wtorek, 2 lipca 2013

Zaiste, myśmy wonnością...

Zauważyłam ostatnio, że trudno mi jest panować nad swoimi emocjami. Oczywiście, kiedy jest potrzeba  panowania nad emocjami, to chodzi tu tylko o negatywne emocje. Pozytywnych emocji raczej nie powinno się hamować. Oby tych było jak najwięcej.

A więc, trudno mi jest ostatnio panować nad moimi negatywnymi emocjami - nad gniewem, frustracją, zniechęceniem. Po prostu nad nerwami. Szukam przyczyn, aby choć troszkę się wytłumaczyć - niedoczynność tarczycy? menopauza? a może po prostu ludzie?.

Ze smutkiem stwierdzam, że chociaż choroba Hashimoto i menopauza mają wpływ na zmiany moich nastrojów, to jednak główną przyczyną są ludzie. Niedawno, wzburzona jakąś kolejną bezsensowną rozmową telefoniczną i poruszaną kwestią, wybuchłam w sposób zupełnie niekontrolowany i długo nie mogłam się uspokoić. A potem miałam moralnego kaca. Zawsze myślałam, że tak zachowują się cholerycy, ale ja przecież nie jestem choleryczką! Cóż, czasu nie cofnę, ale postanowiłam, że będę próbować panować nad sobą. Wypróbuję czy działa liczenie do dziesięciu :-).

Kilka dni temu pewna sytuacja spowodowała, że znowu ‘podniosło mi się ciśnienie’ (piszę tak obrazowo, ale z ciśnieniem na razie nie mam problemów). W głowie układałam sobie scenariusz rozmowy, jaką będę chciała z kilkoma osobami przeprowadzić. Ponieważ miałam  wszystkiego serdecznie dość, postanowiłam, że będzie stanowczo i konfrontacyjnie... .  Bo, ileż można?

Ja miałam swój plan. Bóg miał swój plan. Na kilka godzin przed planowanym rozmówieniem się z konkretnymi osobami  uczestniczyłam w bardzo ciekawej i wartościowej konferencji dla liderów. Gość z Anglii, Richard Brunton, prowadził wykłady z II Listu do Koryntian. Czytelnicy Biblii dobrze wiedzą, że apostoł Paweł, jako lider/przywódca, nie miał łatwego życia i miłych relacji z Koryntianami. Wielokroć ich ganił i napominał. Często przypominał im ‘who is who’.  I o tym mówił w jednym z wykładów zaproszony gość. Słowa płynące zza pulpitu wydawały się być skierowane tylko do mnie. Do mojej sytuacji. Koiły nerwy, wyciszały emocje, zmiękczały serce. Kluczowy werset, który przemówił do mnie tego dnia brzmiał: Zaiste, myśmy wonnością Chrystusową dla Boga wśród tych, którzy są zbawieni i tych, którzy są potępieni (II Kor. 2:15).

Wyszłam z tego spotkania w zupełnie innym nastroju i nastawieniu do całej sytuacji. Bóg przemówił do mnie i zrozumiałam, że nie muszę walczyć o swoje racje, nie muszę niczego dowodzić, nie muszę się bronić. Niech raczej przemawia moja postawa, moja ciężka praca i moje oddanie.  A jeśli są jakieś mury do pokonania, to niech dokonają tego moje czyste myśli, dobre słowo, miły uśmiech, szacunek do  drugiego człowieka, wrażliwość na jego uczucia i miłość Chrystusowa, która zakrywa wszystko.

I tak, już nie pierwszy raz Bóg mnie zaskoczył swoją ingerencją. I znowu odkryłam, że Jego rada jest najlepsza z możliwych.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.