poniedziałek, 30 września 2013

Jesienne dziękczynienie za zbiory


Wrzesień! Miesiąc żółknących liści. Wydaje się, że jeszcze trwa pełnia lata. Ale zwiastuny jesienie nieubłaganie świadczą o przemijaniu. Jako pierwsze tracą liście lipy i brzozy.
Wrzesień. Zapach ognisk z pól, z których sprzątnięto płody.
Wrzesień - miesiąc nieba o bladym błękicie. Czas spokoju i pełni. Czas zbioru jabłek, krągłych i pąsowych jak twarze dzieci rozpoczynających kolejny rok szkolny. Czas żmudnej pracy.
Wrzesień…  AB-K

***
Jak Ci dziękować mamy, dobry Panie Boże,
za to, że takie piękne znów w tym roku zboże,
żeś nam nie skąpił słońca i deszczów z nieba,
że pod dostatkiem mamy codziennego chleba,
że słodkie nam owoce znów pięknie obrodziły,
żeś zdrowia nam użyczał i wspierał nasze siły,
za wszystką dobroć, której nikt zmierzyć nie jest w stanie,
Jak mamy Ci dziękować nasz Święty, Dobry Panie?
Tylko serca przed Tobą możemy zgiąć w pokorze
I wołać - chwała Tobie, Ojcze nasz, Panie Boże!
Więc skłoń się do nas, Panie i otwórz swe niebiosy,
By doszły uszu Twoich nasze dziękczynne głosy!
(Maria Bagsik)






środa, 25 września 2013

Rozmyślania przy sprzątaniu

Potrzebne mi są od czasu do czasu takie dni, kiedy mojego męża dłużej nie ma w domu. I wcale nie chodzi mi o to, aby od niego odpocząć. I też nie o to, że w ogóle potrzebuję odpocząć. To, czego mi po prostu potrzeba , to czasu na tzw. „odgruzowanie mieszkania”.  Na generalne porządki. Nie robię tego zbyt często - raz na dwa lata wystarczy. Ale jest  to wtedy naprawdę generalne sprzątanie. Zajrzę w każdą szparkę, a moja wilgotna szmatka nie ominie żadnej rzeczy w zasięgu mojego wzroku i ręki.

No i stało się - mąż wybył na tydzień. Zanim wyjechał, już miałam zaplanowaną logistykę sprzątania całego mieszkania. Zaznaczam, że nie było to moje jedyne zajęcie w ciągu tego tygodnia, ale powiedzmy - główne.

Okazuje się, że robiąc porządki można całkiem fajnie rozmyślać o różnych sprawach. Tym razem moje myśli skupiły się na rzeczach zgromadzonych przez nasz przez 31 lat naszego wspólnego życia. Nie są to rzeczy wartościowe w sensie materialnym, bardziej sentymentalnym.  Książki, albumy i ramki ze zdjęciami, drobne kolekcje naczyń ze szkła, ceramiki, ozdóbki z brązu, trochę staroci i całe mnóstwo - jak to nazywa moja koleżanka - „durnostojek”,  czy „kurzołapek”.  Każda rzecz  ma swoją historię i drogę do naszego domu. Lubię te wszystkie drobiazgi, a one sprawiają, że nasze gniazdko ma ciepły klimat  i rustykalny charakter.  A jednak… 

Moją głowę zaczęła nurtować myśl, co stanie się z tymi rzeczami w przyszłości. Nie wiem czy dalekiej czy bliskiej, ale to pewne, że nie będą już one nikomu potrzebne. Większość trafi na śmietnik, bo kto będzie zawracał sobie głowę garażową wyprzedażą - samo życie. Kilka zostanie zachowanych jako pamiątka rodzinna. Szkoda, że w Polsce nie ma systemu „charity shops”, gdzie oddaje się niepotrzebne przedmioty, a dochód z ich sprzedaży przeznacza na walkę z różnymi chorobami.

W zasadzie, nie smuciłam się z tego powodu, że przyszłość mojej  ‘kolekcji’ nie jest świetlana. Bardziej skupiłam się na tym, że rodzinie zostanie ten kłopot. A też na odkryciu, że takie sprzątanie jakoś bardziej mnie męczy niż to wcześniej bywało. „Hm, z każdym rokiem będzie gorzej” - wzdychałam do siebie,  pomiędzy jednym a drugim machnięciem szmatką.  

Aby zachować zdrowy balans, w chwilach na odpoczynek nie zaniechałam swojego codziennego czytania. Aż się uśmiechnęłam, kiedy któregoś dnia trafiłam na następujący fragment:  Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną; ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce twoje. Ew. Mateusza 6:19-21

Czy uznałam te słowa za reprymendę, skierowaną do mnie? Nie! Zostały one przedstawione w pięknym rozważaniu Joni Eareckson Tada, zatytułowanym „Mrs. Sherman’s Treasures”  (Skarby pani Sherman) i były odpowiedzią na moje rozterki. Bohaterka opowiastki, z powodu starości i postępującej choroby, musi opuścić swój dom i przenieść się do maleńkiego lokum w domu spokojnej starości. Joni pisze: Serce mi pękało, kiedy myślałam o tym,  że musi ona sprzedać swoje meble i rozdać rodzinne pamiątki. Zadzwoniłam do niej i spytałam, jak sobie radzi. Ze śmiechem odpowiedziała:  „Te ziemskie skarby i tak pewnego dnia znikną. A ja wiem, że mój prawdziwy skarb jest w niebie”.  Nie mogłam tego widzieć, ale wyobraziłam sobie ten błysk w jej niebieskich oczach. Cóż za inspirująca postać!

Spokojnie kończyłam porządki z tą myślą: Ja też wiem, gdzie jest moje serce i mój skarb.





Kącik dobrej książki

„Powołany do zwiastowania – historia Nabelan-Kabelan”, Jacques H. Teeuwen, Wydawca: Kościół Ewangelicznych Chrześcijan, Warszawa

W poprzednim „Kąciku dobrej książki” wspominam już tę książkę Jacques’a Teeuwen’a. (KLIKNIJ) Udało mi się ją niedawno kupić na Allegro i przeczytać. Postanowiłam więc dopisać o niej kilka słów, gwoli dopełnienia wcześniejszych informacji.

Książka ta, to właściwie autobiografia autora. Zanim znajdziemy się w pięknych sceneriach Nowej Gwinei, wśród dzikich jej mieszkańców, dane jest nam poznać dzieciństwo i bolesną młodość autora.

W 1941 roku, ten nastoletni Holender, pragnący zostać żołnierzem armii niemieckiej, zaciąga się na dwa lata do służby rolniczej. Po kilku latach tułaczki po Europie Wschodniej, wciąż wierząc w zwycięstwo Rzeszy i Hitlera, przed samym końcem wojny wstępuje w szeregi ochotników Waffen SS.

Wielka przegrana i powrót do domu to kolejne bolesne doświadczenia w życiu tego młodego człowieka. Nikt nie widzi w nim bohatera. A on sam nie widzi dla siebie perspektyw. Pisze: „Zniechęcenie rozwijało coraz głębiej swoje korzenie i przynosiło obrzydliwe, trujące owoce nienawiści i goryczy. Ktoś zawsze musi być kozłem ofiarnym i ja nim byłem. Próby otrzymania zadowalających odpowiedzi na szereg pytań związanych z życiem tworzyły w moim umyśle refleksje na temat Boga”. Jednak zaufanie Jezusowi i powierzenie mu swojego życia nie przyszło Jacques’owi tak łatwo.

Lata 1952-1960 to czas rozwoju duchowego autora. W tym okresie budzi się w nim pragnienie wyjazdu na misję. Zdobywa edukację biblijną, zakłada rodzinę. Na początku wydawać by się mogło, że poczucie powołania na misję do Nowej Gwinei jest tylko jego mrzonką. Przeszkód było tak wiele. Od kiedy czytam książki o misjach, w tym widzę powtarzający się schemat - im większe pragnienie i pewność, tym więcej trudności… Aż nadchodzi upragnione zwycięstwo.

Dla rodziny Teeuwen lata 1960-1974 to lata spędzone w Nowej Gwinei. I o tym traktuje druga połowa książki. Swoją służbę autor podsumowuje w następujący sposób: „Przybyliśmy do pogańskiego plemienia, które zupełnie nieświadome było Boga i Jego słowa. Po niedługim czasie sytuacja się zmieniła. Większość ludzi w dolinie Swart stała się nowo narodzonymi chrześcijanami. Założone zostały 73 zbory, w każdym z nich był narodowy przywódca. Szkoła biblijna „SAM” wydała już 117 studentów, którzy byli bardzo przydatni w pracy. Młode zbory były pełne werwy i zdrowia.” Jak to się dokonało? - o tym należy przeczytać.

Troszkę ponad rok po swoim powrocie do ojczyzny, Jacques wyruszył w swoją kolejną podróż misyjną. Tym razem była to podróż do Europy Wschodniej, znanej mu z działań wojennych. Tylko teraz podróż ta miała zupełnie inny charakter. Europa też był inna. 

Na tym kończy się książka. Mi dane było poznać Jacques’a w roku 1980 i przez kilka kolejnych lat spotykać go tu w Polsce, a zdarzyło się też od wiedzić w Holandii. Z rozrzewnieniem wspominam te piękne czasy obozów młodzieżowych i spotkań z cennymi ludźmi. 

***
Na zdjęciu z Jacques'em i przyjaciółmi w Oćwiece (z tyłu Paweł). Rok 1980.