Janet
i Geoff Benge, William
Carey – Muszę jechać, Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2010
William Carey był zwykłym człowiekiem z nadzwyczajną wiarą. Nic więc
dziwnego, że jego motto życiowe wciąż inspiruje wielu. Swoją pasję dla misji
wyraził słowami: Spodziewaj się wielkich rzeczy od Boga, podejmuj się
wielkich rzeczy dla Boga.
Carey urodził się w 1761 roku, w
ubogiej angielskiej rodzinie. We wczesnym dzieciństwie sam musiał zacząć
zarabiać na życie. Pracował jako szewc. W wolnym czasie uprawiał ogródek, pasjami
czytał książki i uczył się języków. Jakich? Łaciny, greki i hebrajskiego. Mając
szesnaście lat, William, był jednym z najlepiej wykształconych ludzi w okolicy.
Czy przewidywał, jak użyteczna będzie kiedyś jego wiedza? Nie wiemy. Wiemy natomiast,
że dwudziestokilkuletni William Carey zdążył już być szewcem i nauczycielem.
Zajmował się przy tym utrzymaniem własnej rodziny oraz owdowiałej siostry z
dziećmi.
Kiedy został pastorem, do głosu zaczęło
dochodzić głębokie pragnienie niesienia Ewangelii poganom. Czy możemy sobie wyobrazić,
jak się poczuł, słysząc następujące słowa: Mamy
tutaj przykład młodego człowieka, który nie wie nic o Bożym planie. Wszechmogący
nie potrzebuje człowieka, by przemawiał zamiast Niego. On oświeci pogan własnym
sposobem, gdy uzna to za słuszne. Nie jest naszym zadaniem wtrącanie się w ten
proces. Był rok 1787.
Sześć lat później, na statku odpływającym
w stronę Indii, William Carey napisał w dzienniku: Czwartek, trzynastego czerwca 1793, na pokładzie „Kron Princessa
Maria”. Dzień radości dla mojej duszy…
Carey spędził w Indiach 41 lat. Zmarł
w 1834 roku. Jako człowiek i misjonarz dokonał wielu „wielkich rzeczy” dla Boga.
Doświadczył też wielu niepowodzeń, rozczarowań i cierpień. Jak czytamy w
książce: Otoczony trudnościami, w obliczu
śmierci własnych dzieci i choroby żony, nigdy nie stracił wiary. Przetrwał
wszystko i zawsze dążył do przodu. Założył college cieszący się największym
prestiżem w ówczesnych Indiach. Przetłumaczył Biblię na wiele języków Indii i
Azji. Przyczynił się do założenia w całych Indiach licznych zborów i szkół.
Sprzeciwiał się nieludzkim zwyczajom i nigdy nie zachwiał się w swoim powołaniu
do głoszenia Ewangelii mieszkańcom Indii, gdziekolwiek się z nimi spotykał.
Naprawdę, warto poznać jego
historię.
Janet
i Geoff Benge, Rowland Bingham – Do wnętrza Afryki, Wydawnictwo
Pojednane, Lublin 2011
Szesnastoletni Rowland musiał
podjąć dramatyczną decyzję. Poszło o… tytoń. Ten młody, nawrócony człowiek, nie
potrafił przekonać swojej matki, że jest rzeczą niewłaściwą sprzedawanie
tytoniu. Wkrótce matka i syn znaleźli się w konfliktowej sytuacji bez wyjścia.
Rowland modlił się w tej sprawie i szybko znalazł drastyczne rozwiązanie
swojego problemu. Postanowił opuścić Anglię i rozpocząć samodzielne życie
emigranta w Kanadzie.
Rowland, potrzebował znaleźć się
bardzo daleko od swojego kraju, aby odkryć dla siebie powołanie misyjne. Mając
jedynie dwadzieścia lat, zdecydował się na służbę w Afryce, zwanej
cmentarzyskiem białego człowieka. Decyzja została podjęta, gdy miał w kieszeni
tylko dziesięć dolarów. Wkrótce, ten młody człowiek, przekonał się, że dla Boga
nie ma rzeczy niemożliwych. W czerwcu 1893 roku znalazł się ponownie w Anglii,
a kilka miesięcy później, z dwoma towarzyszami, oddalał się od jej brzegów, w
kierunku Afryki.
Towarzysze podróży stworzyli
własną misję, ponieważ żadna inna misja nie chciała ich przyjąć w swoje
szeregi. I tak oto powstała Misja do Wnętrza Sudanu (Sudan Interior Mission –
SIM). Niestety, sprawy potoczyły się dramatycznie. Rowland szybko stracił
swoich dwóch towarzyszy. Jednak nie zrezygnował. Resztę swojego życia spędził w
podróżach pomiędzy Afryką, Anglią i Kanadą. Dzięki zaradności jego i jego żony
oraz wsparciu całej rzeszy przyjaciół Misja rozwijała się i coraz więcej
chętnych misjonarzy kierowało swoje kroki do Afryki. Nawet działania wojenne
nie powstrzymały tego pochodu. A działania misyjne SIM przestały ograniczać się
już tylko do Sudanu.
Siedemdziesięcioletni
Rowland Bingham wracał myślami do
pierwszych lat. Jak dawno temu to było,
gdy jako dwudziestolatek wyruszył do Afryki z Walterem Gowansem i Thomasem Kentem!
Mieli bardzo skromne wsparcie, ale przynaglało ich przekonanie, że miliony
ludzi w Sudanie potrzebują usłyszeć Ewangelię. A teraz, gdy zbliżał się pięćdziesiąty
rok działalności Misji do Wnętrza Sudanu, jak wiele zostało osiągnięte! Stacje
misyjne SIM rozmieszczone były po całym afrykańskim interiorze. Służyło w nich
aż trzystu sześćdziesięciu misjonarzy.
Jak to się dokonało? Odsyłam do
książki.
Bóg posłużył się tym wiernym
sługą, pełnym wizji i wiary, aby światło Ewangelii mogło dotrzeć do milionów
ludzi, na obszarach uważanych kiedyś za niedostępne dla misjonarzy. Rowland
Bingham zmarł w 1942 roku.
Janet
i Geoff Benge, Gladys Aylward – Przygoda całego życia, Wydawnictwo
Pojednane, Lublin 2010
Nigdy nie szło jej dobrze w żadnej szkole. Skończyła edukację w wieku
czternastu lat i zaczęła pracować jako pokojówka. Według norm misyjnych była
starszą kobietą. Gdyby kontynuowała naukę w szkole misyjnej, wyjeżdżając do
Chin miałaby trzydzieści lat. W tym wieku prawdopodobnie trudno byłoby jej
nauczyć się chińskiego. Prawdą było też, że nie miała żadnych przydatnych umiejętności.
Nie była pielęgniarką ani nauczycielką. Była po prostu Gladys Aylward, córką
Thomasa i Rosiny, listonosza i gospodyni domowej z Edmonton, skromnego
przedmieścia Londynu.
Nie wiadomo dlaczego, pomimo nie
dania jej szansy zostania misjonarką, Gladys wciąż żyła w przekonaniu, że Bóg
chce, żeby zamieszkała i służyła w Chibach. A jeżeli On tego chce, na pewno
pomoże jej znaleźć pieniądze na wyjazd. Postanowiła wyjechać do Chin bez
zaplecza. Bez żadnej wspierającej ją misji. Położyła dłonie na jedynych
pieniądzach, jakie jej pozostały (dwa i pół pensa) i pomodliła się: Oto moja Biblia, moje pieniądze i ja sama.
Boże, znajdź jakiś sposób, żeby się mną posłużyć.
Piętnastego października 1930
roku, Gladys była gotowa do rozpoczęcia podróży swojego życia. Do kraju wróciła
dopiero po siedemnastu latach. Wróciła z powodu słabego stanu zdrowia i
zagrożenia życia ze strony komunistycznego reżimu. Przyjechała ubrana w długą
chińską suknię, z siwymi włosami upiętymi w kok. Jej rodzice czekali na nią na
peronie. Kiedy szła później z matką, trzymając ją za rękę, można by było
pomyśleć, że są siostrami, z których starszą i wątlejszą jest Gladys…
Czego dokonała i co przeżyła w
Chinach? O tym koniecznie trzeba przeczytać. Wspomnę jedynie, że tym, czego się
nie spodziewała po powrocie do Anglii, była otaczająca ją sława. Przybywali dziennikarze londyńskich gazet,
by robić z nią wywiady. Rozgłośnia BBC włączyła ją do serii audycji o
bohaterach wojennych. To doprowadziło do produkcji słuchowiska. A potem
powstała książka o jej życiu. Na jej podstawie nakręcono w Hollywood film, w którym
grała Ingrid Bergman.
Gladys Aylward wykorzystywała
swoją sławę, by pomagać ludziom w Chinach. A po dziesięciu latach spędzonych w
Anglii, w 1957 roku, wróciła „do domu”. Ponieważ nie mogła wjechać do Chin,
zamieszkała na Tajwanie, tam pracując pośród narodu chińskiego.
W pierwszy dzień 1970 roku, w
wieku sześćdziesięciu siedmiu lat odeszła do Pana.
***
Ci ludzie, naprawdę zrobili to,
do czego Bóg ich powołał.
Życzę inspirującej, zmieniającej
życie lektury.
PISANE NA ZAMÓWIENIE BIULETYNU "IDŹCIE"