wtorek, 29 września 2015

Pewnej sierpniowej niedzieli

Niedziela, 16.08.2015 r., leniwe przedpołudnie w domu rodzinnym w Jeżowie Sudeckim. Wstałam po pierwszej chłodnej, rześkiej nocy tego upalnego lata. W oddali słyszę warkot samolotu. To pewnie lata ktoś z Aeroklubu Jeleniogórskiego. Jak znam życie, wkrótce pojawi się nad naszym domem. „Gdyby to był śp. Rysiek Szpieć, to pomachałby mi skrzydłami :-)” - pomyślałam, wspominając dobrego znajomego.

Przyjechałam do Jeżowa na 88 urodziny mojej mamy. Goście wyjechali wczoraj, a ja zostałam sama, zanurzając się w lekturze książki „Lotnictwo Kotliny Jeleniogórskiej” - autorstwa Tadeusza Kaczmarka i Stanisława Błasiaka. Po wnikliwym kartkowaniu (książka jest dosyć gruba - nie zdążę przed wyjazdem przeczytać całości), odkrywam, że książka ta z każdą stroną nabiera dla mnie szczególnego znaczenia.  Przede wszystkim, uświadamiam sobie, że są to moje ostatnie takie chwile w moim rodzinnym domu, który za jakiś czas będzie miał nowego właściciela. Całe moje dzieciństwo i wczesna młodość związane były z tym miejscem, z Sudetami, z Kotliną Jeleniogórską, a tym samym z jej lotniczą specyfiką i historią. Dane mi przecież było mieszkać w domu Edmunda Schneidera, który w roku 1928 założył we wsi Grunau (obecnie Jeżów Sudecki) fabrykę szybowców.
 
W fabryce tej, po wojnie, mój tato podjął pracę. Wpierw jako komendant ochrony, potem planista, następnie jako kierownik Zakładów Szybowcowych (w latach 1958-1963), a od roku 1974 jako kierownik nowopowstałego działu remontowego szybowców na tzw. Górze Szybowcowej. Tam czuł się najlepiej, pracując przy szybowcach aż do swojej emerytury (wczesne lata 80-te). Pamiętam, kiedy w 1983 roku na Górze Szybowcowej spłonął największy hangar ze znajdującymi się w nim  szybowcami, pomieszczenia warsztatowe i administracyjne oraz wieża widokowa, mój tato postanowił już nigdy tego miejsca nie oglądać. Udało mi się go jednak do tego przekonać, kiedy kilka lat później teren pogorzeliska uporządkowano i Góra Szybowcowa znowu zaczęła tętnić życiem.

Wracam do książki. Jej autorami są piloci Aeroklubu Jeleniogórskiego. Nie są historykami, ale pasjonatami lotnictwa i szybownictwa. Z treści książki wynika, że ich największym pragnieniem jest, aby bogata historia Jeżowa Sudeckiego i okolic, jako mekki polskiego szybownictwa, nie została zapomniana wraz z odejściem tych, którzy tę historię tworzyli.

Autorzy zadbali też o to, aby w książce znalazły się informacje historyczne na temat całego regionu i, te dla mnie najciekawsze, na temat Jeżowa Sudeckiego. Przeszłość i teraźniejszość przeplatała się w ich opowieściach o tym urokliwym zakątku Polski. „Kalendarz skrzydłami pisany” sięga aż roku 1785, kiedy to nad Jelenią Górą przeleciał pierwszy balon. Kończy się zaś na 31 grudnia 2014 r. Jedną trzecią tejże książki zajmują właśnie te dane historyczne, dotyczące historii lotnictwa, szybownictwa, spadochroniarstwa, modelarstwa - z czasów przedwojennych (niemieckich) i powojennych (polskich). Współcześnie dochodzi jeszcze historia lotniarstwa. Część ta jest bogato ilustrowana archiwalnymi zdjęciami z zasobów wymienianych w książce bohaterów - twórców historii lotnictwa jeleniogórskiego.

Jedno ze zdjęć na długo przykuwa moją uwagę. To zdjęcie mojego domu. Przypuszczam, że zrobione jest w latach przedwojennych. Dom został zbudowany w 1935 r. Nigdy nie widziałam swojego domu w takiej odsłonie. Nawet na bardzo starych zdjęciach rodzinnych otoczenie domu prezentuje się inaczej. Jest więcej drzew i krzewów, a górka jest porośnięta iglakami. Niesamowita pamiątka. Przy okazji dowiaduję się, że Góra Kwoka, na której stoi mój dom, nazywała się kiedyś Górą Kukułki. Obie nazwy uważam za trafione. Kukułka zawsze nam śpiewała, a raczej kukała, koło domu. A Kwoka, kiedy nie była jeszcze zarośnięta krzewami, wyglądała jak kokosz wysiadująca jaja.

Pozostałe 2/3 książki to noty biograficzne twórców lotnictwa i szybownictwa na terenie Kotliny Jeleniogórskiej w latach 1921-2014. Nie brakuje tu wielu niemieckich nazwisk, a pośród nich to kluczowe - Edmund Schnaider, to jemu zawdzięczała swoje istnienie Szkoła Szybowcowa i Zakłady Szybowcowe (powstały w 1928 r.). Wśród wielu, wielu nazwisk wymieniony jest też mój tato - Julian Mentel. (Przyznaję, z pisownią mojego rodowego nazwiska zawsze były problemy :-). W metryce mam Mętel…)

Interesujący jest klucz doboru nazwisk. Jak piszą autorzy: „w wyborze tym kierowaliśmy się słowami Stanisława Latwisa: Pilot, inżynier, tapicer, blacharz - w stolicy czy na cichym szybowisku jest lotnikiem; każdy, kto choć o milimetr pcha naprzód lotnictwo, jest lotnikiem. Wszystko jedno też, czy będziemy głośni, czy tylko codzienną mrówczą pracą pchamy lotnictwo naprzód.” Rozpoznaję znane mi nazwiska. Na załączonych zdjęciach rozpoznaję twarze.  Chciałoby się jeszcze więcej osób dopisać, których nazwisk tu nie ma, ale autorzy  wyjaśniają: Nie wszyscy byli zainteresowani byśmy o nich pisali. Mówimy więc tylko o tych, którzy byli nam znani, których życiorysy uzyskaliśmy od ich rodzin, przyjaciół lub z opracowań historycznych.

Chwila przerwy od lektury. Wyjęłam ze starej komody szufladę i ponownie przejrzałam, znajdujące się w niej czarno-białe fotografie. Szczególnie skupiłam się na tych, które związane były z pracą taty. Były to zdjęcia z zakładów, z tzw. szybowiska; zdjęcia kolegów taty; zdjęcia z różnych imprez ‘zakładowych’: potańcówki, ‘choinki zakładowe’, wycieczki. Fajne czasy… . Myślę, że wpływ na to wszystko miała specyfika tego miejsca. To nie była zwykła fabryka, to była praca połączona z pasją.

W moim domu też mam kilka pamiątek związanych z pracą taty w Zakładach Szybowcowych. Garść zdjęć, jakiś jubileuszowy dyplom uznania, kilka medali za zasługi. Jednak najważniejszą pamiątką jest drewniany model szybowca „Bocian”, własnoręcznie wykonany przez mojego tatę. Z tego, co wiem wykonał ich więcej - różne i w różnej skali.

Nastrojona wspomnieniowo powoli zbieram się do wyjazdu do Warszawy. Szkoda, że nie mogę zostać choć jeden dzień dłużej. Postanawiam sobie, że następnym razem odbędę małą podróż sentymentalną po okolicy. Spojrzę na Zakłady, pojadę na Górę Szybowcową, a w Szkole Szybowcowej zajrzę do Izby Lotniczej Pamięci. Może uda mi się kupić płytę z multimedialną prezentacją 100-letnich dziejów szybownictwa w Jeżowie Sudeckim. Tak zrobię. Na pewno…
Zbliża się już wieczór, a ja wciąż słyszę warkot  silnika samolotu, który od czasu do czasu przelatuje nad naszym domem. Tylko ten pilot skrzydłami nie macha :-(.

***
Opis archiwalnych zdjęć:
1. Przed budynkiem Zakładów Szybowcowych - mój tato pierwszy z lewej. 
2. Mój dom - już w latach 50-tych.
3. Zabudowania Góry Szybowcowej.
4. Kasyno Lotnicze w Jeżowie Sudeckim - tu odbywały się zakładowe zabawy, później mieściła się szkoła. 
5. Piknik na czubku Kwoki. Poniżej widać budynki Szkoły Szybowcowej. W oddali samotny kościólek i Pogórze Kaczawskie. 








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.