Potrzebne mi są od czasu do czasu takie dni, kiedy mojego
męża dłużej nie ma w domu. I wcale nie chodzi mi o to, aby od niego odpocząć. I
też nie o to, że w ogóle potrzebuję odpocząć. To, czego mi po prostu potrzeba ,
to czasu na tzw. „odgruzowanie mieszkania”. Na generalne porządki. Nie robię tego zbyt
często - raz na dwa lata wystarczy. Ale jest to wtedy naprawdę generalne sprzątanie. Zajrzę
w każdą szparkę, a moja wilgotna szmatka nie ominie żadnej rzeczy w zasięgu
mojego wzroku i ręki.
No i stało się - mąż wybył na tydzień. Zanim wyjechał, już
miałam zaplanowaną logistykę sprzątania całego mieszkania. Zaznaczam, że nie
było to moje jedyne zajęcie w ciągu tego tygodnia, ale powiedzmy - główne.
Okazuje się, że robiąc porządki można całkiem fajnie
rozmyślać o różnych sprawach. Tym razem moje myśli skupiły się na rzeczach
zgromadzonych przez nasz przez 31 lat naszego wspólnego życia. Nie są to rzeczy
wartościowe w sensie materialnym, bardziej sentymentalnym. Książki, albumy i ramki ze zdjęciami, drobne
kolekcje naczyń ze szkła, ceramiki, ozdóbki z brązu, trochę staroci i całe
mnóstwo - jak to nazywa moja koleżanka - „durnostojek”, czy „kurzołapek”. Każda rzecz ma swoją historię i drogę do naszego domu. Lubię
te wszystkie drobiazgi, a one sprawiają, że nasze gniazdko ma ciepły klimat i rustykalny charakter. A jednak…
Moją głowę zaczęła nurtować myśl, co stanie się z tymi
rzeczami w przyszłości. Nie wiem czy dalekiej czy bliskiej, ale to pewne, że nie
będą już one nikomu potrzebne. Większość trafi na śmietnik, bo kto będzie
zawracał sobie głowę garażową wyprzedażą - samo życie. Kilka zostanie
zachowanych jako pamiątka rodzinna. Szkoda, że w Polsce nie ma systemu „charity
shops”, gdzie oddaje się niepotrzebne przedmioty, a dochód z ich sprzedaży
przeznacza na walkę z różnymi chorobami.
W zasadzie, nie smuciłam się z tego powodu, że przyszłość
mojej ‘kolekcji’ nie jest świetlana.
Bardziej skupiłam się na tym, że rodzinie zostanie ten kłopot. A też na
odkryciu, że takie sprzątanie jakoś bardziej mnie męczy niż to wcześniej bywało.
„Hm, z każdym rokiem będzie gorzej” -
wzdychałam do siebie, pomiędzy jednym a
drugim machnięciem szmatką.
Aby zachować zdrowy balans, w chwilach na odpoczynek nie
zaniechałam swojego codziennego czytania. Aż się uśmiechnęłam, kiedy któregoś
dnia trafiłam na następujący fragment: Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie
je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną; ale gromadźcie
sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie
podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce
twoje. Ew. Mateusza 6:19-21
Czy uznałam te słowa za reprymendę, skierowaną do mnie? Nie!
Zostały one przedstawione w pięknym rozważaniu Joni Eareckson Tada,
zatytułowanym „Mrs. Sherman’s Treasures”
(Skarby pani Sherman) i były odpowiedzią na moje rozterki. Bohaterka
opowiastki, z powodu starości i postępującej choroby, musi opuścić swój dom i przenieść
się do maleńkiego lokum w domu spokojnej starości. Joni pisze: Serce mi pękało, kiedy myślałam o tym, że musi ona sprzedać swoje meble i rozdać rodzinne
pamiątki. Zadzwoniłam do niej i spytałam, jak sobie radzi. Ze śmiechem
odpowiedziała: „Te ziemskie skarby i tak
pewnego dnia znikną. A ja wiem, że mój prawdziwy skarb jest w niebie”. Nie mogłam tego widzieć, ale wyobraziłam sobie
ten błysk w jej niebieskich oczach. Cóż za inspirująca postać!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.