Kiedy troszkę ponad rok temu (dokładnie 1 września 2014 r.)
pojawił się w moim domu pewien malutki człowieczek, dopiero wtedy zaczęłam
zadawać sobie pytanie - Czy podołam?
Miał zaledwie 15 miesięcy. Niewiele mówił, a mimo to doskonale złapaliśmy nić
porozumienia. Tego dnia zaczął chodzić…
Swoje pierwsze dni i tygodnie z Julkiem opisałam już w
trzech wpisach na blogu. Oddzielnie prowadzę zeszycik, w którym zapisuję jego postępy
w mowie. Jednak najlepszym zapisem minionego roku są zdjęcia - te namiętnie
robi dziadek :-). One dowodzą, że my z wnuczkiem, a wnuczek z nami wcale się nie
nudzimy. Twierdzę nawet, że Julek wygląda na bardzo zadowolonego z tego układu. A jeszcze bardziej się cieszy, kiedy
do naszego towarzystwa dołącza jego siostrzyczka Hania (obecnie 7-latka).
Przyznaję, codzienna opieka nad wnuczkiem, ma pewne znamiona
rutyny i monotonii. Nie dzieje się przecież nic spektakularnego: posiłki,
zabawa, spacerek, drzemka, tak jak zakładałam - pojawiła się ulubiona zabawka,
książeczka, bajka, ulubiony rytuał - parzenie porannej kawy z dziadkiem… .
Rzadko pozwalam sobie na jakąś eskapadę do Warszawy (tylko, kiedy jest to
konieczne), bo dla małego dziecka jest to męczące. Ale, czy się nudzę?
Absolutnie nie! Okazuje się, że codzienne obserwowanie rozwoju - teraz już
dwulatka - jest niesamowicie pasjonujące. A ponieważ przy okazji jest to własny
wnuczek - daje to wiele radości, satysfakcji i napawa dumą.
Kiedy przeglądam swoje zapiski w zeszycie, czytam:
- 1.09.-7.09.2014 - słyszymy niewyraźne „baba” i „dziadzia”;
- styczeń 2015 - mówi wyraźnie, zwracając się do konkretnej
osoby: bardzo głośno „baba” i z pewną
dozą nieśmiałości „dziadzia”;
- lipiec 2015 - po jednym popołudniu spędzonym u nas razem z
siostrą, następnego dnia Julcio zwrócił się do nas po prostu: „babciu”, „dziadku”. I tak już pozostało.
W ogóle, w lipcu rozgadał się na dobre :-).
Ci, którzy czytali moje wcześniejsze posty, zapewne są
ciekawi, jak postępuje relacja Julek - kot. Jest dobrze, a nawet coraz lepiej. Kot
zaakceptował obecność żywiołowego człowieczka w naszym domu. I nie wygląda to
na zwykłe poddanie się. Coraz częściej mam wrażenie, że Julek stał się dla
niego częścią rodzinnego stada :-). Zresztą, Julek przestał się Juniorem
zbytnio interesować. Junior rzadziej znika w szafie, teraz bardziej w
poszukiwaniu chłodu niż schronienia. Częściej leży sobie bezstresowo, drzemiąc na
kanapie i tylko czasem leniwie otworzy oczy, aby ocenić sytuację: „A, to znowu ten mały…”. Co ciekawsze,
nauczył się otwierać szafę wnękową od wewnątrz i kiedy słyszy, że Julcio
wybiera się na poobiednią drzemkę, wychodzi z niej i wskakuje na łóżko. Jedyne,
co się nie zmieniło, to walka o babcine kolana. Ostatnio Julek, który coraz
lepiej wyraża swoje zdanie, zepchnął bezpardonowo z moich kolan kota i gramoląc
się na nie, zakomunikował: „Teraz Jucio!”.
W ogóle to, prowadzimy ze sobą fajne rozmowy. Oto jedna z nich:
- Julciu, zaraz
pójdziemy na spacerek.
- Alelek? Dobla!!!
Po przygotowaniu mini-pikniku i kilku zabawek mówię:
- To już idziemy na
'alelek'.
- Alelek? A cio to
jeśt, babcio?
- Spacerek.
- Aaaa... Alelek!
Dobla!!!
I poszliśmy :-).
I tak okazało się, że teoria, iż małe dzieci nie słyszą
tego, co mówią, tylko słyszą to, co chcą powiedzieć (czyli powtarzać po nas),
jest słuszna.
Oj, jest wesoło…
Oczywiście, muszę się uczciwie przyznać, że moje życie zostało
całkowicie podporządkowane opiece nad wnuczkiem. Wykradziony czas podczas
drzemki pozwala na chwilę zajrzeć na FB, napisać jakiegoś maila, wykonać jakiś
telefon. Wszystko inne odkładam na wieczór, potem z wieczora na jutro, potem na
weekend… Czasem przekładam coś z tygodnia na tydzień. Powód banalny -
zmęczenie. Naprawdę, ten rok nauczył mnie dzielenia spraw na pilne i ważne, bo
inaczej nie da się ogarnąć wszystkiego. Dzięki temu dyscyplinuję się i potrafię
wypełnić wszystkie te obowiązki, na których zaniedbanie nie mogę sobie
pozwolić. Są też sprawy, z których w oczywisty
sposób musiałam zrezygnować, działania, które musiałam zawiesić. Nawet
prowadzenie bloga wyraźnie straciło na dynamice. Ileż można pisać o wnuczku i
kocie? A innych bodźców, z obiektywnych powodów, brakuje.
Przede mną na pewno jeszcze jeden taki rok. Już nie boję się
czy podołam. Cieszę się, że mogę być w pełni babcią dla moich wnuków. Sama takiej
babci nie miałam, a mój syn też takiej babcinej opieki nie miał. Ja, z
założenia, postanowiłam, że ze mną będzie inaczej. I cieszę się, że razem z
moim mężem możemy być najlepszymi na świecie dziadkami dla naszych wnuków. A
kiedy one wyrosną i już mniej będą potrzebować swoich dziadków, a bardziej
rówieśników, wtedy spokojnie powrócę do swoich pasji i aktywności, odłożonych na
tę chwilę w niebyt.
Wcześniejsze posty:
1. KLIKNIJ
2. KLIKNIJ
3. KLIKNIJ



