 października 2015

Spotkanie z człowiekiem legendą

Z archiwum dwutygodnika Ursynowskiej Społeczności Ewangelicznej „Niedziela w USE”:

W dniach 24-26 października 2003 r. odbywała się w Warszawie, organizowana przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Akademickie, konferencja dla studentów, o stanowiącym pewne wyzwanie temacie: „Solą ziemi i światłością świata”. Więcej, na temat samej konferencji, przeczytacie w następnej gazetce. Ja, natomiast, chciałabym bliżej przedstawić wam sylwetkę Georga Verwera, głównego mówcy tej konferencji oraz podzielić się kilkoma myślami z jego wykładów, które zapadły mi głęboko do serca.

George Verwer jest założycielem ogólnoświatowej organizacji misyjnej Operation Mobilisation. Misja ta wśród głównych celów swojej działalności umieszcza: szkolenie przywódców chrześcijańskich w dziedzinie ewangelizacji, chrześcijańskiego uczniostwa i pomocy w zakładaniu lokalnych zborów.

George, to jedna z najwybitniejszych postaci współczesnego nurtu ewangelicznego. Jest dynamicznym, uznanym na całym świecie mówcą, który swoją pasją zaraża słuchaczy do aktywnego chrześcijaństwa oraz rozbudza zapał do głoszenia Ewangelii całemu światu. Jego myśl przewodnia brzmi: „Stale uczyć się modlitwy, miłowania Boga, wspólnoty z Nim, i nieustannie Go poznawać...”.

Wysłuchałam dwóch, zresztą bardzo spontanicznych, wykładów Georga i udało mi się połączyć je w jedną całość trzema punktami:
1.  Żniwo jest wielkie, ale robotników jest mało. (Ew. Mat. 9:35-38).
2.  Bóg stawia przed nami wyzwanie: Kogo poślę? Odpowiedź powinna brzmieć: Oto jestem, poślij mnie. (Izajasz 6:1-8).
3.  Naszym zadaniem jest wytrwać do końca. (Hebr. 12:1-6).

Ad. 1. W zasadzie świadomość tego,  że żniwo jest wielkie, a robotników mało, miałam. Informacje statystyczne na ten temat pojawiały się od czasu do czasu w naszej gazetce. Ale tak naprawdę, ta smutna prawda dotarła do mnie w chwili, kiedy patrzyłam na Georga, modlącego się ze swoją wielką piłką (globusem), uniesioną w górze i pokazującego nam miejsca na ziemi, gdzie nie dotarła jeszcze Ewangelia, gdzie nie ma Kościoła, gdzie chrześcijan można policzyć na palcach jednej ręki, albo w ogóle nie można stwierdzić ich obecności, gdyż pozostają w ukryciu z powodu prześladowań.
Znamienne, w kontekście tej bolesnej rzeczywistości, były słowa Georga, który powiedział: Nie jesteś tu przypadkiem. Bóg to dla ciebie przygotował. On to zorganizował. Niektórzy z was, tu obecni, będą odpowiedzią na modlitwę: „Proście więc Pana żniwa, aby wyprawił robotników na żniwo swoje” (w. 38).

 Ad. 2. „Oto jestem, poślij mnie!” Taka prosta modlitwa. Nie dla misjonarzy! Dla każdego! Pole misyjne jest wokół każdego z nas! „O jak piękne są na górach nogi tego, który zwiastuje radosną wieść, który ogłasza pokój, który zwiastuje dobro, który ogłasza zbawienie, który mówi...: Twój Bóg jest królem.” Izajasz 52:7.  (Inne fragmenty: Rzym. 10:15, Ew. Jana r. 17.) 
Jesteś Bogu potrzebny. On pragnie twojego 100% oddania. On pragnie usłyszeć od ciebie: „Panie, jestem do Twojej dyspozycji.”

Ad. 3. „Przeto i my, mając około siebie tak wielki obłok świadków, złożywszy z siebie wszelki ciężar i grzech, który nas usidla, biegnijmy wytrwale w wyścigu, który jest przed nami.” Hebr. 12:1
Zadanie dla ciebie - ZOSTAŃ MARATOŃCZYKIEM!!!
Jesteś w wyścigu czy na widowni? Jeśli jesteś w biegu, to:
1. Będziesz człowiekiem modlitwy.
    2. Będziesz osobą zdyscyplinowaną.
    3. Będziesz podekscytowany tym, co robisz.
    4. Będziesz wielbić Pana codziennie.
    5. Będziesz miał społeczność z innymi.
    6. Będziesz czytać Słowo Boże, aby poznać Bożą wizję.
Przyjdzie czasem zniechęcenie, rozczarowanie, a nawet upadek i grzech. Ale, nie opuszczaj biegu! Pamiętaj, biegniesz dzięki Bożej mocy i łasce. Wartościowy czas z Bogiem podtrzyma ciebie w biegu. Pielęgnuj swoją pierwszą miłość. Nie oddalaj się od Boga! Nie ziębnij!

***

Wróciłam do tego starego tekstu z prostego powodu - George Verwer znowu będzie w Polsce, jako gość konferencji ZOOM, w dniach 16-18 października 2015 r., w Warszawie.
Więcej informacji na KLIKNIJ.
Zachęcam do udziału.