Niedawno, pewna sytuacja
wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Wspomniałam swojej znajomej z zagranicy, że
planowana jest już trzecia edycja wielkiego wydarzenia dla kobiet w „Teatrze Roma”.
Impreza, chociaż ma charakter typowo ewangelizacyjny, roboczo
nazywana jest przez nas (organizatorki) „konferencją”. Takiego określenia też użyłam, pisząc o naszych planach znajomej. Ponieważ wysyłałam jej relacje z poprzednich wydarzeń,
zaskoczyła mnie jej natychmiastowa reakcja i propozycja nie-do-odrzucenia. Mianowicie, zaproponowa-ła mi swój udział w wydarzeniu z serią wykładów na temat biznesu(!). Nowo stworzona przez nią organizacja zajmuje się propagowaniem i pomocą
w rozwoju chrześcijańskich biznesów. Głównie biznesów prowadzonych przez
kobiety. Idea jest jak najbardziej słuszna i szlachetna, ale mnie uderzyło najbardziej to,
jak diametralnie zmienia się nasz cel, obiekt, pole, perspektywa, ostrość
widzenia w zależności od tego, co aktualnie leży nam na sercu. Każda z nas
miała zupełnie inną wizję i cel tego planowanego wydarzenia oraz inne
wyobrażenia na temat odbiorcy. Ja widziałam 1000 kobiet desperacko potrzebujących usłyszeć poselstwo Ewangelii, ona 1000 potencjalnych bizneswomen. Delikatnie naprostowałam koleżankę i
podziękowałam za propozycję.
Dlaczego o tym piszę? Ta sytuacja spowodowała, że zaczęłam zastanawiać się nad tym, co Bóg chce mi
pokazać. Na co wyczulić. Odkryłam, że jako kościół nie różnimy się zbytnio od otaczającego nas świata, poprzez skupianie naszej uwagi i honorowaniu tych, którzy są życiowymi
zwycięzcami, którym się powiodło, którzy są mądrzy. Proponowanie zakładania
biznesu czy wykładów na temat biznesu, nie oszukujmy się, nie jest skierowane
do ludzi, którzy nie radzą sobie w życiu. Są mniej inteligentni czy
wyedukowani. Również takim ludziom nikt nie zaproponuje w kościele roli lidera,
nauczyciela, reprezentanta. Niedawno dowiedziałam się, że na członków
religijnej żydowskiej społeczności Qumran nie przyjmowano osób kulawych,
ślepych lub kalekich. Nawet mnie to nie zdziwiło, zbyt wiele już sama widziałam.
Ostracyzm w stosunku do ludzi, którzy wyglądają, myślą i postępują inaczej niż
my, nie posiadają tego, co my, nie jest mi obcy. Również w kościele.
Od pewnego czasu mam przywilej
mieć częstszy kontakt z tymi, którym czegoś brakuje. Którzy cierpią niedostatek
ekonomiczny, intelektualny, fizyczny, moralny. Bóg pomaga mi otwierać się na
tych ludzi, tak jak On to czynił. Wiem, że potrzebują oni usłyszeć Ewangelię, ale, jak powiedział George Sweeting „Otwarta
Ewangelia nie może być głoszona przez zamkniętych ludzi”. Nie zawsze jest
łatwo. Czasem pewne zmysły wolałabym mieć wyłączone... Z drugiej jednak strony,
po latach służby spędzonych z ludźmi wymuskanymi, świeżutkimi, pachnącymi, ta
odmiana wydaje się lepiej wpływać na moje serce. I gdybym chciała mieć jeszcze
jakieś wątpliwości co do tego, że jest to moje miejsce, to Bóg wiedział, jak je
rozwiać. Dwukrotnie, w odstępie jednego dnia, przemówił do mnie, z dwóch
różnych niezależnych źródeł, następującymi słowami z Ew. Łukasza 14:12-14 Gdy dajesz obiad albo wieczerzę, nie zwołuj
swoich przyjaciół ani swoich braci, ani swoich krewnych, ani bogatych sąsiadów,
żeby cię czasem i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś już odpłatę. Lecz
gdy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych, ślepych. I
będziesz błogosławiony, bo nie mają ci czym odpłacić. Odpłatę bowiem będziesz
miał przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.