poniedziałek, 28 lutego 2011

Gdy sprawy źle się mają


Tak się zdarzyło, że już trzykrotnie poproszono mnie o wygłoszenie tego tematu, dlatego pomyślałam sobie, że może jest on wart zamieszczenia na blogu. Będę miała większą motywację, aby myśleć nad czymś nowym J. Do tekstu załączam tzw. Appendix. We wcześniejszym poście.

Nawet w śmiechu może serce boleć, a radość może się skończyć strapieniem. Przyp. 14:13

Wstęp

Na całym świecie żyją ludzie, których dotykają przeróżne problemy. Sprawy nie idą tak jak oni tego oczekują. A reakcje na napotkanie problemy są różne:
Ø      jedni potrafią dostosować się do zaistniałych trudności,
Ø      dla drugich jest to po prostu niemożliwe,
Ø      innych wiara zaczyna się chwiać w podstawach,
Ø      drudzy w wierze odnajdują możliwość odpoczynku, niezależnie od tego, co im się dzieje,
Ø      niektórym wydaje się, że Bóg jest, gdzieś daleko od nich,
Ø      kiedy inni, wprost przeciwnie, czują bliskość Boga, jak nigdy dotąd.

Ze zrozumiałych przyczyn, po prostu każdy z nas jest inny, trudno jest wspierać i zrozumieć drugą osobę, kiedy zmaga się ona z trudnościami czy bólem. Wydaje nam się tylko, że rozumiemy jak taka osoba się czuje, dlatego, że jej doświadczenie wydaje nam się podobne do tych, przez które my kiedyś przeszliśmy lub aktualnie przechodzimy. A jeśli nawet choć trochę możemy identyfikować się z drugą osobą, to musimy jasno sobie powiedzieć, że każda osoba i jej doświadczenie jest czymś unikalnym i niepowtarzalnym, czymś indywidualnym.

W obliczu przeróżnych trudności, niepowodzeń, zawodów, zranień, choroby przychodzi taki moment bezradności, kiedy każdemu z nas opadają ręce. Jest taka historia biblijna, która doskonale to obrazuje. W Księdze Rut 1:1-22 poznajemy tu trzy kobiety:
Ø      Noemi - Izraelitkę, która znalazła się w obcym kraju; jest wdową i właśnie straciła dwóch swoich synów,
Ø      Rut i Orpę - Moabitki - jej synowe, bezdzietne  wdowy.

Skupmy się w tej chwili na Noemi. Dwukrotnie w tym rozdziale jest powiedziane o niej - pozostała sama: 1:3 - umarł Elimelech mąż Noemi i pozostała ona sama wraz z dwoma swoimi synami... 1:5 - gdy obaj synowie też umarli, pozostała ta kobieta osierocona, bez obu swoich synów i bez męża... Te dwa słowa pozostała sama kipią emocjami i wyrażają rozczarowanie, ból serca i głęboki wstrząs. Śmierć bliskiej osoby, rozwód - są to straty, które zajmują najwyższą pozycję w hierarchii stresów. Jakże Noemi musiała być w tym wszystkim osamotniona - w obcym kraju, pozbawiona tego, co było jej bliskie i co dawało jej poczucie bezpieczeństwa.

Ale synowe Noemi również głęboko cierpiały z powodu zaistniałej sytuacji. Obcy mężowie sprawili, że odizolowały się od swoich rodaków. A teraz są samotnymi wdowami, bez dzieci. Gdzie szukać punktu zaczepienia do budowania dalszego życia? Nie ma nikogo na kim mogłyby się wesprzeć.

Te trzy kobiety stanęły bezradnie rozkładając swoje ręce.
Noemi ubrała to w takie słowa: 1:21 - bogata wyszłam, a Pan zgotował mi powrót w niedostatku...

Pytanie „Dlaczego?”

Napotkanie problemów w naszym życiu automatycznie budzi w nas pytanie o powody za nimi się kryjące. To nie jest złe pytanie. Nie bójmy się go zadawać. Należy je jedynie zadawać z dużą pokorą - niezależnie do kogo je kierujemy.

Właściwa ocena sytuacji, włącznie z refleksją i oceną samych siebie, jest dobrą rzeczą i jeżeli dzieje się to w zdrowy sposób, pomoże nam rozsądnie ocenić przyczyny oraz naszą rolę w tym, co dzieje się w naszym życiu. Nie należy w tym jednak przesadzać, ani też pozwalać innym, aby według swego „duchowego oglądu” (w cudzysłowie) oceniali naszą sytuację. Bo mogą oni się mylić, a może okazać się, że jeszcze bardziej nas skrzywdzą.

Księga Rut nie mówi nam nic o tym, czy Noemi pytała kiedykolwiek siebie (lub Boga) - czym sobie zasłużyła na taki los. Niektórzy, ci bardziej duchowi, doszukują się winy tego małżeństwa w opuszczeniu swojego narodu i przyłączeniu się do innego ludu. Ale Słowo Boże nie wypowiada się na ten temat.

Niestety, zawsze, gdy spotyka nas niespodziewane przykre doświadczenie, mamy pokusę poszukiwać w tym własnej winy i oskarżamy się. A jeśli my tego nie robimy, znajdą się ludzie, co najlepiej wiedzą, jaki nasz grzech jest przyczyną naszych niepowodzeń. Czasem nam, stojącym zewnątrz, wydaje się, że musimy potrafić wyjaśnić i dać właściwą odpowiedź na pytanie naszego cierpiącego przyjaciela: „Dlaczego?”. Ale tak naprawdę, to powinniśmy zrozumieć, że milczenie i otoczenie ramieniem drugiej osoby jest większym błogosławieństwem, niż szybki i nieprzemyślany osąd sytuacji. Przypomnijmy sobie Hioba i jego przyjaciół, którzy odwiedzili go w jego nieszczęściu. Księga Hiob 2:13 - I siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy, a żaden nie przemówił do niego ani słowa. Widzieli bowiem, że jego ból był bardzo wielki. Niestety, tylko do czasu milczeli, a potem mówili wiele krzywdzących słów i sądów o Hiobie, i wiele nieprawdy na temat samego Boga.

Pozwólcie, że przytoczę tu cytat z książki „Księżycowe dziecko”. Autorką jest Beata Jaskuła-Tuchanowska. Baptystyczna poetka, pisarka, pisze też książki dla dzieci. „Księżycowe dziecko” to opis kilku miesięcy z życia jej niepełnosprawnej córeczki. Beata pisze tak: Ludzie, gdy jakieś nieszczęście dotyka ich, pytają często: „Dlaczego ja?, Dlaczego mnie?”. A ja wiem, że równie tyle samo jestem warta i niewarta jak inni, których spotykają różne nieszczęścia i klęski. Pogodzenie się z wolą Bożą, wiara w jej słuszność, pozwala nam cieszyć się każdym podarowanym dniem... Każdym osiągnięciem i uśmiechem Martynki... Znacznie lepiej jest rozpocząć swoje życie rodzica dziecka niepełnosprawnego od zadania sobie pytania: „Dlaczego nie ja?”. Niż pytanie pełne pretensji do niewiadomo kogo: „Dlaczego ja?”. Wówczas dopiero, gdy w pełni pogodzimy się ze swoją sytuacją będziemy mogli w pełni pokochać swoje dziecko, za to, że jest, zamiast za to, jakie jest.

A co z wiarą i zaufaniem? Znowu zatrzymamy się przy Noemi.

Kiedy nie jest możliwym zidentyfikowanie przyczyny naszego mizernego położenia, wtedy silna potrzeba zrozumienia naszej sytuacji może mieć na nas dwojaki negatywny wpływ:
Ø      może wywołać u nas depresję lub gorycz,
Ø      może mieć niewłaściwy wpływ na nasze widzenie Boga, a w konsekwencji na stan naszej wiary; czasami w naszej bezradności oskarżamy Boga za nasze niepowodzenia i smutki.

Tak postąpiła Noemi:
1:13 - przeciw mnie zwróciła się ręka Pana...
1:20 - Wszechmogący napoił mnie wielką goryczą...
1:21 - Pan zgotował mi powrót w niedostatku...
        - Pan wystąpił przeciwko mnie...
        - Wszechmogący zło mi zgotował...

Czy Noemi nadal ufała Bogu Izraela? Co interesujące, nadal nazywa Go - Panem, Wszechmogącym, nawet w chwilach, gdy oskarża Go, jako sprawcę i autora swoich nieszczęść. Wyznaje, że nadal wierzy w Jego istnienie i suwerenność, ale wydaje się, że utraciła wiarę w Jego dobroć - przynajmniej w stosunku do siebie. Do swoich synowych mówi: 1:8 - niech Pan okaże wam dobroć... Jakby chciała dodać - bo mi nie okazuje, o mnie zapomniał... Jeśli taka jest właśnie nasza postawa, sami stwarzamy dystans pomiędzy nami a Bogiem.

Noemi zaczęła skupiać się na sobie i użalać nad sobą, Wypełniła ją gorycz i złość, szczególnie w stosunku do Boga: 1:13 - wielką gorycz mam w duszy..., że przeciw mnie zwróciła się ręka Pana...

Kiedy ból, przez który przechodzimy przygniata nas, a nasze pytanie „Dlaczego?” nie znajduje satysfakcjonującej odpowiedzi, popadamy stopniowo w coraz większy destruktywny negatywizm. Tak jak stało się z Noemi: 1:20 - nie nazywajcie mnie Noemi, nazywajcie mnie Mara, gdyż Wszechmogący napoił mnie wielką goryczą... Mara - znaczy: gorycz, zgorzknienie; Noemi - znaczy: powab, wdzięk, uroda.

Noemi przestała być powabna, pełna uroku. Stała się nieszczęśliwą, godną politowania kobietą. Gorycz zostawiła piętno na jej twarzy. Takie, że nawet ludzie jej nie poznali: 1:19 - powstało z powodu nich wielkie poruszenie i kobiety mówiły: Czy to jest Noemi?

Noemi jest przykładem osoby, która w trudnych doświadczeniach odwraca się od Boga. Ale jest też inne rozwiązanie


Ukrycie się w Bogu

Jak w obliczu tych nieszczęść zachowała się Rut? Jej reakcja była całkowicie odmienna. Postanowiła towarzyszyć swojej teściowej w drodze do Betlejem i bardzo jasno się określiła: 1:16 - dokąd ty pójdziesz i ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz i ja zamieszkam; lud twój - lud mój; a Bóg twój - Bóg mój... I to było kluczowe w jej decyzji. Później Boaz to zauważył, mówiąc: 2:12 - przyszłaś, aby się schronić pod skrzydłami Pana, Boga Izraelskiego...

Ø      Kiedy nie znamy Boga, bardzo trudno jest nam przyjść do Niego.
Ø      Kiedy znamy Go, jako swojego Pana, Ojca, Przyjaciela - wtedy łatwiej jest nam przynosić przed Niego naszą sytuację i nasze pytanie: „Dlaczego?”.


Psalm 94:19 mówi: Pociechy twoje rozweselają dusze moją w licznych utrapieniach serca mego... Autor nie mówi tu nic, o rozwiązaniu swoich problemów, ani o otrzymaniu odpowiedzi na swoje pytania. On mówi o otrzymaniu pociechy, pomimo licznych utrapień serca.


Filipian 4:7 mówi i obiecuje, że kiedy powierzymy nasze troski Bogu, pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum, strzec będzie serc naszych i myśli naszych... 

Nasze pytania i zmagania mogą zostać uciszone, kiedy schronimy się pod skrzydła Najwyższego. Psalmista Dawid ujmuje to tak: Psalm 131:2 - zaiste uciszyłem się i uspokoiłem mą duszę, jak dziecię odstawione od piersi u swej matki (znacie ten obraz: najedzone, nasycone, słodko śpiące - taką jeszcze niedawno oglądałam moją wnusię); tak we mnie spokojna jest dusza moja.


W naszych życiowych zmaganiach konieczna jest akceptacja stanu rzeczy.

Kiedy zostajemy skonfrontowani z bolesnymi wydarzeniami w naszym życiu, jedno uczucie, myśl jest silnie dominujące - żeby wszystko się odwróciło, aby powróciło do stanu pierwotnego, a nawet, aby było lepiej niż przed tragedią, jaka nas spotkała. Są to oczywiście nierealistyczne oczekiwania.

Kiedy umiera ktoś bliski, albo rodzi się upośledzone dziecko, nic nie jest w stanie tego zmienić. Jedyną opcją jest właściwe znalezienie się w danej sytuacji - rozpoznanie jej oraz zaakceptowanie.

Jeśli nie osiągniemy tego stanu, to tak jak Noemi, zmagając się, pozostaniemy zgorzkniali i zniewoleniKiedy osiągniemy stopień, w którym będziemy w stanie zaakceptować zaistniałą sytuację, to nie tylko pozwoli nam to osiągnąć stan wewnętrznego pokoju, ale też będzie miało wpływ na inne rzeczy. Na przykład będziemy gotowi zauważyć nowe możliwości, jakie są przed nami. Łatwiej nam będzie znosić daną sytuację, odzyskamy utraconą energię i zyskamy nieoczekiwane siły i zachętę  do działania.

Oczywiście, akceptacja jest owocem stopniowej zmiany naszych uczuć i myśli. Akceptacja musi być podyktowana decyzją naszej woli. Naturalną rzeczą w trudnych sytuacjach jest smutek, żal, zmaganie się z niewiarą, gniewem, uruchamianie systemu zaprzeczeń. Ale taki stan nie powinien trwać wiecznie. Akceptując daną sytuację, pozostawimy przeszłość za sobą i wolni zaczniemy posuwać się do przodu. Nawet jeśli czujemy się, jakbyśmy stali z pustymi rękami, to mamy siły, aby je podnieść i otworzyć na nowe rzeczy.

Powróćmy na koniec do Noemi, Orpy i Rut.
Orpa - postanowiła powrócić w swoje rodzinne strony do Moabu. Więcej o jej losach nie czytamy.

Noemi i Rut zostały razem.

Noemi:
Ø      postanowiła wrócić do kraju,
Ø      pełna goryczy i użalania się nad sobą,
Ø      czuła się zmęczona,
Ø      obciążona bólem i rozczarowaniami,
Ø      trudno jej było zaakceptować swój los.

Rut:
Ø      postanowiła towarzyszyć starej, zgorzkniałej kobiecie (podziwiam ją),
Ø      wybrała nowy kierunek, czyniąc wielki krok wiary,
Ø      znalazła wolność,
Ø      chroniąc się pod Bożą opieką, znalazła poczucie bezpieczeństwa,
Ø      miała wystarczająco siły, aby wspierać teściową,
Ø      zaakceptowała swoją sytuację, zyskując tym samym nadzieję na lepszą przyszłość,
Ø      znalazła pokój i świeże siły, nie tylko dla siebie, ale też dla Noemi.

Doświadczanie problemów kieruje nas w dwie różne strony. Tam, gdzie jedni popadają w depresję, inni odnajdują pokój. Tam, gdzie inni oddalają się od Boga, inni wydają się zbliżyć do Niego jeszcze bardziej.
Prawda jest też taka - jeśli znajdziesz swoje miejsce schronienia w Bogu, tak jak Rut przechodząc przez trudności, możesz stać się błogosławieństwem dla innych.


***
Cytat: Bóg pragnie z tobą rozmawiać. Chce cię słuchać. Będzie cierpliwie czekał, aż znajdziesz właściwe słowa. Wolno ci mówić o tym, co myślisz i co czujesz. Możesz płakać i narzekać. Możesz nawet wypowiadać wyrzuty w Jego stronę. Gdy już wszystko wypowiesz, daj też czas Bogu, aby mówił do ciebie. On czyni to z wyczuciem i delikatnością. Mówi mądrze i z wyrozumiałością. Wtedy odczujesz, że wszystko będzie dobrze. Jürgen Werth 



Appendix

W sobotę, 25 października 2008, miałam przywilej usłużyć Słowem Bożym kobietom w Kole. Zaprosiła mnie tam Jagoda Markiewicz, która w ramach służby w Ruchu Nowego Życia zajmuje się służbą kobiecą na terenie Warszawy i Polski. Już od sześciu lat (teraz już dziesięciu) istnieje Forum Kobiet, które - poprzez różnego typu spotkania i na różne sposoby - dociera do polskich kobiet z Ewangelią.
Jagoda poprosiła mnie o powtórzenie tematu, którym dzieliłam się kilka lat temu na spotkaniu „Kobietą być...” w SCh-Puławska. Temat brzmiał „Gdy sprawy źle się mają”. Na przykładzie Rut i Noemi (ks. Rut 1:1-22) omawiałam dwa zupełne odmienne podejścia do pojawiających się w naszym życiu problemów.

Wierzę, że już te dwa przykłady dały moim słuchaczkom wiele do myślenia. Szczególnie poruszyła je postawa Noemi (znaczy: powab, wdzięk, uroda), która kazała się nazywać Marą (znaczy: gorycz, zgorzknienie - mi kojarzy się z nocną marą, koszmarem :-).  Ona najwyraźniej nie radziła sobie z problemami. Nie była w stanie zaakceptować zaistniałej sytuacji, zaufać Bogu i z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Zamiast tego wybrała  uskarżanie się na Boga i szukanie w Nim przyczyny swoich nieszczęść (1:13, 20, 21).

W swoim rozważaniu nie poprzestałam li tylko na omówieniu życia Rut i Noemi. Znam zbyt wiele współczesnych mi „Rut”, których podejście do trudnych (często dramatycznych) sytuacji życiowych stało się dla mnie inspiracją do rozwinięcia mojego tematu. Mówiłam o Joli, o Beacie, o sobie samej i o Agnieszce. Właściwie, to jej walka z chorobą i jej postawa w tym trudnym momencie życia była przeze mnie najszerzej omawiana.

Powiem tylko, że w tym właśnie czułam prowadzenie Bożego Ducha. Bo to nie było reżyserowane - wyciągnięte na potrzebę chwili. Nie. Powtórzony sprzed kilku przykład Agnieszki był ważny dla jednej szczególnej kobiety. Jest nią Dorota, która koordynuje pracę Forum Kobiet w Kole, a od lutego walczy z chorobą. Diagnoza - rak piersi. Dorota ma za sobą operację, radioterapię i chemioterapię. Do tej pory leczona była w Stanach (jej mąż jest obywatelem USA). Do Polski wróciła na kilka dni przed spotkaniem Forum. Jej pragnieniem jest kontynuowanie swojej służby oraz... kontynuowanie leczenia (dalsza chemioterapia) w warunkach Polskich. Cóż za poświęcenie i odwaga!

Opowiadałam o Agnieszce - o tym, że żadna jej wizyta w Centrum Onkologii nie była zmarnowana, że zawsze niosła nadzieję i pociechę napotkanym tam kobietom, że mogła to robić, bo ufała Bogu i godziła się na wszystko, co miał dla niej. Swoim pogodnym obliczem wzbudzała zaufanie. Była wiarygodna. Agnieszka miała też nas, którzy modliliśmy się o nią i otaczając ją ramieniem śpiewaliśmy:
Pan Cię strzeże, Pan Cię strzeże.
Czuwa nad Tobą Bóg, On jest Twoim cieniem.
Czuwa na Tobą Bóg, czuwa nad Tobą Bóg.
Czuwa nad Tobą Bóg, Twój Bóg...

Kiedy na zakończenie spotkania, Dorota zabrała głos, dzieląc się z kobietami tym, co działo się w jej życiu przez ostatnich dziesięć miesięcy, wielokrotnie utożsamiała się z Agnieszką. Powiedziała Nigdy nie byłam Marą...; Zawsze byłam uśmiechnięta, wywołując u ludzi zdziwienie...; Przykład Agnieszki zainspirował mnie. Chcę modlić się i szukać odpowiedzi, jak ja mogę użyć to moje doświadczenie... ; W najgorszych momentach terapii modliłam się słowami z Biblii: „Strzeż mnie Panie, bo w Tobie szukam schronienia”... (Psalm 16:1) Jakie to znamienne - w trudnych chwilach tak bardzo ważne jest wiedzieć to, że Pan czuwa, Pan strzeże. (Potrzebujemy tej świadomości, że skrzydła Najwyższego chronią nas - Rut 2:12.) Agnieszka miała swoją pieśń. Dorota - ulubiony werset.

I jeszcze taka banalna - wydawałoby się - sprawa. Kiedy Dorota zobaczyła mnie w mojej nowej fryzurze, krzyknęła: Ojej, jakie masz krótkie włosy! Takie krótkie jak moje... I zdjęła z głowy chusteczkę, którą ktoś uszył z myślą o kobietach po chemioterapii. I tak już zostanę! - dorzuciła radośnie. 

Zakończę cytatem z mojego rozważania: Doświadczanie problemów kieruje nas w dwie różne strony. Tam, gdzie jedni popadają w depresję, inni odnajdują pokój. Tam, gdzie inni oddalają się od Boga, drudzy wydają się zbliżyć do Niego jeszcze bardziej.
A prawda jest taka - jeśli znajdziesz swoje miejsce schronienia w Bogu, przechodząc przez trudności, możesz stać się błogosławieństwem dla innych (tak jak Rut, Agnieszka, Beata, Dorota...). Dziękuję WAM DZIEWCZYNY!

PS. Po przesłaniu Dorocie tej notki dostałam taką odpowiedź: [...] Dziękuję Bogu za Ciebie, za to, że mogłaś podzielić się Słowem Bożym z kobietami w Kole. Wiemy, że w naszym życiu nic nie dzieje się przypadkiem. Historia Rut i Noemi, Twoje krótkie włosy, pieśń Agnieszki - to wskazówki i rady od Pana dla mnie. [...]


niedziela, 27 lutego 2011

Bukiet chwały


Miłe słowa są jak plaster miodu, słodyczą dla duszy i lekarstwem dla ciała. (Przypowieści Salomona 16:24)  My, Polacy, a może ogólnie Słowianie, mamy duży problem z mówieniem i  przyjmowaniem komplementów. Śmiejemy się z kultury anglosaskiej, gdzie za byle co cię chwalą, klepią po plecach i mówią: „You are doing great job”. Zarzucamy, że jest to sztuczne, nieprawdziwe.
Przyznaję, wolę to, niż jedno zdanie krytyki, po którym, aby się wykurować, trzeba usłyszeć dziesięć zdań zachęty. Tylko od kogo?

Nie umiemy też przyjmować komplementów. Wstydzimy się powiedzieć: „Dziękuję”. Bąkamy coś pod nosem, czerwienimy się. A przyznanie się do tego, że komplement sprawia nam przyjemność i jest zasłużony - O, tego to już za wiele! Cóż za brak pokory!

Ten problem dotyczy wszystkich dziedzin naszego życia. Kościoła też. Dzisiaj nasz pastor dostał za kazanie brawa. Brawa w naszym Kościele są dopuszczalne - tenże sam pastor mówi czasem: „A teraz aplauz dla Boga”. Tym razem chyba miał rację, twierdząc, że nie był to ten właściwy czas. A potem, łagodząc, powiedział anegdotkę: Ktoś pochwalił kaznodzieję za kazanie. Ten w swojej skromności odpowiedział: „To Pan…” . I zaraz usłyszał: „O, gdyby to był Pan, to byłoby znacznie lepiej”.

W tej anegdotce jest jednak wiele prawdy. Otóż, do napisania tego tekstu skłoniło mnie dzisiejsze rozważanie z broszurki „Nasz codzienny chleb”. Wspomniana jest w nim Corrie ten Boom (więcej o niej w załączonej notce biograficznej), której nie szczędzono pochwał za jej bogobojność i służbę. Corrie mówiła, że kiedy wracała do domu, klękała i z wdzięcznością przedstawiała wszystkie usłyszane komplementy Bogu. Nazywała to obdarzaniem Boga „bukietem chwały”.

Dalej w rozważaniu czytamy: Pan udzielił każdemu z nas darów, by wykorzystać je w służbie innym (I Piotra 4:10), „aby we wszystkim był uwielbiony Bóg przez Jezusa Chrystusa. Jego jest chwała i moc na wieki wieków” (w. 11). Nie mamy nic innym do zaoferowania prócz tego, co najpierw otrzymaliśmy od Pana (I Koryntian 4:7), aby cała chwała należała się Jemu.

Aby nauczyć się pokory, moglibyśmy naśladować przykład Corrie. Gdy otrzymujemy komplement za coś, co powiedzieliśmy lub uczyniliśmy (lub napisaliśmy - tak jak ja piszę), dajmy Bogu w prywatnej chwili bukiet chwały, gdyż tylko On na niego zasługuje. (Autorką rozważania jest Anne Cetas)

I jeszcze jeden cytat: Jeśli kiedykolwiek doświadczyłeś ponadnaturalnej przychylności ze strony innych ludzi (moje: komplement, pochwała, docenienie, wdzięczność), to dlatego, że światło Pana promieniało nad tobą. Ludzie mogą nawet nie zdawać sobie sprawy, że to, co widzą w tobie - to Bóg. Gdy coś takiego nam się przytrafia, możemy jedynie oddać Bogu chwałę i dziękczynienie. Joyce Meyer, Boża łaska

***

Notka biograficzna o Corrie ten Boom:

Corrie ten Boom - urodzona w 1892 roku w Haarlem (Holandia), była córką Caspra ten Boom, zegarmistrza. Gdy dorosła wyuczyła się tego samego zawodu, który wykonywał ojciec. Wspólnie ze swoją siostrą poświęcała się pracy wśród „młodzieży specjalnej troski.”
Tak było, aż do momentu zajęcia Holandii przez wojska niemieckie. Wtedy wraz z rodziną zajęła się udzielaniem pomocy prześladowanym Żydom. Rodzinę aresztowano w kwietniu 1944 roku. Ojciec nie przetrzymał więzienia w Scheveningen, gdzie zmarł. Corrie i Betsie znalazły się najpierw w obozie koncentracyjnym w Vught, a następnie zostały przetransportowane do Ravensbruck, gdzie - w stanie krańcowego wyczerpania - zmarła Betsie.
Corrie ten Boom, niespodziewanie, z niewyjaśnionych powodów zwolniono z obozu 28 grudnia 1944 roku. Jej życie uległo zupełnej przemianie. Zaczęła wtedy służbę jako wędrująca ewangelistka, zwiastująca Bożą miłość. Zajęła się niesieniem pomocy ofiarom wojny - zarówno pokrzywdzonym, jak i krzywdzicielom. Głoszenie przebaczenia stało się głównym tematem jej ewangelizacji w Niemczech.
W roku 1953, mając 61 lat, podjęła pracę pisarską, którą traktowała jako przedłużenie służby ewangelizacyjnej. Opublikowała 25 książek. Jedna z nich pt. „Bezpieczna kryjówka”, w której opisuje swoje przeżycia w obozie koncentracyjnym, stała się światowym bestsellerem. W roku 1974 książkę tę sfilmowano, a film oglądało miliony ludzi, m.in. w Niemczech.
Mimo swojego zaawansowanego wieku gorliwie poświęcała się pracy duszpasterskiej. Sztuczny stymulator serca, umożliwiał jej kontynuację służby.
Corrie zmarła w 1983 roku, w dniu swoich 91 urodzin. Odeszła do Tego, którego tak bardzo kochała i któremu poświęciła wszystkie swoje siły.
Zachęcam do przeczytania książki „Bezpieczna kryjówka” i do obejrzenia filmu.
Osobom posługującym się językiem angielskim polecam książkę pt. My years with Corrie” autorstwa Ellen de Kroon Stamps (pielęgniarki Corrie).