czwartek, 17 września 2015

Z życia babci

Kiedy troszkę ponad rok temu (dokładnie 1 września 2014 r.) pojawił się w moim domu pewien malutki człowieczek, dopiero wtedy zaczęłam zadawać sobie pytanie - Czy podołam? Miał zaledwie 15 miesięcy. Niewiele mówił, a mimo to doskonale złapaliśmy nić porozumienia. Tego dnia zaczął chodzić…

Swoje pierwsze dni i tygodnie z Julkiem opisałam już w trzech wpisach na blogu. Oddzielnie prowadzę zeszycik, w którym zapisuję jego postępy w mowie. Jednak najlepszym zapisem minionego roku są zdjęcia - te namiętnie robi dziadek :-). One dowodzą, że my z wnuczkiem, a wnuczek z nami wcale się nie nudzimy. Twierdzę nawet, że Julek wygląda na bardzo zadowolonego z tego  układu. A jeszcze bardziej się cieszy, kiedy do naszego towarzystwa dołącza jego siostrzyczka Hania (obecnie 7-latka).

Przyznaję, codzienna opieka nad wnuczkiem, ma pewne znamiona rutyny i monotonii. Nie dzieje się przecież nic spektakularnego: posiłki, zabawa, spacerek, drzemka, tak jak zakładałam - pojawiła się ulubiona zabawka, książeczka, bajka, ulubiony rytuał - parzenie porannej kawy z dziadkiem… . Rzadko pozwalam sobie na jakąś eskapadę do Warszawy (tylko, kiedy jest to konieczne), bo dla małego dziecka jest to męczące. Ale, czy się nudzę? Absolutnie nie! Okazuje się, że codzienne obserwowanie rozwoju - teraz już dwulatka - jest niesamowicie pasjonujące. A ponieważ przy okazji jest to własny wnuczek - daje to wiele radości, satysfakcji i napawa dumą.

Kiedy przeglądam swoje zapiski w zeszycie, czytam:
- 1.09.-7.09.2014 - słyszymy niewyraźne „baba” i „dziadzia”;
- styczeń 2015 - mówi wyraźnie, zwracając się do konkretnej osoby: bardzo głośno „baba” i z pewną dozą nieśmiałości „dziadzia”;
- lipiec 2015 - po jednym popołudniu spędzonym u nas razem z siostrą, następnego dnia Julcio zwrócił się do nas po prostu: „babciu”, „dziadku”. I tak już pozostało.
W ogóle, w lipcu rozgadał się na dobre :-).

Ci, którzy czytali moje wcześniejsze posty, zapewne są ciekawi, jak postępuje relacja Julek - kot. Jest dobrze, a nawet coraz lepiej. Kot zaakceptował obecność żywiołowego człowieczka w naszym domu. I nie wygląda to na zwykłe poddanie się. Coraz częściej mam wrażenie, że Julek stał się dla niego częścią rodzinnego stada :-). Zresztą, Julek przestał się Juniorem zbytnio interesować. Junior rzadziej znika w szafie, teraz bardziej w poszukiwaniu chłodu niż schronienia. Częściej leży sobie bezstresowo, drzemiąc na kanapie i tylko czasem leniwie otworzy oczy, aby ocenić sytuację: „A, to znowu ten mały…”. Co ciekawsze, nauczył się otwierać szafę wnękową od wewnątrz i kiedy słyszy, że Julcio wybiera się na poobiednią drzemkę, wychodzi z niej i wskakuje na łóżko. Jedyne, co się nie zmieniło, to walka o babcine kolana. Ostatnio Julek, który coraz lepiej wyraża swoje zdanie, zepchnął bezpardonowo z moich kolan kota i gramoląc się na nie, zakomunikował: „Teraz Jucio!”.

W ogóle to, prowadzimy ze sobą fajne rozmowy. Oto jedna z nich:
- Julciu, zaraz pójdziemy na spacerek.
- Alelek? Dobla!!!
Po przygotowaniu mini-pikniku i kilku zabawek mówię:
- To już idziemy na 'alelek'.
- Alelek? A cio to jeśt, babcio?
- Spacerek.
- Aaaa... Alelek! Dobla!!!
I poszliśmy :-).
I tak okazało się, że teoria, iż małe dzieci nie słyszą tego, co mówią, tylko słyszą to, co chcą powiedzieć (czyli powtarzać po nas), jest słuszna.

Oj, jest wesoło…

Oczywiście, muszę się uczciwie przyznać, że moje życie zostało całkowicie podporządkowane opiece nad wnuczkiem. Wykradziony czas podczas drzemki pozwala na chwilę zajrzeć na FB, napisać jakiegoś maila, wykonać jakiś telefon. Wszystko inne odkładam na wieczór, potem z wieczora na jutro, potem na weekend… Czasem przekładam coś z tygodnia na tydzień. Powód banalny - zmęczenie. Naprawdę, ten rok nauczył mnie dzielenia spraw na pilne i ważne, bo inaczej nie da się ogarnąć wszystkiego. Dzięki temu dyscyplinuję się i potrafię wypełnić wszystkie te obowiązki, na których zaniedbanie nie mogę sobie pozwolić.  Są też sprawy, z których w oczywisty sposób musiałam zrezygnować, działania, które musiałam zawiesić. Nawet prowadzenie bloga wyraźnie straciło na dynamice. Ileż można pisać o wnuczku i kocie? A innych bodźców, z obiektywnych powodów, brakuje.

Przede mną na pewno jeszcze jeden taki rok. Już nie boję się czy podołam. Cieszę się, że mogę być w pełni babcią dla moich wnuków. Sama takiej babci nie miałam, a mój syn też takiej babcinej opieki nie miał. Ja, z założenia, postanowiłam, że ze mną będzie inaczej. I cieszę się, że razem z moim mężem możemy być najlepszymi na świecie dziadkami dla naszych wnuków. A kiedy one wyrosną i już mniej będą potrzebować swoich dziadków, a bardziej rówieśników, wtedy spokojnie powrócę do swoich pasji i aktywności, odłożonych na tę chwilę w niebyt.

Dzisiaj tęsknie wyglądam mojego wnuczka, który chorował przez ostatnie dni i spędzał je ze swoją mamą. Pewnie ta tęsknota zmotywowała mnie do pisania. Jutro wnusio znowu będzie ze mną. A przed chwilą słyszałam jego radosny głosik, mówiący, że Jucio chce do babci. Czy to nie jest piękne?

Wcześniejsze posty:









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.