czwartek, 16 kwietnia 2015

Kącik dobrej książki

„Dla siebie znalezioną ścieżką”, Małgorzata Łukowska, Wydawnictwo AD REM, Jelenia Góra, 2013 r.

I znowu zanurzyłam się w lekturze książki, która opowiada o historii i pięknie moich rodzinnych stron oraz o zawiłych losach ich mieszkańców. Tych, którzy żyli tu z dziada pradziada, a potem musieli swoje domostwa opuścić oraz tych napływowych, którzy opuszczając swoje rodzinne strony, tutaj na Dolnym Śląsku znaleźli swoją drugą małą ojczyznę.

Bardzo podoba mi się to hasło reklamowe „Dolny Śląsk nie do opowiedzenia do zobaczenia”. Tak, to jest prawda - oglądanie szerokiego spectrum atrakcji turystycznych Dolnego Śląska jest pasjonujące. I życia nie starczy, aby to wszystko zobaczyć. A jednak… Małgorzata Lutowska posiada ten unikalny dar, który pozwala jej opisać piękno i fascynującą historię Dolnego Śląska w taki sposób, że czytelnik czuje się, jakby już - z przewodnikiem w ręku lub u boku - przemierzał górskie szlaki, zwiedzał urokliwe wioski, miasteczka i miasta, poznawał historię zamkowych i pałacowych ruin, odkrywał tajemnice, jakie kryją się w starych kopalniach, lochach, jaskiniach.

Ta właśnie książka, pisana w formie powieści, zdobyła nagrodę Marszałka Dolnego Śląska.
Autorka pisze o niej w ten sposób: Urodzona w Cieplicach, całe swoje dotychczasowe życie spędziłam na Dolnym Śląsku. Poznając coraz to nowe zakątki tego regionu, zaczęłam dostrzegam jego wyjątkowość, wyjątkowość nie tylko historyczną i krajobrazową, ale także etniczną i kulturową. Z czasem zaczęłam odczuwać silną potrzebę podzielenia się własnymi refleksjami i przeżyciami. Książka, którą chciałam napisać, miała być głosem przedstawiciela nowej generacji mieszkańców Dolnego Śląska, głosem wyrażającym przywiązanie do swojego kraju, miała przybliżyć Niemcom polskość, a Polakom niemieckość tych ziem.

Jako czytelniczka i była mieszkanka opisywanego w książce regionu Dolnego Śląska, stwierdzam, że doskonale się to zamierzenie autorce udało.

I jeszcze wątek osobisty.
Jeden z rozdziałów - „Lwówek Śląski, mały Wawel i chrześcijańska misja Elim” - opowiada o pewnym australijskim misjonarzu Kenie, który wraz z żoną Giselle osiedlił się w Polsce i z powodzeniem, w starym pałacu Płakowickim, prowadzi misję chrześcijańską, już od wczesnych lat 90-tych. Tak się składa, że znam Kena i Giselle prawie od samych początków ich pobytu w Polsce. Znam panią Krysię, która oprowadza gości po pałacu i znam Pawła, który pełni w misji jedną z kluczowych ról. W komnatach plakowickiego pałacu, a też w pokojach zrobionych z budynków starej stajni, spędziłam niejedną noc.
Z relacji w książce bardzo podobał mi się opis Kena (prawdziwy w 100% :-): … w drzwiach pojawia się przystojny mężczyzna około czterdziestki. Poprawia ręką opadające na czoło ciemne włosy. Ubrany jest w seledynowy, sportowy podkoszulek, który podkreśla jeszcze jego opaleniznę… „Zawierzyliśmy Bogu. On nas prowadzi. Modlimy się i doznajemy cudów.” … Więc tak wygląda współczesny szaleniec Boży! Twarde bicepsy, zaprawione w codziennej, fizycznej pracy, opalona płakowickim słońcem twarz. …

Nawet - dla tego jednego rozdziału - warto tę książkę przeczytać!

***

Polecam też drugą książkę autorki - „Powierzony klucz”: KLIKNIJ.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.