poniedziałek, 16 listopada 2020

Kącik dobrej książki

Na moim biurku uzbierał się stosik książek, a właściwie to dwa.

Leżą ułożone po jego prawej stronie. Kiedy pracuję przy komputerze, trącam je krawędzią dłoni, trzymającej myszkę. Leżą tu od dawna, bo wciąż łudzę się nadzieją, że kiedyś napiszę o nich kilka słów w moim kąciku dobrej książki. Czyżby wreszcie nadszedł ten czas?

Na dobry początek spróbuję zaprezentować dwie z ponad kilkunastu.

Szczęściarz urodzony w PRL-u, Józef Stępień i przyjaciele, Wydawca: Spółdzielnia Socjalna „Dorkas”, Kłodzko 2015 r.

Książka jest zbiorem, krótszych lub dłuższych, świadectw historii życia i osobistego spotkania z Bogiem 131 kobiet i mężczyzn. Ostatnia historia jest dłuższa. I jest historią pomysłodawcy tego zbioru - Józefa Stępnia.

Wszystkie zebrane życiorysy osadzone są w czasach peerelowskich. Dla czytelnika, któremu nie jest obca tamta epoka, książka pozwala przeżyć powrót do przeszłości. Mniej lub bardziej sentymentalną podróż w czasie. Czasem boleśnie obnażającą realia tamtej epoki. Realia systemowe, światopoglądowe, ekonomiczne i moralno-etyczne (chociażby wszechobecny alkoholizm, łapówkarstwo, kolesiostwo, kombinowanie i krętactwo).

Takie to były czasy. Ale to nie one są w tych opisach najważniejsze. Najważniejszy jest fakt, że niezależnie od epoki, układu politycznego czy rozwoju gospodarczego, głód człowieka za Bogiem zawsze pozostaje ten sam. Może nie zawsze daje się on rozpoznać, ale pewnym jest, że w życiu każdego człowieka pojawia się swego rodzaju pustka, którą po omacku stara się czymś wypełnić. Pogonią za bogactwem, uzależnieniem, rozwiązłością czy też czymś dobrym i pożytecznym. Z czasem jednak widzi, że żadna z tych rzeczy nie działa. Szczęściarzem jest ten, któremu ktoś wskaże na Boga. Francuski fizyk i filozof Blaise Pascal powiedział: „W sercu każdego człowieka jest pustka o kształcie Boga, którą tylko Bóg, poprzez Swojego Syna Jezusa Chrystusa, może wypełnić”.

Bohaterowie tej książki właśnie o tym opowiadają. Tym się dzielą. Piszą o tym, jak jedna niewielka książeczka - kieszonkowe wydanie Nowego Testamentu, wydane przez Stowarzyszenie Gedeonitów, zrewolucjonizowało ich życie. Znam kilkanaścioro z nich osobiście i jestem im wdzięczna za otwartość i odwagę podzielenia się swoją historią życia i nawrócenia, której wcześniej nie znałam. Poznałam za to obecne ich życie, które oddane jest Bogu i służbie na rzecz rozwoju Jego Królestwa. Dziękuję za nich Bogu.

Wiem, że powstały kolejne tomy o szczęściarzach urodzonych w PRL-u. Ja jestem w posiadaniu tylko tych dwóch - opisanego powyżej i poniżej.

Szczęściarz  urodzony w PRL-u, Józef Stępień, autobiografia, Instytut Wydawniczy „Compassion”, Szczecin 2018r.

I znowu podróżujemy w czasie. W przeszłość oczywiście. Te podróże w przyszłość (np. w formie proroctwa) to nie moja bajka. Chyba że dotyczy to wizji rzeczy przyszłych, opisanych w Biblii.  

Autor wspomina, że napisał tę książkę z myślą o swoich wnukach i dla nich. Rozumiem tę ideę. Sama napisałam im podobną książkę. Byłam oczywiście mniej twórcza i samodzielna, ponieważ posługiwałam się gotowym szablonem, który pieczołowicie wypełniałam treścią i zdjęciami. Przy okazji polecam tę formę - książka do wypełnienia „Opowiedz mi babciu” (lub dziadku) do kupienia w Internecie.

Józef Stępień starszy jest ode mnie o osiem lat. Dzięki temu poznaję kawałek historii tej dla mnie znanej. Plus ten, do którego moja wsteczna pamięć nie sięga.

Książka opisuje nie tylko jego życie związane z peerelowską codziennością, nauką, pracą zawodową, sukcesami i porażkami, życiowymi wyzwaniami. Takich opowieści można usłyszeć wiele od naszych rodziców czy dziadków. Ale w życiu trzydziestoletniego Józefa dokonuje się przełom duchowy zwany nawróceniem lub nowo narodzeniem. I tutaj historia jego życia przechodzi do innego wymiaru. Pełniejszego wymiaru. Co wpływa na to, że jego życie wchodzi na inne tory. Autor prowadzi nas tą ścieżką od lat osiemdziesiątych  minionego stulecia po rok 2004. Ten okres jego życia jest okresem pozytywnego jego wpływu na życie wielu innych ludzi, z którymi połączyły go losy. Zachęcam do poznania tej ciekawej autobiografii.

Jestem szczególnie wdzięczna autorowi za ten piękny opis naszego dzieciństwa:

(...) Jedliśmy chleb namoczony w wodzie i posypany cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, mlecz, strączkowy groch, gotowany bób, smażone kanie i pieczarki z łąki, na której wypasano konie (lub krowy :-), podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, owoce głogu (ja do dzisiaj jem :-), szczaw rosnący przy polnych drogach czy też kwaśne owoce tarniny. Piliśmy wodę ze strumyka, ciepłe mleko prosto od krowy, kranówkę (pierwsza rzecz po obiedzie :-). (...)  

***

Polecam obydwie książki. Zarówno ze względu na ich wartość historyczną oraz na wartość duchową. Opisanej historii życia dotkniętego i przemienionego Bożą miłością.



 

piątek, 30 października 2020

Miało być dobrze, a wyszło „jak zwykle”...


Momenty potrząśnięcia

Bywają w życiu takie „momenty potrząśnięcia”, w życiu osobistym lub w życiu społecznym czy narodowym, po których postanawiamy, że będziemy żyli inaczej, myśleli inaczej, zachowywali się inaczej.

Wstrząs po okrucieństwach drugiej wojny światowej wzbudził w ludziach nadzieje, że nic takiego więcej się nie powtórzy, a ludzie nauczą się szanować pokój i żyć w pokoju. Jednak analiza ostatnich 75 lat rozwiewa te złudne nadzieje i obnaża bolesną rzeczywistość. Cały świat jest uwikłany w rozmaite konflikty, choć nie zawsze są to konflikty zbrojne.

Ktoś może powiedzieć, że nie odpowiadamy za wszystko, co się dzieje na świecie. Może tak a może nie - to zależy od wielu czynników. Nie będę się jednak na nich skupiać. Mnie bardziej interesuje nasze polskie podwórko. A może inaczej - polski front.

Punkty zwrotne

Przypomnę tylko kilka wydarzeń, sytuacji, które miały stać się dla Polaków punktem zwrotnym. Po nich miało być tylko lepiej.

Pierwsze wydarzenie to śmierć „polskiego papieża”, Jana Pawła II. Czy pamiętacie kwiecień 2005 roku i chociażby deklaracje „kiboli”, że zaprzestaną bójek, aktów wandalizmu i szerzenia nienawiści? Miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle.

Drugie wydarzenie to tragedia smoleńska. Jak długo trwała żałoba w Polsce? Taka prawdziwa, z głębi serca? Chyba jeszcze nie pochowano wszystkich ofiar a już padały słowa pełne oskarżeń i nienawiści, które do dziś nie ustały. Miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle.

Trzecie wydarzenie pochodzi z rodzinnego podwórka. Śmierć mojego teścia miała być lekarstwem uzdrawiającym dosyć skonfliktowane relacje rodzinne. Już, już zaczynaliśmy się porozumiewać, spędzać razem czas, zbliżać się do siebie. Niestety, to szczęście rodzinne, wymieszane ze łzami i smutkiem po utracie ojca, nie potrwało zbyt długo. Jest nawet gorzej.

Miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle. Piszę o tym, ponieważ z obserwacji wiem, że konflikty rodzinne są częścią składową ich funkcjonowania. (Jeszcze nie poznałam idealnej rodziny.) Więc, nie mam co „ściemniać”, że u Jaroszów jest inaczej.

Zapewne mogłabym przytoczyć jeszcze wiele okoliczności, po których zamierzaliśmy zapisywać nową, białą kartę naszego życia i budować lepszą rzeczywistość. Myślę jednak, że te trzy przykłady wystarczą, aby czytelnik zrozumiał, o co mi chodzi.

Więcej na dzieli niż łączy

Bardzo boleję nad tym, że nas wszystkich więcej dzieli niż łączy. Najwyraźniej widać to na Facebooku. Przyznaję, że mam coraz mniejszą przyjemność obcowania z nim. Czy raczej treściami, którymi jest przepełniony. Męczą mnie agresywne dyskusje, walka na argumenty, hejty przekraczające wszelkie granice przyzwoitości, totalny brak szacunku do drugiego człowieka. Z zasady nie podejmuję drażliwych i jałowych dyskusji; nie komentuję treści, z którymi się nie zgadzam. Podjęłam decyzję, że niektóre osoby przestaję obserwować, niektóre usuwam z grona znajomych. (Coraz bardziej zaczynam doceniać jakość, nie ilość.)

Pandemiczny epizod

I pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy kolejną szansę spróbować, by mogło być lepiej. Pojawiła się pandemia i pierwsze tygodnie przymusowego zamknięcia w naszych domach zaowocowały czymś bardzo pozytywnym. Przynajmniej wśród wielu moich znajomych. Stali się bardziej refleksyjni, otwarci, twórczy. Trudno pominąć fakt, że nasze kościoły i wspólnoty religijne musiały zawiesić swoją normalną działalność i przejść na online. Jeszcze nigdy nie było tyle Słowa Bożego, głoszonego przez FB. Ale dla mnie nie to było najważniejsze, ponieważ wynikało to bardziej z konieczności. Dla mnie były ważne wszystkie przejawy aktów dobrej woli, polegające na tym, aby swoją historią, piosenką, podpowiedzianym dobrym filmem, scenką, krotką refleksją umilić czas izolacji, dać pocieszenie i tchnąć nadzieją. Na krótki czas ustały czcze dyskusje, słowne przepychanki i wojenki światopoglądowe i polityczne. Zbyt krótko, niestety, zbyt krótko. Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle.

Nagle, w naszej epidemicznej rzeczywistości, pojawili się antycovidowcy, antyszczepionkowcy oraz wyznawcy wszelakich teorii spiskowych. Głupota ludzka wymieszała się z pychą. Boleję, kiedy widzę prześmiewcze, pełne jadu i szyderstwa posty na temat wszystkiego, co ma związek z tą epidemią. Są to posty pozbawione empatii, wrażliwości, a nawet przyzwoitości. I to mnie najbardziej dziwi, że zamieszczają je osoby, po których spodziewałabym się większej klasy. Po raz kolejny podejmuję decyzję o zredukowaniu listy swoich znajomych. Nie chcę dłużej karmić swojego umysłu treściami postów, które publikują. Nie dyskutuję z nikim, bo nie widzę w tym sensu.

Zasiewać dobro i pokój

Ktoś mógłby powiedzieć: Skoro cię to wszystko tak strasznie irytuje, to wypisz się z FB. Przyznaję, chodziło mi to po głowie. Jednak dla mnie FB to również miejsce pracy. Administruję kilka ważnych stron i wartościowych grup (co pozwala mi swobodnie usuwać nieodpowiednie posty i blokować tych niedyscyplinowanych :- ). A jeśli chodzi o moje prywatne konto, to już dawno podjęłam decyzję, że skoro już jestem na FB, to chcę wykorzystać swoją obecność po to, aby zasiewać dobro i pokój. Dawać ludziom radość. Być światłem. Może nie zawsze mi to wychodzi, ale na pewno jest lepiej niż ‘jak zwykle’.

Nawet mój mąż to docenił, wpisując na moim profilu taki tekst: Dziś wpadł mi w oko cytat z Adama Mickiewicza: "Chcesz cało przejść pomiędzy światowym rozruchem? Bądź dla zwierząt człowiekiem, a dla ludzi duchem." Od razu pomyślałem o Wali. Kocha zwierzęta a dla ludzi też jest dobrym duchem. Z podziwem patrzę na nią, jak nie traci z oczu "kompasu" w dzisiejszym świecie pełnym protestów, walki, nienawiści i tym podobnych rozruchów... Dziękuję, Pawełku.

Boleję i marzę

Bardzo boleję nad tym, że od dłuższego czasu jesteśmy tak strasznie spolaryzowani. Zrozumiałe są dla mnie różnice poglądów i światopoglądów. Moim FB znajomym dość po słowie, by mogli odkryć, że w kilku istotnych aspektach życiowych mam poglądy całkowicie odmienne od wielu z nich. Jestem transparentna w ich artykułowaniu, ograniczając się tylko do mojego profilu. Nikomu niczego nie narzucając. Jestem też osobą na tyle integralną, aby nie zmieniać swoich poglądów wraz z upływem czasu i zmieniającymi się trendami. Dla mnie, w kwestiach światopoglądowych, zawsze fundamentalna będzie jedna z reformacyjnych zasad - Sola Scriptura / tylko Pismo. (Zaznaczam, że pozostałe zasady są dla mnie jednakowo ważne.)

W tej polaryzacji najbardziej poraża mnie fakt, że odkrywam na nowo moich znajomych. Poznaję ich prawdziwe oblicze i nie zawsze jest ono szlachetne. Posty, które wstawiają, język, którym się posługują, poglądy jakie głoszą... Czasem ze zdumienia przecieram oczy. No cóż, nic tak nas nie obnaży, jak forma naszej aktywności na FB. I pomyśleć, miało być tak dobrze... Wspaniały portal społecznościowy. Odgrzebujemy stare przyjaźnie, zawiązujemy nowe, powiększamy grono znajomymi. Stajemy się wielką facebookową rodziną, która wydaje się nie mieć żadnych granic. Językowych, narodowych, społecznych, wiekowych. A jednak ma granice i to duże. Polityczne, moralne i światopoglądowe. Kiedy dochodzą do głosu, to to co miało wyjść nam na lepsze - wychodzi „jak zwykle”.

Wciąż jednak drzemie we mnie marzenie, aby choć raz, przez dłuższą chwilę mogło być między nami lepiej. 





piątek, 18 września 2020

Kącik dobrej książki

 Pomiędzy przedstawionymi poniżej historiami misyjnymi nie ma ścisłego związku. Lubię grupować propozycje tematycznie, ale wygląda na to, że skończyły mi się już takie możliwości. A jednak, jest jedna wspólna charakterystyka - polem działania misyjnego bohaterów tych książek jest Azja. Chociaż rozpiętość geograficzna ich działań jest tak ogromna, jak odległość pomiędzy Indiami a Japonią. Nie brakuje w nich również wątków europejskich i amerykańskich.

Johanna Lorch, Matka trędowatych - z życia Mary Reed, Wydawnictwo „Pielgrzym Polski”, Warszawa 1975

Przyniosła nam niebiańskie lekarstwo...

Boży głos powołania dotarł do Mary Reed w chwili radosnej, twórczej pracy. Od dziesięciu lat była nauczycielką (stan Ohio w Ameryce), a tu nagle dociera do niej wezwanie z dalekich Indii. Kolejne lata spędza na misji, ucząc w szkole dla dziewcząt, a następnie poświęcając się całkowicie pracy socjalnej, wśród najuboższych tej ziemi.

Pogarszający się stan zdrowia zmusza ją do powrotu do kraju, tylko po to, aby tam usłyszeć okrutną diagnozę - trąd! Ma zaledwie 36 lat.

Rozsądny lekarz daje jej wybór - izolacja w odosobnionym sanatorium lub powrót do Indii i pielęgnowanie chorych na trąd, dokąd sił starczy. Decyzja mogła być tylko jedna...

Matka trędowatych, bo tak nazywano Mary Reed, służyła samotnie wśród innych cierpiących przez 46 lat. (Żyła w latach 1854-1943.)

Jestem zadziwiona, że nie znalazłam w polskiej bibliografii nic więcej na temat tej wyjątkowej kobiety, poza niewielką broszurą, mieszczącą się na rozłożonej dłoni. To smutne, ale jeszcze nic straconego - jest kilka książek, opisujących jej służbę, które można przetłumaczyć.


Gotthold Beck, Gdy wcześnie nadchodzi śmierć - przeżycia 20-letniej dziewczyny, Christliche Verlagsgesellschaft, Dillenburg 1989

Gotthold Beck przez dziesięciolecia służył jako misjonarz w Japonii. W swojej książce nie opowiada jednak o tej służbie. Poświęcona jest ona jego przedwcześnie zmarłej córce, której życie, a następnie śmierć stała się inspiracją dla wielu. A pytanie o sens życia zakończonego w wieku 20 lat, dla wielu innych znalazło swoją odpowiedź w Jezusie Chrystusie.

Linda, jako młoda osoba, wcześnie zrozumiała powód, dla którego jej rodzice są w Japonii. Wiedziała, że Japonia nie potrzebuje innej kultury, innej mentalności albo innej religii. Japonia potrzebuje Jezusa, gdyż postęp, technika i bogactwo nie dają Japończykom pełnego zadowolenia. Linda miała wielkie serce dla dzieci i im poświęcała najwięcej czasu. Japonię pokochała całym sercem. Wróciła do ojczyzny (Niemcy), aby uczyć się w szkole pielęgniarskiej, żyjąc nadzieją rychłego powrotu do Japonii. Niestety, tak się nie stało. Jej młode życie pokonała choroba nowotworowa. Świadectwo jej życia w okresie choroby stało się wspaniałym narzędziem dotykającym ludzkich serc. Pośród tych, którzy ją otaczali. Wieść o jej chorobie i postawie dotarła również do Japonii, zdobywając wiele dusz dla Chrystusa.

Na mnie wrażenie zrobił opis jej Biblii - Była dosłownie „przeorana”. Na marginesach były zapisane liczne uwagi i wiele wierszy było podkreślonych. Ona po prostu żyła Biblią. Może warto przyjrzeć się naszym Bibliom?

Druga część książki zawiera rozważania i notatki Lindy.

Trzecia część jest traktatem teologiczno-ewangelizacyjnym autora. Jego przydatność pozostawiam ocenie czytelnika.


K. P. Yohannan, Rewolucja misyjna, Wydawnictwo Pojednanie, Lublin 2009

Modlitwa matki: Boże, żeby jeden z moich chłopców został misjonarzem! została wysłuchana.

Autor książki został misjonarzem i jednocześnie założycielem misji Gospel for Asia (Ewangelia dla Azji). To jeden z największych ruchów misyjnych na świecie. GFA działa natomiast w całych Indiach w dziedzinie ewangelizacji i zakładania zborów.

Yohannanowi zawsze przyświecała myśl, aby pozyskiwać dla Jezusa biednych (wtedy dotkniemy masy ludzkie - pisał z przekonaniem). Przyjaciele nazywali go żartobliwie „Gandhi”, ponieważ utrzymywał, że jeżeli ludzie z wiosek Indii mają kiedykolwiek poznać miłość Jezusa, będzie ona musiała być im przyniesiona przez ich rodaków o brązowej skórze. To zrozumienie utwierdził w nim John Haggai, założyciel Haggai Institute. Zadaniem instytutu było szkolenie krajowych ewangelistów do dzieła głoszenia ewangelii, bez polegania na misjonarzach zagranicznych. Z autopsji wiem, na czym to polega, ponieważ sama uczestniczyłam w takim szkoleniu w 2004 roku.  

I rzeczywiście, K. P. Yohannana cechuje duży sceptycyzm i krytycyzm skierowany na zachodnie chrześcijaństwo i misję w wydaniu zachodnim. Czytając tę książkę, czułam się czasem, jakby ktoś wylewał na mnie kubeł zimnej wody. Nie zaprzeczę jednak, że wielokrotnie zgadzałam się z autorem. Znalazłam też wiele przyczynków do zweryfikowania swojej służby. Na przykład w temacie Dobre czyny a Ewangelia (chodzi o działania społeczne i charytatywne).

Książka warta przeczytania i niewątpliwie w wielu aspektach rewolucyjna.

***

Żyjemy w czasach, kiedy zamykają się księgarnie, biblioteki nie chcą przyjmować książek, a z samych książek robi się wycinanki - nie powiem, są to małe dzieła sztuki. Przykre to zjawiska. Mam jednak nadzieję, że miłośnicy książek o misji pozostaną im wierni.

Zachęcam do budującej lektury.

(Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie".)