Kolejna porcja książek o misji:
Janet i Geoff Benge, David Livingstone – Za nim pójdą inni,
Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2010
„… widziałem dym tysiąca wiosek, w których nie było jeszcze żadnego
misjonarza!” Czy takie słowa nie stanowiły najlepszego bodźca dla kogoś,
kto ma na sercu pragnienie zostania misjonarzem. Zanim David Livingstone
skończył jeść obiad, miał już podjętą decyzję, choć jego pierwotnym celem były
Chiny: Jest praca misyjna do zrobienia w
Afryce. Tam pojedzie.
W 1841 roku wyrusza w drogę,
zdobywszy przedtem uprawnienia medyczne i tytuł ordynowanego pastora.
Po dotarciu do celu swojej
podróży, David Livingstone, szybko zrozumiał, że tryb osiadłego misjonarza nie
jest dla niego, skoro, gdzieś tam wciąż płoną ogniska tysiąca nieznanych i niezdobytych
wiosek. David Livigstone był misjonarzem w drodze: Wiedział na pewno, że różni się od innych misjonarzy. Ci, których
spotkał dotychczas, byli osadnikami. On był pionierem, który przeciera szlaki.
Miał w sercu gorącą pasję, by iść na niezbadane tereny. Nie wiedział, dokąd
zaprowadzi go to pragnienie. Wiedział tylko, że otrzymał je od Boga… .
W jednym ze swoich listów
napisał: Moją nadzieją jest, że, jak
długo będę żył, będę mógł pracować tam, gdzie nie sięga praca innych, zasiewać
ziarna ewangelii tam, gdzie inni nie siali”.
Podczas jednego ze swoich
wystąpień w Londynie powiedział: Wykonuję
jedynie swój obowiązek misjonarza, otwierając część Afryki dla miłości
Chrystusa. W tej chwili dopiero przygotowuję swoją zbroję do dobrej walki. Nie
mam prawa chlubić się czymkolwiek. Nie będę się chlubił, dopóki ostatni
niewolnik w Afryce nie zostanie wyzwolony i Afryka nie zostanie otwarta dla
sprawiedliwego handlu i światła chrześcijaństwa.
Zmarł tam, gdzie służył. Jego
towarzysze znaleźli go martwego w klęczącej pozycji opartego o łóżko, z rękoma
złożonymi do modlitwy.
Podczas upamiętnienia setnej
rocznicy jego urodzin, jego życie podsumowano tymi słowy: W trakcie swojego niezwykłego życia Livingstone służył trzem panom.
Jako misjonarz był autentycznym i gorliwym sługą Boga. Jako badacz był
niestrudzonym sługą nauki. Jako przeciwnik handlu niewolnikami był płomiennym
sługą ludzkości.
Jak tego dokonał? Odpowiedź
czytelnik znajdzie w tej książce.
Polecam też film „Zakazane
terytorium” z 1997 r., prod. USA. Davida Livingstone’a grał Nigel Hawthorne, a Aidan
Quinn wcielił się w rolę młodego dziennikarza Henry Stanley’a, poszukującego w
afrykańskiej dziczy misjonarza, uznanego za zaginionego.
David Livingstone żył w latach
1813-1873.
Janet i Geoff Benge, Hudson Tylor – Do wnętrza Chin,
Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2011
Poprosił fryzjera, by ściął
włosy opadające mu na czoło i ogolił przednią część głowy. Resztę włosów
fryzjer zafarbował na czarno. Następnie z tyłu głowy przymocował mu sztuczny warkocz.
Hudson kupił i założył
chińskie ubranie. Rozpoczął od spodni, które wydawały mu się olbrzymie. W pasie
miały rozmiar dwa razy większy, niż potrzebował. Na szczęście były podtrzymywane
pasem. Potem nałożył skarpetki. Były szorstkie i nie miały obcisłego
wykończenia. Nogawki spodni wsunął w skarpetki. Stroju dopełniała prosta bawełniana
koszula i nakładany na wierzch wyszywany płaszcz. Jego rękawy były o prawie pół
metra za długie. Musiał je podwijać i rozwijać - tak robili Chińczycy. Najtrudniej
było mu założyć płócienne buty.
Przyjrzał się sobie w lustrze.
Miał przed sobą Chińczyka o błękitnych oczach.
Czy przypomniał sobie wtedy słowa, które usłyszał wiele lat wcześniej? Nie
nadajesz się do Chin. Od ciebie i twoich jasnych włosów będą uciekać w
przerażeniu. Nie pozostał dłużny: Bóg powołał mnie do Chin, a On zna
kolor moich włosów i oczu… - odparował.
Zanim znalazł się tam, gdzie chciał dotrzeć, zadbał o następujące
rzeczy: pogłębienie znajomości łaciny, greki i hebrajskiego; naukę języka chińskiego;
zadbanie o tężyznę fizyczną oraz przygotowanie medyczne do służby. Tak wyposażony,
wypłynął do Chin, mając zaledwie… dwadzieścia jeden lat! Pierwszego marca 1854
roku dotarł do Chin. Rozpoczął się nowy, bardzo długi, bo liczący 54 lata,
chiński rozdział jego życia.
Hudson Tylor przybył do Chin bez pieniędzy, bez żony i bez planu
działania. Zaufał jednak wtedy Bogu i Bóg posłużył się nim. Pięćdziesiąt jeden
lat później, owocem tej służby było osiemnaście tysięcy chińskich chrześcijan,
a stworzona przez niego Misja do Wnętrza Chin miała w swoich szeregach osiemset
dwudziestu pięciu misjonarzy.
Naprawdę warto przeczytać o tym, jak zostaje się misjonarzem w wieku
dwudziestu jeden lat. Jak silne trzeba mieć przekonanie, co do Bożego powołania
i prowadzenia. Jakim bohaterem wiary trzeba być. I naprawdę warto przeczytać o
tym, co działo się w życiu Hudsona Tylora w latach 1854-1905. Bo sukces jego
służby i jego misji nie dokonał się łatwo i okupiony był wieloma ofiarami,
pośród których byli również jego najbliżsi.
Hudson Tylor żył w latach 1832-1905.
George Verwer, Ślimak, slimak pokaż rogi czyli Kościół wyrusza w
świat, Wydawnictwo Credo, Katowice 2003
Ilekroć ta książka wpada mi w rękę, zastanawiam się – Skąd pomysł na
taki tytuł? Zdecydowanie bardziej preferuję tytuł angielski „Out of the Comfot
Zone” / Wyjście poza strefę bezpieczeństwa. Ale to uwaga tak na marginesie… .
W swojej książce George Verwer, założyciel organizacji misyjnej
Operation Mobilisation, z perspektywy czterdziestoletniego doświadczenia
porusza dwa najistotniejsze w życiu kościoła aspekty: ewangelizacji i misji.
Chociaż tak naprawdę chyba nie ma ewangelizacji bez misji (nawet na własnym
podwórku), ani misji bez ewangelizacji (bo to by była turystyka :-). Dlatego
autorowi i czytelnikowi łatwiej jest operować tymi terminami zamiennie.
Autor we wstępie pisze: Książka ta przeznaczona jest dla przywódców
chrześcijańskich, a w szczególności dla tych działaczy, którzy pragną jeszcze
bardziej urzeczywistnić w dzisiejszych czasach idee Kościoła - Ciała Chrystusa.
Przeznaczona jest również dla wszystkich, którzy są spragnieni Boga i chcą
lepiej zrozumieć Jego zamiary oraz czyny, jakich dokonuje na całym świecie.
A więc, dla mnie i dla Ciebie, drogi Czytelniku. Ponieważ, jak to
trafnie ujął Stephen Gaukroger: Historia misji to barwne dzieje
„przypadkowych bohaterów”, których charakteryzuje raczej posłuszeństwo, a nie
zdolności. Zrozumiałam to, czytając serię „Chrześcijańscy bohaterowie
dawniej i dziś”. George Verwer to potwierdza,
pisząc: Doświadczenie nauczyło mnie, iż Bóg czyni użytek z ludzi różnego
pokroju. A z takich ludzi zbudowany jest Kościół, więc może rzeczywiście,
mamy wyjść z naszej skorupy, jak ten ślimak wystawiający rogi i ruszyć w świat?
Autor zdecydowanie podkreśla to, iż wierzy głęboko, ze każdy wierzący
powinien zaangażować się w misję. W rozdziale „Jesteśmy Jego świadkami”,
zachęca, abyśmy poważnie zastanowili się nad naszą osobistą odpowiedzią na
wezwanie Jezusa, zawarte w Wielkim Posłannictwie. Pisze: To ciebie
Bóg powołuje, to ty musisz podjąć decyzję!
Twoja decyzja, drogi czytelniku, wcale nie musi zależeć od tego, czy
przeczytasz tę książkę, czy nie. Ale, na pewno warto ją przeczytać. Może wywabi
cię ze „ślimaczej skorupy”, z twojej strefy bezpieczeństwa i ruszysz w świat! Biblia
nie pozostawia żadnych wątpliwości, że nasza odpowiedzialność nie ogranicza się
do „Jerozolimy”.
***
Tak się złożyło, że Georg’a Verwer’a dane mi było spotkać i słuchać
przy różnych okazjach, zawsze płonącego miłością do świata i pasją do
ewangelizacji i misji. Tego człowieka nie sposób zapomnieć. A jeśli zapomni się
jego twarz, to na pewno w pamięci pozostanie charakterystyczna kurtka i piłka.
Bardzo się cieszę, że w niedalekiej przyszłości, bo już w październiku,
znowu go będzie można posłuchać w Polsce. Chyba ostatnio był tu w 2003 roku, na
konferencji „Solą ziemi i światłością świata”.
Więcej informacji o jego planowanej wizycie w Polsce na http://zoom.org.pl/.
Napisane na zamówienie redakcji Biuletynu „Idźcie”.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.