Kiedy myślę o Johnie Wesley’u
kilka rzeczy automatycznie przychodzi mi na myśl. Pierwsza to jego słowa: Czyń wszelkie możliwe dobro, za wszelką
cenę, na wszelkie możliwe sposoby, we wszystkich możliwych miejscach, w każdym
możliwym czasie, wobec wszystkich ludzi, tak długo, jak to tylko możliwe. Drugą
rzeczą jest metodyzm, ruch religijny, którego był współtwórcą i przywódcą.
Trzecia rzecz to moje wyobrażenie o mężczyźnie na koniu, przemierzającym Wielką
Brytanię i głoszącym Ewangelię (nawet jedno z miejsc takich nabożeństw pod
chmurką widziałam), przyczyniając się do duchowego przebudzenia. Czwarta rzecz,
to jego pieśni religijne (chociaż to brat Johna, Charles, napisał ich więcej).
Proponowana tu książka w bardzo
uporządkowany sposób systematyzuje moją wiedzę na temat tego męża Bożego. I
chociaż to nie jedyna książka o Wesley’u, jaką posiadam w swoim księgozbiorze,
to właśnie ją czytało mi się z dużą przyjemnością. Może dlatego, że już przyzwyczaiłam
się już do stylu i formuły autorów. Z zainteresowaniem więc śledziłam jego
losy, począwszy od dzieciństwa, poprzez młodzieńcze poszukiwanie sensu życia,
misyjną porażkę wśród amerykańskich Indian, po prawdziwe nawrócenie i wreszcie
oddaną i wieloletnią służbę, aż po zgon. W książce czytamy: Odszedł, jak przystało na metodystę: bez
skarg, bez narzekania na ból, jedynie w radosnym oczekiwaniu na spotkanie ze
swoim wiecznym Zbawicielem.
John Wesley żył w latach 1703-1791.
Podaje się, że przejechał konno czterysta tysięcy kilometrów (w Anglii,
Irlandii i Walii). Wygłosił podczas tych wędrówek czterdzieści tysięcy kazań.
Sam zwykł mówić: „Moją parafią jest świat…” i chociaż nie miał na swoim koncie
zbyt wielu podróży, to cały dzisiejszy chrześcijański świat może korzystać z
jego duchowej spuścizny.
Janet
i Geoff Benge, Mary Slessor – Odważnie do Calabaru,
Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2010
Była błękitnooką, rudowłosą
Szkotką. Jej codzienność wypełniała ciężka praca w przędzalni i czytanie
książek. Szczególnie tych o misjach. Zainspirowana osobą Davida Livingstone’a,
postanowiła dokonać w swoim życiu diametralnej zmiany. Jedyną opcją był wyjazd
na misję. Mając 28 lat, na miejsce swojej służby wybrała Calabar (Nigeria).
Przez kolejne trzydzieści dziewięć lat życia głosiła Ewangelię pośród różnych
plemion afrykańskich. Złych, zdradzieckich i niebezpiecznych.
Służyła lecząc chorych, ratując
życie bliźniętom skazywanym na śmierć z powodu tego, że rodziły się bliźniętami.
Negocjowała warunki pokoju pomiędzy walczącymi plemionami. Sprzeciwiała się
złemu traktowaniu kobiet i niewolników. Uczyła ludzi czytać i pisać. Dokądkolwiek
szła, zawsze śpiewała i mówiła o pokoju.
Afrykanie nazwali ją Eka Kpukpro Owo: Matka Nas Wszystkich.
Kiedy zmarła, w jej pogrzebie
wzięła udział ludność z trzech regionów plemiennych Calabaru. Kiedyś sobie
wrodzy i nienawidzący siebie nawzajem, teraz zjednoczeni w Chrystusie i
zasmuceni utratą swojej Białej Mamy.
Niezwykle inspirująca była to postać.
Samotna biała kobieta, bez broni i bez eskorty, która chodziła boso, nosiła
prostą suknię i nie zakładała kapelusza. Warto poznać jej historię.
Żyła w latach 1848-1915.
Frank
i Marie Drown, Misja wśród łowców głów – Jak Boże przebaczenie przemieniło
plemiennych wrogów, Pojednanie, Lublin 2011
Frank i Marie Drown byli
misjonarzami w Ekwadorze. Spędzili tam trzydzieści siedem lat, głosząc
Ewangelię dwu wrogim plemionom: Szuarom i Atszuarom.
Wyjechali na misję, kierowani
radą: Wyjeżdżając na pole misyjne każdy z
was musi zabrać ze sobą czterech ludzi: człowieka duchowego, intelektualnego,
społecznego i fizycznego. … Musicie cieszyć się doskonałym zdrowiem fizycznym;
poświęconą Bogu praktyczną inteligencją; zdolnością do nawiązywania głębokich
przyjaźni…; i musicie zbudować silne życie duchowe… .
Kiedy czytałam tę książkę, wciąż
przypominałam sobie tych kilka ważnych zdań i ciągle na nowo odkrywałam, że
sprawdzają się one doskonale w życiu tej pary misjonarzy i pozostałych towarzyszących
im osób.
Ta książka to niesamowity zapis
bardzo trudnej i niebezpiecznej, ale też pięknej i owocnej służby. Jej efekty mnie
powalały. Już dawno nie czytałam opisu takiego głodu duchowego i otwartości na ‘głoszone słowa Boga’. Stawanie się ‘tikishmamtaicawaru’ - kimś, kto zgina swoje kolano, to znaczy klęka i
modli się codziennie do Boga jest poruszające. Przyznaję, od tej książki trudno
jest się oderwać.
Zdałam sobie, przy okazji, sprawę,
że misjonarz musi być wszystkim po trochę. Ewangelistą, kaznodzieją, zwykłym
nauczycielem, lekarzem, rolnikiem, po trosze inżynierem, stolarzem, murarzem i dużo
by tu jeszcze wymieniać. W cywilizowanych warunkach jest to zadanie dla
supermena. A w dzikiej dżungli, warunkach zagrożenia zdrowia i życia? Tylko z Bogiem
jest to możliwe.
O tym, jak to się dobywało w
tandemie Bóg i Frank Drown, musicie przeczytać sami.
Jedyne, czego mi brakowało w tej
książce, to zdjęć. Zamieszczone są tylko zdjęcia współczesne (z roku 2010), z
uroczystości dedykacji Biblii w języku Szuarów. Tu, chwała Bogu i lingwistom
oraz tłumaczom za to wspaniałe dzieło.
***
Mam nadzieję, że zachęciłam Was
do sięgnięcia po kolejną porcję książek misyjnych. Życzę inspirującej lektury,
a ja tym czasem przygotuję dla Was nowe propozycje.
PISANE NA ZAMÓWIENIE BIULETYNU "IDŹCIE"



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.