Kliknij, aby powiększyć.
Kartka z H’Ameryki :-)
Do napisania tego tekstu
zainspirował mnie artykuł Włodka Tasaka pt. „Martin Luther King. Sen, który
trwa”, z październikowo-listopadowego numeru „Teraz i zawsze”.
Tak się składa, że kilka lat temu
dane mi było być w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie w stanie Alabama. Stan Alabama
to rodzinny stan, wspomnianej przez Włodka, Rosy Parks i miejsce działalności Martina
Luthera Kinga.
Kiedy przed wyjazdem mówiłam
znajomym Amerykanom, że spędzę miesiąc czasu w Dothan, Alabama, pierwszą reakcją
był śmiech, a potem komentarz Jeżeli
chcesz poznać prawdziwą Amerykę, to jest to właściwe miejsce.
Co takiego szczególnego jest w
tych południowo-wschodnich stanach, takich jak Alabama, Georgia, Missisipi,
Luizjana i kilku innych?
Są to stany, które objęto jedną
wspólną nazwą „Bible Belt” - Pas Biblijny, z powodu panującego tam
konserwatywnego protestantyzmu (głównie baptyzmu). Charakterystyką tego regionu
jest (a może raczej był - to wynik moich subiektywnych obserwacji) wysoki
poziom religijności mieszkańców w porównaniu z innymi stanami. Określenie
wzięło się z silnie akcentowanego przywiązania do literalnego rozumienia
Biblii, a stworzył je ok. 1925 roku amerykański dziennikarz, Henry Louis
Mencken.
Co ciekawe, te same „biblijne” stany
południowe, będące stanami rolniczymi, stały się kilkadziesiąt lat wcześniej zarzewiem
wojny domowej, tzw. wojny secesyjnej w latach 1861-1865. Jedną z głównych przyczyn wojny było
niewolnictwo (!), któremu sprzeciwiały się stany północne. Gospodarka stanów południowych była jednak
mocno uzależniona od pracy przymusowej i na niej opierała swoje funkcjonowanie.
Szczególnie ważna była uprawa bawełny, na której swój
dobrobyt budowali plantatorzy. Mi dane było widzieć pozostałości po wielkich plantacjach
bawełny i wciąż budzące zachwyt domy dawnych plantatorów.
Kolejna niechlubna karta z historii stanów „Pasa Biblijnego”
to powstanie, wkrótce po wojnie secesyjnej, „Ku Klux Klanu”, w
grudniu 1865 roku, w mieście Pulaski, w stanie Tennessee. Założycielami
tej organizacji było sześciu weteranów armii Południa. Początkowo niosła ona pomoc
wdowom i sierotom po zabitych żołnierzach Konfederacji. Z czasem KKK
przekształcił się w organizację rasistowską, głoszącą wyższość białego
człowieka, zwłaszcza anglojęzycznego protestanta. Metodami terroru
zwalczano równouprawnienie Murzynów, a także przychylnych im białych ludzi. KKK
w praktyce był nietykalny, więc jego ofiary nie miały do kogo zwrócić się o
pomoc.
I tak oto „Pas Biblijny” stał się kolebką rasizmu i
dyskryminacji rasowej.
Odwiedziłam stan Alabama 52 lata po autobusowym buncie czarnoskórej
szwaczki, Rosy Parks, która nie ustąpiła miejsca białemu człowiekowi, i 39
lat po zabójstwie Martina Luthera Kinga. Nasi przyjaciele, którzy do Stanów
zaprosili mnie i mojego męża z okazji 25 rocznicy naszego ślubu, zabrali nas na
wycieczkę do Montgomery, stolicy Alabamy. Celem naszej wizyty w Montgomery było
zwiedzenie Muzeum Rosy Parks. Niesamowite miejsce pamięci amerykańskiej segregacji
rasowej. W muzeum tym stoi słynny autobus, którym jechała Rosa, a samą bohaterkę,
siedzącą na autobusowym fotelu, uwieńczono w brązie. Rosa Parks, która została
siłą wyciągnięta z autobusu, aresztowana i ciągana po sądach, po latach została
zrehabilitowana i uhonorowana za bohaterstwo. Martin Luther King, poruszony
bohaterstwem Rosy, dołączył do bojkotu czarnych Amerykanów z Alabamy (na
lotnisku w Atlancie, w stanie Georgia mogłam obejrzeć niewielką ekspozycję na
temat jego działalności). Po ponad roku walki odniósł pierwsze zwycięstwo -
segregację autobusową w Alabamie uznano za nielegalną. Decyzję tę podjął Sąd
Najwyższy. Nam dane było obejrzeć budynek sądu w Montgomery. Sądu, z którego
holu (w sierpniu 2003 r.) usunięto 2,5
tonowy, granitowy pomnik z Dziesięciorgiem Przykazań. Spowodowane to zostało
dyskusją na temat rozdziału Kościoła od państwa. Dziwny jest ten „Bible Belt”…
Znalazłam się w Alabamie
kilkadziesiąt lat po wydarzeniach w Montgomery. Co zobaczyłam?
Znana pod nazwą stan bawełny, Alabama jest raczej stanem orzeszka ziemnego. Połowa zbiorów
wszystkich stanów pochodzi z okolic Dothan, stolicy tegoż orzeszka. Właśnie
podczas naszej wizyty obchodzono doroczne orzechowe dożynki - Peanut Festival.
Życie toczy się normalnie,
dwukolorowo. Czarną siłę roboczą z powodzeniem zastąpiły maszyny rolnicze. Po
miesiącu pobytu można jednak zauważyć wyraźną linię podziału i rasowe napięcie.
Rasizm wydaje się tu działać w dwie strony. Podział społeczny i ekonomiczny
jest zauważalny gołym okiem. Biali mieszkają w pięknych, murowanych, piętrowych
domach kolonialnych. Czarni, odizolowani w swoich dzielnicach, zamieszkują
parterowe drewniane domki, z rozpadającym się gankiem i zdezelowanym bujanym
krzesłem (rocking chairs). Bo cóż można innego robić, nie mając pracy? - bujać
się. Kościoły są też raczej podzielone rasowo
bądź narodowościowo. W „czarnym kościele” można zobaczyć czasem niewielki procent
białych. I odwrotnie.
Obserwując ludzi na ulicy, czy
wykonujących różne zawody, wyraźnie czułam, że żyją tu ludzie „równi i równiejsi”. Wizyta w dwóch
więzieniach (tym razem był to stan Floryda), gdzie mój mąż miał możliwość
służyć Słowem Bożym i świadectwem, była dla mnie na to dowodem. Przeważająca
liczba więźniów to czarnoskórzy.
Jakoś tak mało powodów do zachwytu
i radości.
Miły akcent, który tchnął nadzieją,
że są wyjątki, to słynne alabamskie murale, których w Dothan jest pełno.
Najbardziej charakterystyczny z nich to mural poświęcony czarnoskórym
amerykańskim pilotom z grupy Tuskegee
Airmen, walczącym podczas II wojny światowej; a szczególnie pilotowi i instruktorowi pilotażu
Shermanowi Rose (zmarł w Dothan w 2008). Przy okazji polecam film „Red Tales”.
Ciekawy jest również mural w dowód
uznania dla przemysłu orzeszka ziemnego. Na muralu widzimy postać czarnoskórego
George’a Washingtona Carvera, amerykańskiego nowatora w dziedzinie chemii
i rolnictwa, który w 1903 roku rozpoczął badania nad zastosowaniem orzeszka
ziemnego. Dzisiaj w mieście Dothan w stanie Alabama stoi posąg Carvera
oraz znajduje się muzeum jego imienia, upamiętniające osiągnięcia czarnoskórej
ludności stanu Alabama w rozmaitych dziedzinach życia Amerykanów. To ważne, aby
o tym nie zapominano.
Przy okazji zacytuję tu, znalezioną
w Internecie, inspirująca rozmowę George'a Washingtona Carvera z Bogiem.. Pewnego
razu, gdy udał się do lasu na swoją poranną modlitwę - a był on wielkim mężem
modlitwy - i modlił się o mądrość. Powiedział: „Kochany Stwórco, powiedz mi, po co został stworzony świat?”.
Odpowiedź brzmiała: „Chcesz wiedzieć zbyt
wiele, jak na możliwości twojego umysłu. Zapytaj o coś odpowiadającego jego
możliwościom”. Wtedy zapytał: „Powiedz
mi w takim razie, dlaczego stworzyłeś człowieka?”. Odpowiedź brzmiała: „Maleńki człowieku, nadal pytasz się o zbyt
wielkie rzeczy. Zapytaj o coś jeszcze mniejszego”. Pomyślał więc chwilę i
zapytał: „Panie, pozwól mi choć
zrozumieć, dlaczego stworzyłeś orzeszki ziemne?”. Odpowiedź brzmiała: „Dobre pytanie! To właśnie jest coś odpowiedniego
do możliwości twojego umysłu. Ale co konkretnie chcesz wiedzieć?”. „Czy można uzyskać mleko z orzeszków?” „Oczywiście - odpowiedział Bóg - mleko i wiele innych potrzebnych rzeczy. Ale
do tego musisz dojść już sam…” George, jako człowiek wiary i naukowiec, poszedł
do swego laboratorium i zaczął pracę nad czymś, co okazało się zadaniem jego
życia. W rezultacie odkrył kilkaset możliwości wykorzystania orzeszków
ziemnych, przez co przekształcił rolnictwo amerykańskiego Południa.
***
Pierwotnie w tym momencie chciałam
zakończyć swoją opowieść o pobycie w Ameryce, ale zostałam zachęcona, aby
dopisać jeszcze coś bardziej optymistycznego, ciepłego, sympatycznego. Oj,
chyba proszący mnie o to, nie wiedzieli, co robią :-). Ale postaram się
zdyscyplinować.
Miesiąc w obcym kraju to dużo.
Wstydzę się przyznać, jakie ilości zdjęć zrobił mój mąż ;-). Fotografowanie to „jego
działka”. Ja, już tradycyjnie, zajęłam się pisaniem pamiętnika i robieniem
scrapbooka. Właśnie go przeglądam, aby przypomnieć sobie, co ciekawsze przeżycia.
A działo się wiele. Po pierwsze poznałam szerokie grono szalenie sympatycznych
ludzi, którzy dawali z siebie wszystko, abyśmy, razem z Pawłem, mogli zabrać z
tej podróży jak najwięcej wspomnień. Wiele rzeczy było już przygotowanych na
nasz przyjazd. Inne „zadziały się” w sposób naturalny.
Byłam na amerykańskim ślubie i
weselu, gdzie jadłam gotowane orzeszki ziemne. Dla mnie nowość, dla Amerykanów
z Południa - przysmak. Byłam na pogrzebie, podczas którego nie płakano, tylko
się śmiano z wyczynów charyzmatycznej starszej pani, która w wieku 98 lat odeszła
do Pana.
Widziałam Halloween w amerykańskim
wydaniu, a z okazji Święta Dziękczynienia zasiadałam z przyjaciółmi przy stole.
Swoje urodziny obchodziłam w
meksykańskiej restauracji i byłam zaskoczona, gdy nagle krem z mojego tortu
urodzinowego wylądował mi na nosie. Okazało się, że to taki zwyczaj. Brałam
udział w orzechowych dożynkach, podczas tzw. Peanut Festival oraz podziwiałam
okolicznościową paradę, łącznie z wyborami Miss Festiwalu (a może Miss orzeszka
:-). Wraz z moim mężem podziwiałam stare amerykańskie samochody - poznaliśmy
kilku zwariowanych na ich tle kolekcjonerów.
Nasi przyjaciele zadbali o to,
abyśmy zobaczyli różne kościoły, poznali ciekawe organizacje chrześcijańskie,
wzięli udział w wartościowych przedsięwzięciach charytatywnych. Często byliśmy
tylko gośćmi i obserwatorami. Ale zdarzało się nam w różnych miejscach opowiedzieć
coś o sobie, o Polsce, o naszej służbie. W domu naszych gospodarzy
zorganizowaliśmy „Polski Wieczór”; był bigos i pierogi. Nagraliśmy kilka
audycji radiowych i jedną telewizyjną. Największym jednak przeżyciem były
odwiedziny w dwóch więzieniach stanowych (jedno z nich o zaostrzonym rygorze).
To było przywilejem dać coś od siebie tym ludziom. Wystarczyło świadectwo
mojego męża i nasz wspólny śpiew, aby zobaczyć w ich oczach łzy (wzruszenia,
oczywiście ;-).
Dużą odmianą był dla nas wypad nad
Ocean Atlantycki. Pamiętam tę wyjątkową końcówkę listopada: słoneczna Floryda,
ciepła woda w Zatoce Meksykańskiej, biały piasek na plaży, poranne zbieranie
muszelek. A w drodze powrotnej dodatkowa atrakcja - miasteczko Seaside. To
tutaj kręcony był znany film „The Truman show”. Przez moment poczuliśmy się jak
na planie filmowym i podejrzliwie rozglądaliśmy się, sprawdzając czy nikt nas
nie obserwuje.
Powinnam jeszcze napisać o
jedzeniu. Jedliśmy dużo i brzuszki nam rosły. Nasi przyjaciele byli zawodowymi recenzentami
kulinarnymi. Bywaliśmy więc w różnych restauracjach i jadaliśmy różnorodnie. Czasem
towarzyszyliśmy im w konkursach gotowania. Pomyśleć, że jadłam nawet aligatora.
Natomiast nigdy nie zapomnę, przygotowanej specjalnie dla nas, jednogarnkowej
potrawy południowych rolników. W jednym, ostro przyprawionym wywarze przez 1,5
godziny gotowały się stopniowo dodawane rozmaite warzywa, kiełbasy, mięsa, a na
koniec krewetki i raki. Te ostatnie, jako wyraz sympatii do mojego męża, dostarczone
były aż z Luizjany. Samolotem! On to ma szczęście:-). A może, po prostu
zyskaliśmy wspaniałych przyjaciół.
Coś czuję, że powinnam na tym
zakończyć, chociaż mogłabym jeszcze dużo opowiadać. Biegnę gotować obiad…
... Kartka z podróży.
To była ciekawa podróż. Nie
zobaczyłam Statuy Wolności, nie podziwiałam Kanionu Kolorado, nie bawiłam się w
Disneylandzie i nawet nie zahaczyłam o Hollywood, a jednak zobaczyłam taką
Amerykę, jaką wcześniej znałam tylko z filmów i jakiej nigdy nie zapomnę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.