sobota, 30 sierpnia 2014

Posklejane życie

Niedawno dowiedziałam się o bardzo ciekawej metodzie ratowania potłuczonej porcelany. Nazywa się ona kintsugi. Jest to tradycyjna japońska metoda regeneracji potłuczonych glinianych lub porcelanowych naczyń, mająca swój początek w XV wieku. 
Polega  ona na sklejeniu kawałków ceramiki przy pomocy spoiwa żywicznego, zmieszanego z drobinkami złota, srebra lub innych metali szlachetnych. W wyniku tych zabiegów powstaje zupełnie nowe, jedyne w swoim rodzaju naczynie, nierzadko bardziej interesujące od oryginału. Można powiedzieć zaczyna ono nowe życie. Nie raz oglądałam zdjęcia tak sklejonej ceramiki, robiło to na mnie wrażenie i podobało mi się, ale w swojej ignorancji myślałam, że złote nitki są elementem ozdobnym i przypadkowym, a nie działaniem ratunkowym.

Od razu przypomniałam sobie, że podobną metodę stosuje moja siostra, która od prawie 30 lat pasjami maluje pisanki. To małe dzieła sztuki, dopracowane, wypieszczone. Traktowane są przez nią z ogromną delikatnością, choć już nieraz zdarzył się jej przykry wypadek, kiedy ukończona pisanka uległa zniszczeniu. Ot, sturlała się i stłukła. Moja siostra ratuje taką pisankę, naklejając zebrane skorupki na świeżo ugotowane jajko, bez ścisłego dopasowywania do siebie ich krawędzi. Efekt jest taki, że pisanka, uratowana dzięki podwójnej skorupce i warstwie kleju, jest mocniejsza, często ciekawsza i piękniejsza niż jej pierwotna wersja.

Te dwa sposoby ratowania czegoś, co ktoś inny po prostu by wyrzucił, jakoś szczególnie kojarzą mi się z życiem wielu ludzi, których przez minione lata mogłam spotkać na swojej drodze. Byli to ludzie uzależnieni, kobiety doświadczające przemocy domowej, dzieci z dysfunkcyjnych rodzin, rozbite małżeństwa, osoby borykające się z problemami zdrowotnymi lub psychicznymi. I dużo bym tu jeszcze mogła wymieniać. Nie powiem, zdarzało mi się też spotykać ludzi szczęśliwych, spełnionych, ale po pewnym czasie okazywało się, że na ich życiu również widnieje jakaś bolesna rysa.

Ogromnym przywilejem było i jest takim ludziom służyć. Widziałam, jak Bóg, najwspanialszy mistrz kintsugi, w cudowny sposób scalał te potłuczone naczynia ludzkich żyć, a wcześniejsze pęknięcia i rysy bolesnych doświadczeń stały się w ich życiu rzeczywistym źródłem nadziei dla innych oraz przemawiającym świadectwem działania Bożego. Nie ukrywam, że i ja niejednokrotnie czułam się jak taka potłuczona skorupa, którą Bóg na nowo skleił.

Pewnie te słowa po kimś powtarzam, ale zwykłam często mówić : „Nie ma w życiu nic piękniejszego, jak oglądać cud zmienionego życia”.  Bo poskładane ze skorup życie, powrót do normalności, uwolnienie z nałogów, zerwanie więzów, scalenie rodziny, zmiana sposobu życia jest cudem. I takich cudów widziałam wiele i wciąż oglądam. I wiem, że są to cuda prawdziwe, realne, nieudawane. Słowo Boże mówi: … jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe (II Kor. 5.17). Z ręką na sercu twierdzę, że tak rzeczywiście jest!









wtorek, 12 sierpnia 2014

Lekki jak ptak...

Dziś lekki, coraz lżejszy jak ptak
do niebieskiego domu jakbyś już go znał
stół już zastawiony jest
i drzwi już tam otwarte są.
Powiedz Wincenty, gdzie idziesz,
co Ciebie ciągnie tam?
Mate.O

***

Kilka dni temu wróciłam z wypoczynku na Roztoczu. Świat bez telewizora i komputera (i głównie Facebooka) okazuje się być o wiele ciekawszy i piękniejszy. Niestety, po powrocie do rzeczywistości, zawsze wskakuje się na dobrze utarte ścieżki :-(.

Zaczęłam od sprawdzenia Facebooka i z przykrością odkryłam, na administrowanej przeze mnie grupie Pokolenie Wiecznie Młodych, smutną informację o śmierci szczególnego człowieka - Wincentego Bryćko. Śmierć kogoś, kto dożył prawie 101 lat nie powinna zapewne nikogo zaskakiwać i ja też zaskoczona nie byłam. Pojawiło się jednak w moim sercu przeogromne poczucie straty i wrażenie, że bez Wincentego Bryćko świat już nigdy nie będzie taki sam.

Powodów do takiego wrażenia mam wiele. Wymienię kilka  najważniejszych:
- osobiste jego poznanie,
- możliwość słuchania jego krótkich, ale pełnych treści, prostych i praktycznych lekcji ze Słowa Bożego i z życia,
- znajomość jego wierszy - z osobistą dedykacją dla „…umiłowanych Pawła i Wali…” ,
- fantastyczny reportaż radiowy z jego udziałem „Szepty dzieciństwa”
- oraz świeżo przeczytana biografia „Gdy na ten świat…” i moje 100 lat.
I jeszcze słowa piosenki napisanej o nim przez jednego z wnuków (Mateusza Otrembę - Mate.O) - „Lekki jak ptak”. (Zacytowana na wstępie.)

Cieszę się, że Wincenty Bryćko zdążył napisać swoją biografię. Jestem pełna podziwu, jak w mistrzowski sposób potrafił zwięźle, na zaledwie 100 stronach formatu A5, zawrzeć swoje bogate i zawiłe losy. Te bolesne i te piękne, ciekawe i zaskakujące. Opowiedział przeróżne historie ze swojego długiego życia. Historię swojej rodziny, swojej pracy, służby pastorskiej i pasji pszczelarskiej.

W moich wspomnieniach zawsze pozostaną te momenty, kiedy, na nasze ostródzkie zjazdy Pokolenia Wiecznie Młodych, przyjeżdżał ten najstarszy okoliczny kierowca swoim - też wiekowym - samochodem, w którego bagażniku stały pełne wiaderka miodu z jego pasieki. Nic dziwnego, że nazwano Wincentego Bryćko „Dziadkiem Miodkiem”.  

Pamiętam też, że zawsze ubogacał nasz pobyt w Ostródzie swoim świadectwem, wierszem czy refleksją ze Słowa Bożego.
Kiedyś (rok 2008) zapytany o receptę na długą i piękną starość, odpowiedział słowami Jezusa: Trwajcie we Mnie, a Ja w was… (Ew. Jana 15:4a). Dodając przy tym komentarz: To jest takie proste i takie do przyjęcia.

Podczas spotkania w 2009 roku, patrząc na nas, powiedział: Bóg jest duchem, a ci, którzy mu cześć oddają, winni Mu ją oddawać w duchu i w prawdzie… (Ew. Jana 4:24). To, że tu jesteście, świadczy o tym, że takimi czcicielami jesteście… .

Innym razem, zapytany przez kogoś z nas: Jak sobie radzisz, Bracie? Odpowiedział: O, lepiej niż Eliasz nad strumykiem. Jemu kruki przynosiły pożywienie, a mi Bóg dał pszczoły i braci, którzy się o mnie troszczą… .

Taki był Wincenty Bryćko.

Szczególnie jednak zapadł mi do serca dzień, kiedy przemawiał do nas w 2012 roku. To brzmiało, jak pożegnanie. I niekoniecznie miało to oznaczać, że czuł nadchodzący koniec, bo Bóg w swojej łaskawości dał mu dożyć do 5 sierpnia 2014 roku. Wtedy słuchałam go w przekonaniu, że on to wie, a my to czujemy, że tu w Ostródzie już nigdy więcej w takim składzie się nie spotkamy. I rzeczywiście tak się stało. 
W swojej książce napisał: Rok 2012 był rokiem przełomowym dla mego życia. Wczesną jesienią poczułem się bardzo źle i zabrano mnie karetką do ostródzkiego szpitala. (…) Osłabienie organizmu sprawiło, że nie mogłem już sam „gospodarować” w mojej ukochanej Liwie, i tak znalazłem się dość niespodziewanie w Kołobrzegu.

To nasze ostatnie spotkanie w Ostródzie w czerwcu 2012 roku opisałam następującymi  słowami: Wzruszającym momentem była pożegnalna mowa brata Wincentego Bryćko. Ten dziewięćdziesięciodziewięcioletni staruszek powiedział nam: „Pora odlatywać”. Mówił to pogodnie i jakby z tęsknotą. W swoim krótkim przesłaniu do nas, trzykrotnie i z naciskiem wypowiedział słowo „Gwarancja”, w kontekście pewności bycia Bożym stworzeniem, posiadania pewności zbawienia i pewności życia wiecznego. Długo będę wspominać tę chwilę. Na pewno dłużej niż przetrwa słoik miodu z pasieki brata Wincentego. Pomoże mi w tym tomik jego poezji i fotografia.

Jestem wdzięczna Bogu, że przez osobę Wincentego Bryćko tak bardzo ubogacił moje życie.  I żałuję, że już go nie ma, bo bez niego świat, nawet mój świat, już nigdy nie będzie taki sam.

***
Piosenka „Lekkki jak ptak” – KLIKNIJ

Reportaż „Szepty dzieciństwa” – KLIKNIJ

Przykład jednego z wystąpień na spotkaniu PWM – KLIKNIJ (źródło Facebook)

Tomik poezji:











Autobiografia:












Najwyższą sztuką życia jest umieć się z wdziękiem zestarzeć. 
William Sommerset Maugham

Jesień życia, jak jesienny las, może być pełna radosnych barw. Tylko przyjmijmy ją jako dar Boga. (autor nieznany)






czwartek, 31 lipca 2014

Kącik dobrej książki

Janet i Geoff Benge, Brat Andrzej – Za żelazną kurtynę, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2011

… Ewangeliczne audycje radiowe doprowadzały go do szaleństwa, podobnie jak chodzenie w każdą niedzielę do kościoła reformowanego. Jego jedynym pocieszeniem było to, że nie musiał siadać z całą rodziną w pierwszej ławce…

Urodzony w 1929 roku, w Sint Pancras - Holandia, Andrew van der Bijl jako nastolatek musiał zmierzyć się z okrucieństwem II wojny światowej. Wrodzona brawura, odwaga i upodobanie do podejmowania ryzyka sprawiły, że zaangażował się w działalność ruchu oporu. Czy zdawał sobie sprawę, że te cechy w przyszłości przysłużą się Bożej sprawie? Chyba nie, w tym czasie chciał trzymać się z dala od Boga.

W 1946 roku zaciągnął się do armii holenderskiej, której zadaniem było stłumienie buntu wśród skolonizowanych narodów na terenie Indii Wschodnich. Kiedy opuszczał dom, matka wcisnęła mu coś w rękę. Poczuł, jak zamiera mu serce. To była osobista Biblia jego mamy. A miał nadzieję, że wyjedzie z domu bez żadnej religijnej literatury.

W dalszej lekturze książki dowiadujemy się, jakie dramatyczne przeżycia i okoliczności spowodowały, że wreszcie sięgnął po Biblię swojej matki. Śledzimy powolny i złożony proces jego nawrócenia. Razem z nim dziwimy się zawiłym etapom przygotowywania go do służby, która stała się jego życiową służbą. Podobnie, jak on zaskoczeni, oczami wyobraźni oglądamy porzucone w ciemnej piwnicy czasopismo, którego treść zmieniła bieg jego życia.
I wreszcie, razem z nim, ‘lądujemy’ za żelazną kurtyną. I to gdzie? - w samej Warszawie! Na festiwalu młodzieży - oczywiście, komunistycznej! Był rok 1955. W każdą z trzech niedziel był w kilku kościołach protestanckich, katolickich i prawosławnych. Rozdał na ulicach setki egzemplarzy „Drogi zbawienia”, rozmawiał o Ewangelii z niezliczonymi ludźmi. (…) Było dla niego jasne, że Bóg chce, żeby przemycał Biblie do krajów komunistycznych i rozdawał je żyjącym w ciężkich warunkach chrześcijanom.

Po wizycie w Warszawie, jego służba ruszyła, jak efekt domina. W tzw. międzyczasie ożenił się i kilkakrotnie został ojcem. A Bóg otworzył przed nim nie tylko żelazną, ale też bambusową kurtynę (w komunistycznych krajach Azji Wschodniej). Otworzył też drzwi do krajów muzułmańskich.
Jego służba sformalizowała się w postaci organizacji misyjnej „Open Doors”. Za rok obchodzić będzie ona 60 lat swojego istnienia.

Drogi Czytelniku, zachęcam Cię - poznaj grozę i błogosławieństwo, jakie były udziałem „brata Andrzeja” w podróżach do Czechosłowacji, Jugosławii, Węgier, Albanii, Związku Radzieckiego i innych… . Zaręczam, przeżyjesz prawdziwą przygodę.


John Piper, Niech się radują narody! – Nadrzędność Boga w misjach, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2010

Już we wstępie do książki John Piper deklaruje: Moją pasją jest widzieć ludzi, kościoły, organizacje misyjne i służby społeczne stające się skoncentrowanymi na Bogu, wywyższającymi Chrystusa, wyposażonymi w moc przez Ducha, nasyconymi Biblią, mobilizującymi do misji, zdobywającymi dusze i dążącymi do sprawiedliwości. Nadrzędność Boga we wszystkim dla radości wszystkich narodów przez Jezusa Chrystusa jest centralnym, kierującym, jednoczącym wszystko zaangażowaniem mojego życia.
Pisze też: Chcę tchnąć jak najwięcej małych iskier gorliwości dla Boga w duszę czytelnika.

Autor pozostaje konsekwentny tej deklaracji od pierwszej do ostatniej strony swojej książki.

John Piper widzi nadrzędność Boga w misjach przez: uwielbienie – celem misji jest rozradowanie narodów wielkością Boga; modlitwę – modlitwa jest otwartym przyznaniem, że bez Chrystusa nic nie możemy zrobić; cierpienie – Chrystus umarł za nas po to, żebyśmy nie musieli umierać z powodu grzechu, nie po to, żebyśmy nie musieli umierać za innych; nadrzędność Chrystusa – Chrystus jest świadomym centrum misji; nadrzędność Boga pośród wszystkich narodów – by misje docierały do każdej grupy narodowościowej ze świadectwem o Chrystusie.
W dużym skrócie można to podsumować tytułem jednego z rozdziałów - wszelkimi działaniami misyjnymi powinna kierować pasja dla nadrzędności Boga i współczucie dla duszy człowieka.

Nie jest to łatwa do czytania książka, wymaga skupienia i wnikliwej analizy toku myślowego autora. Nie jest to też książka, która li tylko ma czytelnika poinformować i przekonać o nadrzędności Boga w misjach. Ta książka jest zaproszeniem do głębszego i osobistego zaangażowania się w sprawę misji, z odczuwaną w sercu, skoncentrowaną na Bogu pasją.

Czy jesteśmy gotowi przyjąć takie wyzwanie?


Neal Pirolo, Jak wspierać misjonarzy?, OM Polska, JACK.PL, Ustroń 2007

Książkę tę otrzymaliśmy (ja i mój mąż) w 2009 roku od pewnej młodej pary, która właśnie wyruszała na dwa lata trwającą misję. W pewnym sensie została nam powierzona nad nimi opieka duchowa.  

Autor książki wymienia sześć dziedzin wsparcia, jakie są niezbędne do tego, aby służba pracownika misyjnego się powiodła. Są to:
- wsparcie moralne – zachęta
- wsparcie logistyczne
- wsparcie finansowe
- wsparcie modlitewne
- wsparcie komunikacyjne – listy, maile
- wsparcie po powrocie

Pamiętam, że bardzo sumiennie podchodziliśmy do powierzonego nam zadania. Dzisiejsza technologia pozwalała nam prawie na co dzień śledzić to, co działo się w życiu naszych misjonarzy. Dużym ułatwieniem był prowadzony przez nich blog i regularnie przysyłane raporty z misji. Po pewnym czasie wpadłam na pomysł, aby te raporty, treść bloga i krążącą pomiędzy nami korespondencję wydrukować. Odpowiednio posortowane i spięte w segregatorze materiały pozwoliły nam na częste ich przeglądanie, czytanie, rozmowy i modlitwę.
Wydaje mi się, że dobrze spełnialiśmy swoją rolę. Niestety, nie znamy opinii drugiej strony. Żałuję, że pewne okoliczności życiowe uniemożliwiły nam spotkanie się z naszymi misjonarzami po ich powrocie do Polski. A pytać przez Facebooka? Tu o głębszych sprawach się nie pogada J.

Uważam, że w dobie, kiedy nasze polskie kościoły wysyłają coraz więcej misjonarzy, ta książka powinna stać się obowiązkową lektura dla każdego członka kościoła. Jest bardzo praktyczna. Zawarte w niej rady są proste, konkretne, sprawdzone. Przytoczone przykłady z życia misjonarzy - te pozytywne i negatywne - doskonale uzupełniają treść książki i pozwalają lepiej zrozumieć ideę wspierania misjonarzy. Z tej książki czytelnik na pewno się dowie, jak należy i jak nie należy postępować.

Nie należy też martwić się tym, że w zasięgu naszego wzroku nie ma żadnego misjonarza. Wystarczy dobrze wczytać się w biuletyn „Idźcie”. Tu znajdziecie misjonarzy, którzy potrzebują wsparcia w każdej z sześciu wymienionych powyżej dziedzin. Czy może być coś prostszego, niż wybranie sobie jednego z nich na swojego misjonarza, o którego będziemy modlić, do którego będziemy pisać listy, którego będziemy zachęcać i o którym nie zapomnimy, kiedy powróci już do domu i nie będzie się mógł odnaleźć w nowej rzeczywistości?
Warto spróbować… .

A ja, zabieram się do napisania listu do pewnej misjonarki, która służy Bogu w Afganistanie i nie jest jej tam lekko.

***

Opracowane za zamówienie redakcji Biuletynu "Idźcie".

***