Ten temat „chodził za mną” od dawna. Już miałam pomysł na
wstęp, poukładane myśli, główny wątek i wniosek. Niestety, po pewnym czasie
odkryłam, że - przy pełnieniu roli pełnoetatowej babci 18-sto miesięcznego
brzdąca - pomysł i plan napisania czegoś, a ich realizacja to dwie baaaaardzo
odległe rzeczywistości.
I tak - to, co w głowie powstało, gdzieś się rozpłynęło,
temat przestał być żywy, jedynie odbija się w głowie i sercu słabym echem. Sprawa tyczyła służby i powołania. Albo odwrotnie.
Może jednak spróbuję… .
Tak. Zaczęło się od powołania. Mianowicie, przeczytałam jakiś
czas temu ciekawy artykuł o Williamie Wilberforcie. Ten abolicjonista -
wojownik o zniesienie niewolnictwa nie miał łatwego zadania. O zwycięstwo swoich
poglądów walczył przez kilkadziesiąt lat swojego życia. W artykule zacytowano
fragment zachęcającego listu napisanego
do niego przez Johna Wesley’a: Gdybyś nie był do tego zadania powołany
przez samego Boga, to sprzeciw ludzi i demonów zniszczyłby cię doszczętnie. Ale
skoro Bóg jest z tobą, to któż może wystąpić przeciwko tobie? Czy twoi
przeciwnicy mieliby być silniejsi od Boga?
Słowa te bardzo mocno mnie poruszyły. Żyję ponad 50 lat i
służę Bogu od ponad 30. Służę z pełną świadomością i przekonaniem, co do Bożego
powołania. Niestety, czasem zdarzało mi się mieć wrażenie, że niektórzy ludzie
widzą tę kwestię zupełnie inaczej niż ja. Nie czuję potrzeby szerszego
omawiania problemu, ale powiem, że bywało trudno, boleśnie, raniąco… . Nie jeden
raz chciałam poddać się stanowi wypalenia, zrezygnować z tego, co robiłam i
zająć się czymś zupełnie innym. W takich
momentach towarzyszyło mi poczucie porażki i klęski. Szkoda, że akurat w żadnym
z tych momentów (choć nie wiem, co
jeszcze przede mną :-), nie natrafiłam na tą piękną modlitwę Antoine de Saint-Exupery: Panie, spraw, bym zrozumiał, że trudności,
porażki i klęski są naturalnym dopełnieniem życia; dzięki nim wzrastamy i
dojrzewamy. Uchroń mnie przed strachem, że zmarnowałem życie. Na szczęście,
Bóg znalazł inne sposoby, aby mogła stanąć twardo na nogi i nie poddawać się.
Całkiem niedawno przeczytałam inny ciekawy artykuł. Tym
razem o wypaleniu się w służbie. Autor tekstu (pastor Piotr Zaremba) podaje
trzy dobre strony tego stanu. Pisze on:
1. Jeżeli rzeczywiście
wypaliłeś się w służbie, to chciałbym ci pogratulować. Przynajmniej dotrwałeś
do końca. Nie uciekłeś w trakcie pożaru. Przetrwałeś trudny okres patrzenia się
na tlące zgliszcza. (…) Nie rozpaczaj jednak. Być może Bóg ma dla ciebie coś
nowego. Nowy etap, na którym wykorzystasz swoje porażki. Przeszłość nie
przesądza przyszłości, jeśli w przyszłość
idzie się z Bogiem. Wypaliła się może tylko treść, ale ty wciąż jesteś.
Dokładnie, tak właśnie było w moim życiu 5 lat temu - to odnośnie pierwszej części
tekstu. I dokładnie tak jest teraz - to dotyczy drugiej jego części.
2. A może to wypaliło się coś, co było tylko
twoim marzeniem, twoją wizją, twoją strategią, twoim złudzeniem. Świetnie
oddane kolejne 2,5 roku mojego życia.
Czym Piotr jeszcze mnie zaskoczy?
3. Może ten moment
wypalenia się w służbie jest tym momentem, w którym nareszcie jesteś gotów na
prawdziwy zwrot. I nastąpił zwrot! I trwa już prawie kolejne 2,5 roku.
Zwrot, który nie był ani moim marzeniem, ani moją wizją, a tym bardziej moją
strategią. Wiem jednak, że dzisiaj mam miejsce
służby „szyte na moją miarę”. Czy
tamte nie były? Myślę, że były, ale każda
sprawa pod niebem ma swój czas (Kazn. Sal. 3:1-8). Ich czas się skończył. Bóg
miał inny plan. Chociaż mi, a też innym ludziom, którym to zawdzięczam, wciąż
wydaje się, że realizujemy swój :-).
Czy nie oczekuję już więcej zmian? Kiedyś naiwnie i
kategorycznie powiedziałabym, że „nie”. Teraz już tak nie myślę. Nauczyłam się,
że Bóg i ludzie mogą mnie jeszcze zaskoczyć. Kilka tygodni temu, spacerując z
przyjacielem z Anglii po Piasecznie i rozmawiając z nim o różnych życiowych
zwrotach i kolejnych początkach, powiedziałam mu ze śmiechem: A to będzie miejsce naszej ostatniej służby…
. Kto wie, może to był proroczy żart?
Póki co, to niezależnie, gdzie przesunęli mnie ludzie czy
postawił Bóg :-), bardzo poważnie podchodzę do kwestii swojego powołania. W
Liście do Kolosan 4:17 znalazłam takie słowa: Bacz, abyś pełnił posługiwanie, które otrzymałeś w Panu. Nie jest
mi łatwo - teraz, kiedy większość swojego czasu spędzam na opiekowaniu się
wnuczkiem. Na „sprawy służbowe” pozostają już tylko i wieczory i weekendy. Daję
z siebie wszystko, starając się dzielić czas na sprawy pilne i ważne. Okazuje
się, że rozróżnienie tych spraw nie jest trudne. Pilne są przeważnie sprawy
papierkowe, biurowe, porządkowe. Ważne - to te, które dzieją się wokół drugiego
człowieka. I te wolę zdecydowanie.
Niestety, trudne jest to, aby te ważne uczynić priorytetowymi. Cieszę
się, kiedy mi się to udaje.
Bardzo dobrze oddaje to modlitwa ks. Georga Lengerke: Dobry Boże! Proszę Cię, daj mi wrażliwe
serce, abym rozpoznał, co ma dziś czynić. Daj mi wrażliwe serce, abym przyjął
wszystko, czym chcesz mnie dziś obdarować. Pragnę bowiem z radością wykonywać
wszystkie powierzone mi zadania.
Lepiej bym tego nie ujęła. Ta modlitwa, a może podobna -
ubrana w moje słowa - pomaga mi przyjmować wyzwania każdego kolejnego
dnia.



