Nietrudno zauważyć, że w
ostatnich dniach życie chyba wszystkich ludzi kręci się wokół zbliżających się
Świąt. Jak zwykle uwaga większości sku-piona jest na trzech rzeczach: sprzątaniu,
gotowaniu i pre-zentach. Te dwie ostatnie po-zycje wymagają wykonania bardzo konkretnego
wysiłku - zakupów, spędzenia wielu go-dzin pośród półek sklepowych i w kolejkach
do kasy. No i, oczywiście, pieniędzy.
Przyznam szczerze, że od kilku
lat bardzo skromnie podchodzę do tego zakupowego szaleństwa. Przyczyny są
czysto ekonomiczne, nie ideologiczne. Pewnie, gdybym miała inne możliwości,
niewiele bym się różniła od reszty świata. A ponieważ sytuacja w tym roku nie
zmieniła się na lepsze, a wręcz przeciwnie, więc zamiast na liście zakupów,
skupiam się na czymś zgoła innym. Mianowicie, ku zdziwieniu mojego męża, od
kilku dni, jeżdżąc z nim po Warszawie, trzymam w ręku długopis i karteczkę do
notowania. „Spisuję hasła z bilbordów”
- rzuciłam wreszcie pod nosem, notując kolejne zdanie.
I oto, co zanotowałam:
„Wywołaj świąteczną radość.”
„Rozświetl swoje Święta.”
„Święta bogate w uśmiechy.”
„Święta wielkich zakupów.”
„Świąteczny stół obfitości.”
„Święta. Hej prezenty,
prezenty.”
„Wymarzone prezenty.”
„Święta bogate w prezenty.”
„Moc prezentów.”
„Piękno w prezencie.”
„Jedna karta - tysiące
prezentów.”
No właśnie… . Wystarczy jedna
karta. Byle nie pusta…
W miniony czwartek uczestniczyłam
w spotkaniu adwentowym z ludźmi, którzy raczej mają puste karty. Jeśli nie na
minusie. Przybyli, ponieważ spotkania czwartkowe stały się nieodłączną częścią
ich życia (już od kilku lat). Na tych spotkaniach jest im głoszone Słowo Boże,
otrzymują ciepły posiłek, a na odchodne dostają zapas chleba na kilka dni.
To ostatnie spotkanie było
wyjątkowe. Czekała na nich pięknie udekorowana sala, migająca światełkami
choinka, nakryte świątecznymi obrusami stoły, zapalone świeczki i ludzie,
którzy to wszystko przygotowali. I nie tylko to. Były kolędy, była
Bożonarodzeniowa refleksja, były symboliczne prezenty (coś dla duszy i ducha).
Była pyszna zupa grzybowa i kapusta z grzybami. I był chleb. Jego nie mogło
zabraknąć. Nie zabrakło też rodzinnego ciepła i miłości, bo bez nich cała
reszta byłaby jak „miedź dźwięcząca” i jak „cymbał brzmiący”.
Kiedy się rozstawialiśmy,
wiedziałam, że nie pobiegną w następnej kolejności do sklepów. Wystarczyło
porozmawiać z kilkoma osobami, aby dowiedzieć się, z jakimi troskami się borykają,
jakiej biedy doświadczają. Pewnie, niektórzy na własne życzenie, ale w tym momencie
nie mnie ich osądzać. Wiem jedno - te hasła na bilbordach nie są dla nich.
Przypuszczam, że brzemiona codziennego życia tak ich przygniatają, że nawet nie
zauważają tych kuszących nawoływań.
„A czy będzie chleb?” - pytali, kiedy zapowiadaliśmy sobotnie
okolicznościowe przedstawienie.
Pomyślałam sobie: „Jeśli ludzie wokół mnie już całkowicie
zatracili sens i znaczenie obchodzonych Świąt, ograniczając je do obfitego
stołu i fury prezentów, to wolę - zamiast szykować Święta - spędzić kolejny
wieczór z ludźmi, dla których bochenek chleba znaczy więcej niż moc prezentów.”
I nawet, jeśli tylko z powodu
chleba przyjdą na sobotnie przedstawienie, to wierzę, że korzyść jaką z niego
wyniosą będzie miała wymiar wieczny. Tego dla nich pragnę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.