niedziela, 20 stycznia 2013

Podróż po "Pasie Biblijnym"


Kliknij, aby powiększyć.

Kartka z H’Ameryki :-)

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie artykuł Włodka Tasaka pt. „Martin Luther King. Sen, który trwa”, z październikowo-listopadowego numeru „Teraz i zawsze”.

Tak się składa, że kilka lat temu dane mi było być w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie w stanie Alabama. Stan Alabama to rodzinny stan, wspomnianej przez Włodka, Rosy Parks i miejsce działalności Martina Luthera Kinga.
Kiedy przed wyjazdem mówiłam znajomym Amerykanom, że spędzę miesiąc czasu w Dothan, Alabama, pierwszą reakcją był śmiech, a potem komentarz Jeżeli chcesz poznać prawdziwą Amerykę, to jest to właściwe miejsce.

Co takiego szczególnego jest w tych południowo-wschodnich stanach, takich jak Alabama, Georgia, Missisipi, Luizjana i kilku innych?
Są to stany, które objęto jedną wspólną nazwą „Bible Belt” -  Pas Biblijny, z powodu panującego tam konserwatywnego protestantyzmu (głównie baptyzmu). Charakterystyką tego regionu jest (a może raczej był - to wynik moich subiektywnych obserwacji) wysoki poziom religijności mieszkańców w porównaniu z innymi stanami. Określenie wzięło się z silnie akcentowanego przywiązania do literalnego rozumienia Biblii, a stworzył je ok. 1925 roku amerykański dziennikarz, Henry Louis Mencken.

Co ciekawe, te same „biblijne” stany południowe, będące stanami rolniczymi, stały się kilkadziesiąt lat wcześniej zarzewiem wojny domowej, tzw. wojny secesyjnej w latach 1861-1865. Jedną z głównych przyczyn wojny było niewolnictwo (!), któremu sprzeciwiały się stany północne. Gospodarka stanów południowych była jednak mocno uzależniona od pracy przymusowej i na niej opierała swoje funkcjonowanie. Szczególnie ważna była uprawa bawełny, na której swój dobrobyt budowali plantatorzy. Mi dane było widzieć pozostałości po wielkich plantacjach bawełny i wciąż budzące zachwyt domy dawnych plantatorów.

Kolejna niechlubna karta z historii stanów „Pasa Biblijnego” to powstanie, wkrótce po wojnie secesyjnej, „Ku Klux Klanu”, w grudniu 1865 roku, w mieście Pulaski, w stanie Tennessee. Założycielami tej organizacji było sześciu weteranów armii Południa. Początkowo niosła ona pomoc wdowom i sierotom po zabitych żołnierzach Konfederacji. Z czasem KKK przekształcił się w organizację rasistowską, głoszącą wyższość białego człowieka, zwłaszcza anglojęzycznego protestanta. Metodami terroru zwalczano równouprawnienie Murzynów, a także przychylnych im białych ludzi. KKK w praktyce był nietykalny, więc jego ofiary nie miały do kogo zwrócić się o pomoc. 

I tak oto „Pas Biblijny” stał się kolebką rasizmu i dyskryminacji rasowej.

Odwiedziłam stan Alabama 52 lata po autobusowym buncie czarnoskórej szwaczki, Rosy Parks, która nie ustąpiła miejsca białemu człowiekowi,  i  39 lat po zabójstwie Martina Luthera Kinga. Nasi przyjaciele, którzy do Stanów zaprosili mnie i mojego męża z okazji 25 rocznicy naszego ślubu, zabrali nas na wycieczkę do Montgomery, stolicy Alabamy. Celem naszej wizyty w Montgomery było zwiedzenie Muzeum Rosy Parks. Niesamowite miejsce pamięci amerykańskiej segregacji rasowej. W muzeum tym stoi słynny autobus, którym jechała Rosa, a samą bohaterkę, siedzącą na autobusowym fotelu, uwieńczono w brązie. Rosa Parks, która została siłą wyciągnięta z autobusu, aresztowana i ciągana po sądach, po latach została zrehabilitowana i uhonorowana za bohaterstwo. Martin Luther King, poruszony bohaterstwem Rosy, dołączył do bojkotu czarnych Amerykanów z Alabamy (na lotnisku w Atlancie, w stanie Georgia mogłam obejrzeć niewielką ekspozycję na temat jego działalności). Po ponad roku walki odniósł pierwsze zwycięstwo - segregację autobusową w Alabamie uznano za nielegalną. Decyzję tę podjął Sąd Najwyższy. Nam dane było obejrzeć budynek sądu w Montgomery. Sądu, z którego holu (w sierpniu 2003 r.) usunięto 2,5 tonowy, granitowy pomnik z Dziesięciorgiem Przykazań. Spowodowane to zostało dyskusją na temat rozdziału Kościoła od państwa. Dziwny jest ten „Bible Belt”…

Znalazłam się w Alabamie kilkadziesiąt lat po wydarzeniach w Montgomery. Co zobaczyłam?
Znana pod nazwą stan bawełny, Alabama jest raczej stanem orzeszka ziemnego. Połowa zbiorów wszystkich stanów pochodzi z okolic Dothan, stolicy tegoż orzeszka. Właśnie podczas naszej wizyty obchodzono doroczne orzechowe dożynki - Peanut Festival.
Życie toczy się normalnie, dwukolorowo. Czarną siłę roboczą z powodzeniem zastąpiły maszyny rolnicze. Po miesiącu pobytu można jednak zauważyć wyraźną linię podziału i rasowe napięcie. Rasizm wydaje się tu działać w dwie strony. Podział społeczny i ekonomiczny jest zauważalny gołym okiem. Biali mieszkają w pięknych, murowanych, piętrowych domach kolonialnych. Czarni, odizolowani w swoich dzielnicach, zamieszkują parterowe drewniane domki, z rozpadającym się gankiem i zdezelowanym bujanym krzesłem (rocking chairs). Bo cóż można innego robić, nie mając pracy? - bujać się.  Kościoły są też raczej podzielone rasowo bądź narodowościowo. W „czarnym kościele” można zobaczyć czasem niewielki procent białych. I odwrotnie.
Obserwując ludzi na ulicy, czy wykonujących różne zawody, wyraźnie czułam, że żyją  tu ludzie „równi i równiejsi”. Wizyta w dwóch więzieniach (tym razem był to stan Floryda), gdzie mój mąż miał możliwość służyć Słowem Bożym i świadectwem, była dla mnie na to dowodem. Przeważająca liczba więźniów to czarnoskórzy.

Jakoś tak mało powodów do zachwytu i radości.

Miły akcent, który tchnął nadzieją, że są wyjątki, to słynne alabamskie murale, których w Dothan jest pełno. Najbardziej charakterystyczny z nich to mural poświęcony czarnoskórym amerykańskim pilotom z grupy Tuskegee Airmen, walczącym podczas II wojny światowej; a  szczególnie pilotowi i instruktorowi pilotażu Shermanowi Rose (zmarł w Dothan w 2008). Przy okazji polecam film „Red Tales”.
Ciekawy jest również mural w dowód uznania dla przemysłu orzeszka ziemnego. Na muralu widzimy postać czarnoskórego George’a Washingtona Carvera, amerykańskiego nowatora w dziedzinie chemii i rolnictwa, który w 1903 roku rozpoczął badania nad zastosowaniem orzeszka ziemnego. Dzisiaj w mieście Dothan w stanie Alabama stoi posąg Carvera oraz znajduje się muzeum jego imienia, upamiętniające osiągnięcia czarnoskórej ludności stanu Alabama w rozmaitych dziedzinach życia Amerykanów. To ważne, aby o tym nie zapominano.

Przy okazji zacytuję tu, znalezioną w Internecie, inspirująca rozmowę George'a Washingtona Carvera z Bogiem.. Pewnego razu, gdy udał się do lasu na swoją poranną modlitwę - a był on wielkim mężem modlitwy - i modlił się o mądrość. Powiedział: „Kochany Stwórco, powiedz mi, po co został stworzony świat?”. Odpowiedź brzmiała: „Chcesz wiedzieć zbyt wiele, jak na możliwości twojego umysłu. Zapytaj o coś odpowiadającego jego możliwościom”. Wtedy zapytał: „Powiedz mi w takim razie, dlaczego stworzyłeś człowieka?”. Odpowiedź brzmiała: „Maleńki człowieku, nadal pytasz się o zbyt wielkie rzeczy. Zapytaj o coś jeszcze mniejszego”. Pomyślał więc chwilę i zapytał: „Panie, pozwól mi choć zrozumieć, dlaczego stworzyłeś orzeszki ziemne?”. Odpowiedź brzmiała: „Dobre pytanie! To właśnie jest coś odpowiedniego do możliwości twojego umysłu. Ale co konkretnie chcesz wiedzieć?”. „Czy można uzyskać mleko z orzeszków?”Oczywiście - odpowiedział Bóg - mleko i wiele innych potrzebnych rzeczy. Ale do tego musisz dojść już sam…” George, jako człowiek wiary i naukowiec, poszedł do swego laboratorium i zaczął pracę nad czymś, co okazało się zadaniem jego życia. W rezultacie odkrył kilkaset możliwości wykorzystania orzeszków ziemnych, przez co przekształcił rolnictwo amerykańskiego Południa.

***
Pierwotnie w tym momencie chciałam zakończyć swoją opowieść o pobycie w Ameryce, ale zostałam zachęcona, aby dopisać jeszcze coś bardziej optymistycznego, ciepłego, sympatycznego. Oj, chyba proszący mnie o to, nie wiedzieli, co robią :-). Ale postaram się zdyscyplinować.

Miesiąc w obcym kraju to dużo. Wstydzę się przyznać, jakie ilości zdjęć zrobił mój mąż ;-). Fotografowanie to „jego działka”. Ja, już tradycyjnie, zajęłam się pisaniem pamiętnika i robieniem scrapbooka. Właśnie go przeglądam, aby przypomnieć sobie, co ciekawsze przeżycia. A działo się wiele. Po pierwsze poznałam szerokie grono szalenie sympatycznych ludzi, którzy dawali z siebie wszystko, abyśmy, razem z Pawłem, mogli zabrać z tej podróży jak najwięcej wspomnień. Wiele rzeczy było już przygotowanych na nasz przyjazd. Inne „zadziały się” w sposób naturalny.

Byłam na amerykańskim ślubie i weselu, gdzie jadłam gotowane orzeszki ziemne. Dla mnie nowość, dla Amerykanów z Południa - przysmak. Byłam na pogrzebie, podczas którego nie płakano, tylko się śmiano z wyczynów charyzmatycznej starszej pani, która w wieku 98 lat odeszła do Pana.
Widziałam Halloween w amerykańskim wydaniu, a z okazji Święta Dziękczynienia zasiadałam z przyjaciółmi przy stole.
Swoje urodziny obchodziłam w meksykańskiej restauracji i byłam zaskoczona, gdy nagle krem z mojego tortu urodzinowego wylądował mi na nosie. Okazało się, że to taki zwyczaj. Brałam udział w orzechowych dożynkach, podczas tzw. Peanut Festival oraz podziwiałam okolicznościową paradę, łącznie z wyborami Miss Festiwalu (a może Miss orzeszka :-). Wraz z moim mężem podziwiałam stare amerykańskie samochody - poznaliśmy kilku zwariowanych na ich tle kolekcjonerów.

Nasi przyjaciele zadbali o to, abyśmy zobaczyli różne kościoły, poznali ciekawe organizacje chrześcijańskie, wzięli udział w wartościowych przedsięwzięciach charytatywnych. Często byliśmy tylko gośćmi i obserwatorami. Ale zdarzało się nam w różnych miejscach opowiedzieć coś o sobie, o Polsce, o naszej służbie. W domu naszych gospodarzy zorganizowaliśmy „Polski Wieczór”; był bigos i pierogi. Nagraliśmy kilka audycji radiowych i jedną telewizyjną. Największym jednak przeżyciem były odwiedziny w dwóch więzieniach stanowych (jedno z nich o zaostrzonym rygorze). To było przywilejem dać coś od siebie tym ludziom. Wystarczyło świadectwo mojego męża i nasz wspólny śpiew, aby zobaczyć w ich oczach łzy (wzruszenia, oczywiście ;-).

Dużą odmianą był dla nas wypad nad Ocean Atlantycki. Pamiętam tę wyjątkową końcówkę listopada: słoneczna Floryda, ciepła woda w Zatoce Meksykańskiej, biały piasek na plaży, poranne zbieranie muszelek. A w drodze powrotnej dodatkowa atrakcja - miasteczko Seaside. To tutaj kręcony był znany film „The Truman show”. Przez moment poczuliśmy się jak na planie filmowym i podejrzliwie rozglądaliśmy się, sprawdzając czy nikt nas nie obserwuje.

Powinnam jeszcze napisać o jedzeniu. Jedliśmy dużo i brzuszki nam rosły. Nasi przyjaciele byli zawodowymi recenzentami kulinarnymi. Bywaliśmy więc w różnych restauracjach i jadaliśmy różnorodnie. Czasem towarzyszyliśmy im w konkursach gotowania. Pomyśleć, że jadłam nawet aligatora. Natomiast nigdy nie zapomnę, przygotowanej specjalnie dla nas, jednogarnkowej potrawy południowych rolników. W jednym, ostro przyprawionym wywarze przez 1,5 godziny gotowały się stopniowo dodawane rozmaite warzywa, kiełbasy, mięsa, a na koniec krewetki i raki. Te ostatnie, jako wyraz sympatii do mojego męża, dostarczone były aż z Luizjany. Samolotem! On to ma szczęście:-). A może, po prostu zyskaliśmy wspaniałych przyjaciół.

Coś czuję, że powinnam na tym zakończyć, chociaż mogłabym jeszcze dużo opowiadać. Biegnę gotować obiad…

... Kartka z podróży.
To była ciekawa podróż. Nie zobaczyłam Statuy Wolności, nie podziwiałam Kanionu Kolorado, nie bawiłam się w Disneylandzie i nawet nie zahaczyłam o Hollywood, a jednak zobaczyłam taką Amerykę, jaką wcześniej znałam tylko z filmów i jakiej nigdy nie zapomnę.


* Fragmenty tego artykułu wykorzystano w czasopiśmie "Teraz i Zawsze", grudzień 2012.
** Więcej o odwiedzinach w więzieniu na Florydzie tutaj: KLIKNIJ.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.