czwartek, 30 sierpnia 2012

Wyjść poza klikę

„Wszyscy zaś, którzy uwierzyli, byli razem i mieli wszystko wspólne” (Dz. Ap. 2:44).
„A u tych wszystkich wierzących było jedno serce i jedna dusza i nikt z nich nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne”  (Dz. Ap. 4:32).

Przytaczając powyższe wersety, nie zamierzam namawiać nikogo do dosłownego ich stosowania - w kontekście dóbr materialnych. Użyte w tych wersetach określenia: jedno serce, jedna dusza, wszystko wspólne wskazują mi na wyjątkową jedność, miłość, więź, bliskość pomiędzy ludźmi, którzy tworzą daną wspólnotę. Myślę, że najlepiej jest to odnieść do konkretnego kościoła lokalnego, zboru czy tzw. kongregacji.

Pamiętam, że kiedy ponad 20 lat temu zakładaliśmy razem z mężem nową wspólnotę kościelną, marzyło nam się, aby taka właśnie ona była. Oczywiście, nie udało nam się to w 100%, ale byliśmy sobie małym, bardzo rodzinnym zborem. Cieszyliśmy się nawzajem swoimi radościami i sukcesami. Martwiliśmy się problemami i troskami jedni drugich, nosząc brzemiona innych. Celebrowaliśmy swoje urodziny i ważne jubileusze. Odkrywaliśmy zakopane talenty. Umieliśmy docenić te wykorzystane w służbie dla Pana. Wyjeżdżaliśmy razem na pikniki, majówki, grzybobrania. Coroczne wyjazdy wakacyjne naszej wspólnoty dowodziły tego, że dobrze było nam razem.

Nie bylibyśmy ludźmi, gdyby wszystko szło idealnie. Nie szło. Nawet w najlepszej rodzinie zdarzają się kryzysy. I nie ze wszystkich kryzysów wychodzi się zwycięsko. Nam się nie udało (po 18 latach). Ale mimo wszystko już kilkakrotnie spotkaliśmy się w mniejszym lub większym gronie, wciąż pielęgnując stare dobre zwyczaje: wypad za miasto, prawdziwą ucztę miłości przy wspólnie zastawionym stole, wspomnienia, rozmowy, śpiewanie Bogu na chwałę.

Kiedy przysłowiowy los zmusił mnie i mojego męża do popróbowania służby w innej wspólnocie, szybko odkryłam, jak wielkie są zalety małej społeczności. Właśnie ze względu na jej rodzinny charakter. Oczywiście, są ludzie, którzy preferują małe zbory i są ludzie, którzy dobrze czują się w masie. Czasem wynika to z potrzeby bycia bardziej anonimowym. I generalnie nie ma w tym nic złego.

Zauważyłam jednak, że w dużych wspólnotach częściej dochodzi do powstawania tzw. klik. I chcę o nich właśnie napisać słów kilka. Natchnął mnie do tego pewien artykuł, który przeczytałam w chrześcijańskim czasopiśmie „Today’s Christian Women” (9/10 2009). Nie ukrywam też, że skłoniły mnie do tego moje, bardzo świeże doświadczenia.

Otóż, klik - takich kółek wzajemnej adoracji - może w kościele być wiele. Bez głębszego wnikania w ich specyfikę, rozróżniam kilka: klika przyjaciół pastora - smutne, ale prawdziwe; równie smutne, ale prawdziwe to klika wrogów pastora; klika starych przyjaciół i dobrych znajomych; klika ‘psiapsiułek’; klika ekonomiczna - dobieranie się odpowiednio do wielkości pierścienia; klika związana ze statusem społecznym (wykształcenie, rodzaj wykonywanej pracy); kliką też może stać się grupa domowa. Klika - to zamknięta grupa ludzi, skupiona tylko i wyłącznie na własnych potrzebach.

Nie ma nic gorszego w relacjach międzyludzkich w kościele, niż bycie niezauważonym, osamotnionym, pozostawionym samemu sobie. Kimś, komu sprzedaje się na przywitanie uśmiech numer siedem i nie proponuje niczego więcej. Wiem, co piszę… . Wiem ile, będąc w służbie, dawałam siebie ludziom, aby nie czuli się pominięci. Wiem też ile, będąc chwilowo poza służbą, otrzymuję od innych. W momencie, kiedy zauważenia i przytulenia potrzebuję najbardziej… .

Dlatego, wiedziona własnym doświadczeniem, obserwacją a też osobistą potrzebą, chcę tu postawić kilka pytań, które, po zastanowieniu, pomogą komuś z was otworzyć się na nowych ludzi. Sprawią, że dobrze znane grono przyjaciół, stanie się otwartym gronem braci i sióstr w Chrystusie.
Oto one (zapożyczyłam je z przeczytanego artykułu):
*     Kiedy ostatni raz zastanawialiście się nad tym, na czym polegają wasze relacje w gronie bliskich przyjaciół? Jak się do siebie odnosicie? Jak dobrze wasza grupa zazębia się z resztą członków kościoła?
*    Co sprawia, że wasza grupa trzyma się razem? Czy są to: podobny styl życia (poziom), wspólne zainteresowania, wspólne problemy (np. bycie rodzicami nastolatków), czy inne?
*     Czy po zakończonym nabożeństwie macie w zwyczaju pogadać z każdą napotkaną osobą, czy raczej zamierzenie spotykacie się i rozmawiacie w ścisłym gronie?
*      Kiedy ma miejsce w kościele jakieś kontrowersyjne wydarzenie lub jakieś nowe wyzwanie, komu proponujecie modlitwę w związku z tą sprawą?
*      Czy grzeszne postawy względem innych ludzi w kościele, takie jak zazdrość, obmowa, plotka są siłą napędową waszej grupy?
*      Kiedy ostatni raz zdarzyło się wam, że zaprosiliście kogoś nowego do grupy, w sytuacji, kiedy byliście tylko we własnym gronie?
*      Kiedy ostatni raz zaprosiliście tę osobę do waszego grona po raz drugi?

Niech te pytania pomogą wam w Boży sposób spojrzeć na relację z innymi ludźmi, na przyjaźń z nimi. W kościele, ale też w sąsiedztwie. W pracy. Również w rodzinie.


Odwiedzający kościół "Pine Pont", mogli wyczuć pomiędzy obecnymi subtelny podział na kliki. 

***
Podaję za Władysławem Kopalińskim: Klika popularnie, pogardliwie - koteria. ekskluzywna grupa osób popierających się nawzajem z życiu publicznym, aby zapewnić sobie korzyści, na które inaczej trzeba by było zasłużyć. Z. franc. clique - banda, zgraja (do aż tak dalekiego porównania się nie posuwam :-). 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.