sobota, 23 grudnia 2017

Kącik dobrej książki

Tym razem zacznę dłuższym cytatem z książki „Dziecko pokoju” (Don Richardson).

Możecie zostać powołani do uczynienia pierwszych kroków wśród plemion, które nigdy nie zaznały jakiejkolwiek formy nadzoru rządowego, gdzie ludzie sami dla siebie stanowią prawo i gdzie okrucieństwo jest stylem życia.
Musicie nauczyć się sprawiać, by ludzie, których języków nie poznał dotychczas żaden obcy, zrozumieli was i zrozumieli to, co macie do przekazania. Nie istnieją słowniki, gramatyki ani podręczniki, na których moglibyście się oprzeć - będziecie musieli sami je napisać.
Zetkniecie się z zaskakującymi zwyczajami i wierzeniami, które będziecie musieli zrozumieć, jeśli chcecie odnieść sukces. Będziecie próbowali leczyć odrażające tropikalne choroby i będziecie ryzykowali oskarżenie o spowodowanie śmierci waszych pacjentów, jeśli nie uda wam się ich wyleczyć.
Musicie wypracować w sobie hart ducha, pozwalający na wytrzymywanie samotności, znudzenia i uczucia zawodu. Ale przede wszystkim musicie być przygotowani do walki w imię Pana z księciem ciemności, który trzymał te setki plemion w niewoli przez tysiące lat i nie pozwoli ich sobie wydrzeć bez walki.  

Propozycje na dziś to fascynujące i mrożące krew w żyłach obrazy pracy misyjnej wśród dzikich plemion wysp Pacyfiku: Nowe Hebrydy i Nowa Gwinea.
W swojej autobiograficznej książce John Paton, który dotarł na Nowe Hebrydy w 1858 roku,  pisze: Chciałbym w krótkim zarysie opowiedzieć, co działo się na wyspach przed rokiem 1858, bo wtedy podjęto próbę głoszenia tu ewangelii. Pierwszymi misjonarzami byli John Williams i jego młody towarzysz Harris. Wylądowali 30 listopada 1839 na wyspie Eromanga, ale skoro tylko stopy ich stanęły na lądzie, zostali przez dzikich zabici i zjedzeni. ... Więcej o Johnie Williams’ie w książce „John Williams - Zwiastun pokoju” (prezentowana w numerze 71).

A teraz o Patonie.

John Paton, Misjonarz wśród kanibali na Nowych Hebrydach, Fundacja Promocji Literatury Chrześcijańskiej, Tczew 2002

To niesamowite, będąc w wieku dorosłym i podejmując się pracy misyjnej, usłyszeć od rodziców takie wyznanie: Kiedy ty, jako pierworodny zostałeś nam darowany, poświęciliśmy cię Bogu, jeżeli zechciałby cię przyjąć i uczynić Swoim posłańcem, udającym się do pogan. Było to naszą codzienną modlitwą...
John Paton właściwie odebrał swoje powołanie od Boga. Na Nowe Hebrydy przybył w listopadzie 1858 roku. Dwadzieścia lat po tragicznej śmierci Johna Williams’a, w momencie, kiedy praca misyjna na wyspach przyniosła już pewne pozytywne efekty.

Paton poświęcił swoje życie mieszkańcom dwóch wysp. Na wyspie Tanna, gdzie praca misyjna była trudna i niebezpieczna, i którą musiał opuścić ze względu na realne zagrożenie swojego życia. I na wyspie Aniwa, której mieszkańcy okazali się bardziej otwarci na działania Patona i gdzie wreszcie mógł oglądać owoce swojej oddanej służby.

Jak dramatyczna była służba człowieka, „któremu towarzyszyła tylko jedna myśl” (tak o nim mówiono) - ewangelizowanie mieszkańców wysp Pacyfiku, z zapartym tchem przeczytacie w jego autobiografii.

Mnie ujęło jedno z jego cennych spostrzeżeń: Wśród pogan prawie każdy nawrócony staje się misjonarzem. Życie, które uległo zmianie, odcina się swoją jasnością od mroku, w którym żyją pozostali ludzie i można je porównać do książki o dużych, wyraźnych literach, które każdy z daleka może odczytać.

John Paton żył w latach 1824-1907.

Kolejne książki opisują pracę misyjną na Nowej Gwinei. Co ciekawe służba przedstawionych w nich misjonarzy pokrywa się ze sobą w czasie lub częściowo zazębia, następując jedna po drugiej,w krótkim okresie czasu. Pokazuje to wyraźnie jak postępowała, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, chrystianizacja tych bardzo prymitywnych ludów, którzy zamieszkiwali Nową Gwineę. Jak, wydawać by się mogło bezowocna służba jednych misjonarzy, pomagała zbierać żniwo innym. Można powiedzieć, że wszystko działo się według Bożego planu i w Jego czasie.

Doris Van Stone i Erwin W. Lutzer, Dorie, dziewczyna, której nikt nie kochał, Operation Mobilisation, Fundacja CLC Katowice 2003

Dokładnie, za słowami Evelyn Christenson, autorki przedmowy do tej książki, mogę powtórzyć: Ze łzami w oczach czytałam tę wstrząsającą historię o małej dziewczynce, która mimo dorastania w całkowitym odrzuceniu i braku miłości, zostaje wybrana do służby przez Boga.

Tę niesamowicie skrzywdzoną przez najbliższych dziewczynę, trzymały przy życiu tylko słowa pewnej obietnicy, którą usłyszała w dzieciństwie: Dzieci, Bóg was kocha!
Dorastająca Dorie nosiła w sobie ogromne pragnienie służenia Bogu. Pod jednym warunkiem, tylko nie jako misjonarka. Oni prowadzili życie bez wygód, a tych ona była pozbawiona przez całe swoje dotychczasowe życie. Argument słuszny, ale Pana Boga chyba nie przekonał :-).  
W marcu 1952 roku, Doris, jej mąż Lloyd i dwoje dzieci przybyli do Nowej Gwinei. Ich zadaniem było wejście do doliny Baliem, będącej jednym z ostatnich miejsc na ziemi odciętych od cywilizacji i Ewangelii. Stało się to w 1954 r. Ich misją było dotarcie do ludu Dani, mającego reputację dzikich kanibali. Lloyd tak podsumował to wyzwanie: Musimy tam iść, nie musimy stamtąd wrócić.

Po siedmiu latach intensywnej służby, rodzina Stone, z powodu choroby Dorie, zmuszona była do powrotu do Stanów. Dorie podsumowała te lata słowami: Oddaliśmy nasze życie dla tych ludzi, a jednak Lloyd i ja nie mieliśmy przywileju przyprowadzenia choćby jednego z nich do Jezusa Chrystusa. Byliśmy pionierami pomagającymi otworzyć drzwi, przez które inni mieli wchodzić. (Był to 1961 rok.) Te słowa okazały się prawdą - kolejne lata przyniosły innym misjonarzom długo wyczekiwane owoce. Trzy lata po ich wyjeździe przyjaciel przekazał im wiadomość: Powiedz Mamie i Tuan Van Stone, że zaczynamy wierzyć...

Po powrocie do Stanów, Doris i jej mąż wiele podróżowali, opowiadając w kościołach o swojej służbie misyjnej. Podjęli się też pełnoetatowej służby pastorskiej. Doris, ze względu na swoje zaangażowanie na rzecz odrzuconych i zapomnianych dzieci z całego świata, nazwana została ambasadorem sierot. Zachęcam do poznania jej poruszającej historii.

Jacques H. Teeuwen, Powołany do zwiastowania - historia Nabelan-Kabelan, Kościół Ewangelicznych Chrześcijan, Warszawa 1991

Czy to możliwe, aby młody Holender, który w czasie wojny szkolony w młodych bojówkach Hitlerjugend do walki z chrześcijanami (co ciekawe, szkolony był na południu Polski), mógł zostać gorącym chrześcijaninem i oddanym misjonarzem? U Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
Zachęcam do zapoznania się z niezwykle burzliwą i zawiłą historią życia młodego Jacques’a Teeuwen’a.

Ja poznałam go już jako dorosłego człowieka, mającego za sobą wieloletni pobyt misyjny w Nowej Gwinei. Po zakończeniu tej służby, Jacques często przejeżdżał do Polski, odwiedzając polskie zbory i obozy młodzieżowe. Największym powodzeniem cieszyły się jego opowieści z misji, bogato ilustrowane slajdami. (To taki Power Point z zeszłego stulecia :-)) Dane mi było odwiedzić Jacques’a w Holandii. Z fascynacją oglądałam wtedy liczne pamiątki z pobytu jego rodziny na misji, a też ciekawe rozwiązania w gospodarstwie domowym, żywcem wzięte z życia w dżungli.
I jeszcze ciekawostka, ku samemu zaskoczeniu Jacques’a, jego pierwsza wizyta w Polsce została zaplanowana dokładnie w tym samym mieście, w którym szkolił się w Hitlerjugend. Boże drogi są niesamowite!

W roku 1961 (w tym samym roku Stone’owie opuścili Nową Gwineę), po ponad pięciu latach od otrzymania Bożego powołania  do służby na Nowej Gwinei, pokonując niezliczone ilości przeszkód, Jacques Teeuwen ze swoją rodziną dotarł na miejsce. Jak wspomina Jacques - naszym pilotem do Karabuga była urocza osóbka o imieniu Betty Greene. (Betty Greene - Służba na skrzydłach / Biuletyn nr 82)

Jacques również wspomina: Praca misyjna w sąsiednich dolinach trwała trochę dłużej niż w naszej okolicy. To poprzez plemieńców Dani nastąpił duchowy przełom. Zostali oni przewiezieni samolotem do Karabuga, aby przekonać swoich współplemieńców, że biali ludzie posiadają tajemnicę Nabelan Kabelan. Żyć wiecznie - takie było znaczenie tego pełnego czci wyrażenia.

Do 1974 roku Jacques, jego rodzina i inni współpracownicy mogli być świadkami tego, jak lud Dani przechodzi z ciemności do światłości. Doris Van Stone  miała rację - to oni pomogli otworzyć te drzwi.

Gorąco polecam tę książkę.

Don Richardson, Dziecko Pokojn, CHZ „Ars Polonia”, Warszawa 1988

Opowieści ze służby misyjnej w regionie Nowej Gwinei mają jedną wspólna cechę - mrożą krew w żyłach.
„Dziecko Pokoju” to niesamowita opowieść o służbie Dona Richardsona i jego żony Carol wśród dzikiego plemienia Sawi. Zawiera ona fragmenty mogące szokować kogoś, kto nie zetknął się dotychczas z opisami mrocznych rytuałów plemion ludożerczych. To nie są przygody Tomka Szklarskiego.

Dona Richardsona znamy jako autora książki „Wieczność w ich sercach” (Biuletyn nr 73). Don odkrył pewien klucz do docierania do prymitywnych plemion i narodów z Ewangelią. Ty kluczem są analogie zbawcze - Boże klucze do ludzkich kultur, umożliwiające prowadzenie owocnej i efektywnej działalności misyjnej.
Takim kluczem do życia ludu Dani było nabelan kabelan - głęboko w ich kulturze osadzona nadzieja na nieśmiertelność.
W kulturze Sawi było to dziecko pokoju. Użycie tego klucza, poprzez opowiedzenie im o Bożym Dziecku Pokoju, uwieńczyło zwycięstwem walkę misjonarzy o przeniknięcie z Ewangelią do samych korzeni jednej z najbardziej przesyconych przemocą kultur.

Don i Carol wraz z dziećmi spędzili w Nowej Gwinei 15 lat. Przybyli tam w 1962 roku.
Warto poznać fascynującą historię ich pracy misyjnej.

***

Warto też przypomnieć sobie książkę Neila Andersona i Hyaat’a Moore „W poszukiwaniu źródła - pierwszy kontakt ze Słowem Bożym”, prezentowaną w numerze 71 Biuletynu. Neil Anderson i jego rodzina spędzili na Papui Nowej Gwinei ponad dwadzieścia lat (od początku lat 70-tych).  

Mam również nadzieję, że kiedyś doczekamy się książki autorstwa Beaty Woźnej, naszej polskiej misjonarki, służącej współcześnie na wyspach Papui Nowej Gwinei.

***
Napisane na potrzeby Biuletynu "Idźcie". 






poniedziałek, 9 października 2017

„Wonderful world” czy „Dziwny jest ten świat”?

Kilka dni temu moja przyjaciółka zamieściła na FB post: „Wspaniałego nowego dnia - bo świat jest piękny!” i w załączeniu piosenkę „What a wonderful world” w wykonaniu Louis’a Armstrong’a. (Nawiasem dodam, że tak jak nikt nie jest w stanie piękniej wykonać utworu „Dziwny jest ten świat” niż sam Czesław Niemen, tak samo nikt nie dokona tego z piosenką Lous’a Armstrong’a „What a wonderful world”.)  

W normalnych okolicznościach dałabym „lajka”. Lubię Jagodę i lubię załączony utwór. Jednakże wydarzenia dziejące się wokół mnie skłaniają mnie raczej do tego, aby nie myśleć o tym świecie jako pięknym i wspaniałym, ale jako dziwnym, okrutnym, złym.

Kiedy czytam czy oglądam wiadomości z kraju i ze świata, kiedy przeglądam posty zamieszczane na FB, mam wrażenie, że świat jest chyba w zenicie wszechpanującego zła. Pomijam tu kataklizmy przyrody. Skupiam się na informacjach opisujących zło i okrucieństwo człowieka wobec drugiego człowieka, wobec tych najbardziej bezbronnych - dzieci i zwierząt, również wobec przyrody (żywy przykład bezmyślnej wycinki drzew w Białowieży). Kiedy słyszę informacje o pijanym polskim kierowcy, który pozbawia życia kilka osób, o gwałcie dokonanym we Włoszech na Polce, o zwyrodnialcu, który gwałci maleńkie dziecko i pozbawia je życia, o oprawcy z Krakowa, o zamachach terrorystycznych, o ofiarach wojny na Bliskim Wschodzie, o ofiarach prześladowań religijnych, czy o rzezi w Las Vegas - stawiam sobie jedno wielkie pytanie: „Boże, jak długo jeszcze?”.

Wobec tego cierpienia i bólu, jaki dotyka tak wielu ludzi blisko mnie i gdzieś w świecie, mam wyrzuty sumienia, że moje życie przebiega tak gładko i wydawać by się mogło bezrefleksyjnie (chociaż tak jednak nie jest). Zamieszczam na FB zdjęcia z zabawy z wnukami, ze spacerków z mężem, filmiki ze śmiesznymi zwierzakami, fajne piosenki, wiersze... Jakby to, co dzieje się wokół mnie, w ogóle mnie nie obchodziło. Zastanawiałam się nad tym i odkryłam, że jest to działanie zamierzone - chcę, w obliczu wszechobecnego zła - rozsiewać wokół dobro, pokój, radość życia, ciepło. Wewnętrznie jestem jednak niepokojona obrazami, słowami, informacjami, które do mnie dotarły i wciąż docierają. Są chwile, kiedy wracają one do mnie w momentach najmniej odpowiednich. Nagle ściska mi gardło i zaczynają mocno szczypać oczy. Ogarnia mnie smutek i poczucie bezradności - dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się wiele zła. Gdzie wydaje się ono tryumfować. I wtedy pytam: „Boże, jak długo jeszcze?”.

Niektórzy mogą powiedzieć, że zło zawsze było na świecie, tylko brakowało Internetu i telewizji, aby o nim informować. Ja się z tym nie zgadzam. Moim zdaniem zło eskaluje, a nam się tylko wydaje, że nic gorszego już się wydarzyć nie może. Błąd! Wydawało się, że szok po drugiej wojnie światowej i holokauście wpłynie pozytywnie na działania człowieka. Że człowiek człowiekowi już nigdy więcej nie zgotuje takiego losu. Niestety, ten szok nie potrwał zbyt długo. Współczesna historia pokazuje nam, że nic się nie zmieniło. Co gorsze, w tym tryumfie zła wszystko się zrelatywizowało. Nie ma jednej prawdy, wartości chrześcijańskie straciły na wartości, to, co kiedyś nazywane było zboczeniem i grzechem (i nadal jest tak nazywane w Piśmie Świętym) jest teraz sankcjonowane i bronione prawem. Upadają wszelkie autorytety.

Kiedy patrzę na to wszytko, przypominają mi się czasy Noego i potopu. W Księdze Genesis 6:5-6 czytam: „A gdy Pan widział, że wielka jest złość człowieka na ziemi i że wszelkie jego myśli oraz dążenia jego serca są ustawicznie złe, żałował Pan, że uczynił człowieka na ziemi i bolał nad tym w sercu swoim”. Zastanawiam się, jak Bóg patrzy na nasz świat dziś. Czy żałuje, że po potopie dał człowiekowi drugą szansę? Wtedy stracił cierpliwość, dlaczego znosi nas dziś?

Zastanawiam się, czy patrzy i nie ingeruje? Czy patrzy i ingeruje? Jak ingeruje? Nie znam odpowiedzi. Znam tylko wyrwane z kontekstu i nie przystające do dramaturgii sytuacji frazesy - wszystko służy ku dobremu; wszystko ku wzrostowi i wzmocnieniu; nic ponad to, co człowiek może znieść... .   

Czasem słucham ‘świadectw’ tego typu: Bolała mnie głowa, pomodliłem się i przestała. Czekałam długo na autobus, pomodliłam się i przyjechał. Spóźniłem się na samolot, a on uległ katastrofie. Bóg uratował mi życie.
To nie jest nawet śmieszne, to jest tragiczne. Jak to się ma do reszty ofiar katastrofy? Jak to się ma do plaży zbroczonej krwią ściętych głów? Oni wszyscy się modlili. Jak to się ma do bólu torturowanej studentki z Krakowa? Jak to się ma do bólu gwałconego trzylatka, który nie znał żadnych słów modlitwy? Boże, ja tego po prostu nie rozumiem!!! Boże, jak długo jeszcze?

Aby lepiej się wyrazić posłużę się słowami niemieckiego katolickiego publicysty: „Panie, nie znam miary, według której rozdzielasz cierpienia. Nie wiem, dlaczego pozwalasz odbierać dzieci matkom i matki dzieciom. Panie! Mam wiele pytań. Nie przejdź obok nich obojętnie”. Boże, proszę, nie przejdź też obojętnie obok moich.
Czy obrażam tymi pytaniami Boga? Myślę, że nie, że - tak jak Jobowi - mi też dał prawo pytać...

***

Dokądże, Panie, będę wołał o pomoc, a Ty nie wysłuchasz? Jak długo będę krzyczał: Pomocy! a Ty nie wybawisz? Dlaczego dopuszczasz, bym patrzył na złość i spoglądał na bezprawie? Uciski i przemoc dzieją się na moich oczach, panuje spór i zwada? Dlatego zamiera prawo, a sprawiedliwość nie wychodzi na jaw, gdyż bezbożny osacza sprawiedliwego, i tak prawo bywa łamane.  Księga Habakuka 1:2-4





czwartek, 5 października 2017

Kącik dobrej książki

Czy jest jakaś inna alternatywa na długie jesienno-zimowe wieczory niż oglądanie telewizji lub przeglądanie Facebooka? Oczywiście, że jest - dobra książka! Książki o misji mają tę przewagę nad innymi książkami, że mówią o faktach z życia tych chrześcijańskich bohaterów, którzy zdecydowali się poświęcić swoje życie w służbie dla Boga. I był to rodzaj służby, który niósł ze sobą niebezpieczeństwo utraty wolności, zdrowia, a nawet życia. Zachęcam do zapoznania się z kolejnymi propozycjami książkowymi i ich bohaterami z krwi i kości.   

Janet i Geoff Benge, Loren Cunningham - Na cały świat, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2013

Loren Cunningham wyrósł w rodzinie pastorskiej. Jego rodzice i dziadkowie byli czynnie zaangażowani w służbie kościołowi w wielu dziedzinach. Byli nauczycielami Słowa, ewangelistami, założycielami kościołów, pastorami. W ich rodzinie panowała niesamowita więź oraz atmosfera miłości i szacunku. Nic więc dziwnego, że Loren  podążył śladami swoich najbliższych. Już jako dziecko marzył o tym, by na księżycu napisać słowa „Bóg jest miłością”, po to, by mogli zobaczyć to wszyscy ludzie.

W wieku 13 lat odebrał od Boga przekonanie, że jego powołaniem jest misja. Z całą pewnością czuł, że Bóg powołuje go do dwóch rzeczy jednocześnie - do pracy z młodzieżą i do misji. Był przekonany, iż Bóg zamierza posłać setki, tysiące, a potem miliony młodych ludzi na cały świat, by głosili Ewangelię. Nie miał jeszcze wtedy najmniejszego pojęcia, że to gorące pragnienie połączenia tych dwóch dziedzin uczyni jego życie podobnym do szalonej jazdy kolejką górską.

Jak realizowała się ta ambitna i nowatorska wizja tego młodego człowieka - o tym opowiada książka. Zainteresowanym zdradzę jedynie tajemnicę, że stała się ona rzeczywistością w postaci misyjnej organizacji Youth With A Mission (YWAM).  Znanej w Polsce jako „Młodzież z Misją”.  W chwili obecnej Loren Cunningham ma 81 lat.

(To była ostatnia książka z serii „Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś”.)

H.B. Garlock i Ruthanne Garlock, Zanim cię zjemy, Absolutnie Fantastycznie, Gorzów Wielkopolski 2017

Książka ta jest historią życia i służby Henrego i Ruth Garlock.
W jej powstaniu wspierała Henrego synowa Ruthanne.

Kontynent afrykański bardzo długo cieszył się złą opinią, będąc nazywanym grobem białych ludzi. Szczególnie misjonarzy. Umierali tam z różnych powodów - pokonani niezdrowym klimatem i chorobami, poranieni przez dzikie zwierzęta lub pokąsani przez jadowite gady, ginęli z rąk dzikich, często kanibalistycznych plemion, do których starali się dotrzeć z Ewangelią.

Jednak te obiektywne powody nigdy nie powstrzymały tych, którzy  czuli prawdziwie, że ląd afrykański jest nadanym im przez Boga polem misyjnym. Do grona takich ludzi należy zaliczyć Henrego i Ruth Garlocków.

Zainwestowali oni w Afrykę całe swoje życie. Przemierzali dżunglę w czasach, gdy nie było tam dróg, lotnisk, łączności radiowej i telefonicznej. Mieszkali w spartańskich warunkach, zmagali się z malarią. Musieli stawić czoło mocom ciemności i kanibalistycznym praktykom. Byli świadkami walk międzyplemiennych.

Od 1920 roku spędzili tam prawie 16 lat, z niewielkimi przerwami. W kolejnych latach często przemierzali Afrykę w ramach Misji Afrykańskiej Zborów Bożych, ucząc i doradzając dziesiątkom misjonarzy tam pracujących. W latach pięćdziesiątych wrócili na pole misyjne, aby nadzorować i szkolić lokalnych pastorów. Byli wtedy w Afryce tylko cztery lata, podczas których powstało aż trzydzieści trzy nowe zbory. Po powrocie z ostatniej podróży misyjnej przeszli na zasłużoną emeryturę. Ich życie i świadectwo dla wielu młodych ludzi było bodźcem do przyjęcia powołania do pracy misyjnej.

Henry Garlock żył w latach 1897-1985. Zmarł w wieku 87 lat, a jego żona w wieku 92 lat. Warto poznać ich historię.

Zainteresowanym podobną tematyką polecam książkę „Bóg wśród Zulusów”. Autor dr Kurt E. Koch. Wydawnictwo Ewangeliczne TEW, Poznań 1990.

Liao Yiwu, Bóg jest czerwony, Wydawnictwo „Czarne”, Wołowiec 2014

Liao Yiwu poeta, prozaik, dziennikarz postanowił poznać obraz chińskiego chrześcijaństwa, wędrując po zapomnianych wioskach w południowo-zachodnich Chinach. Liao nie znał wcześniej żadnych chrześcijan, dopiero w tej wędrówce ich poznawał. I napisał opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach.

Ks. Adam Boniecki tak posumował jego wędrówkę: Liao Yiwu pozostał człowiekiem niewierzącym, lecz z chrześcijanami nawiązał serdeczne kontakty. Napisał książkę o ich wierze, odwadze, optymizmie i niepojętych cierpieniach. Osiemnaście wywiadów to osiemnaście wstrząsających świadectw, mówiących o bohaterstwie wyznawców, a także o ludzkich załamaniach i lękach... Z kart tej książki przemawiają do nas pastorzy, katoliccy księża, zakonnica, wierni świeccy. Opowiadają o lęku i heroicznej odwadze, o wymyślnym okrucieństwie, o prześladowaniach, których opisy mrożą krew w żyłach...

Może zastanawiać fakt, że książkę, która mówi o prześladowaniu Kościoła dołączyłam do kategorii książek o misji. Powód jest jeden - nie byłoby chińskiego chrześcijaństwa, gdyby nie praca misjonarzy. Rozmówcy Liao Yiwu przywołują nazwiska wielu misjonarzy, którzy przynieśli Ewangelię do ich wiosek i miast w ostatnich dwóch stuleciach. W książce znajduje się długa lista ich nazwisk. Okazuje się, że wielu z nich znano jedynie pod chińskimi imionami, dlatego ich prawdziwe nazwiska zostały błędnie zapisane lub nie ma ich w ogóle. Jednak owoc ich służby pozostał.

Autor książki, z przyczyn politycznych, uciekł z Chin w 2011 roku, w roku pierwszej publikacji tej książki.

Życzę fascynującej lektury.

***

Opracowane dla misyjnego Biuletynu "Idźcie".