Kreta – wymarzone miejsce na urlop.
To był prezent od naszych dzieci.
Syna i synowej. Zaplanowali dla nas egzotyczny wyjazd, do wybranego przez nas
miejsca, już rok wcześniej. Niestety, poważna choroba mojego męża (podwójny
udar: krwotoczny i niedokrwienny) pokrzyżowała im plany. W tym roku, widząc
doskonały stan jego zdrowia, ponowili propozycję.
Ja przyjęłam ją „z pewną dozą
nieśmiałości”, a Paweł… Przy pierwszej nadarzającej się okazji kupił sobie
sprzęt do nurkowania (a raczej do snorkelingu). Miałam wątpliwości, czy go w
ogóle zabierze (zajął prawie pół walizki :-) i wykorzysta. Wykorzystał, chociaż
wody, w których nurkował, nie powalały jakimiś szczególnymi gatunkami flory i
fauny, ale przyjemność z nurkowania była.
Za cel naszej podróży wybraliśmy
Kretę. Wciąż mając na uwadze stan zdrowia Pawła, postanowiliśmy wyjechać pod
koniec sezonu wakacyjnego. Tak więc, kiedy wokół nas wszyscy ludzie wracali do pracy,
my wyjeżdżaliśmy na upragniony urlop. To sama przyjemność spędzać przełom
września i października (2011r.) w ciepłym kraju.
Okazało się, że kiedy decyzja
wyboru miejsca była stosunkowo łatwa, to wybranie hotelu nastręczyło nam wiele
trudności. Mieliśmy pewne wyobrażenia i założenia. Chcieliśmy znaleźć miejsce,
które będzie w wyglądzie bardzo greckie - białe domki, niebieskie okna i
drzwi. Drugi ważny czynnik to opinie o kuchni. Wreszcie udało nam się znaleźć
to, czego szukaliśmy. I nie zawiedliśmy się. A jeżeli były jakieś
niedociągnięcia, to na szczęście jesteśmy tego typu ludźmi, dla których ‘szklanka
jest zawsze do połowy pełna’.
Zwykle bardzo czynnie spędzamy
nasze wakacje. I tym razem nie miało być inaczej. W mapy i przewodniki
zaopatrzyliśmy się już na długo przed wyjazdem. Wsiadając do samolotu wiedzieliśmy,
co chcemy zobaczyć i jak zamierzamy spędzić najbliższe dwa tygodnie. Oczywiście,
leżenie przy basenie, w pobliżu barku z napojami i przekąskami, jest wielce
przyjemne i kuszące. Postanowiliśmy jednak wypośrodkować czas tak, aby
poleniuchować sobie, poleżeć i poopalać się, a też zobaczyć tyle z Krety, ile
tylko będzie możliwe.
A możliwe było na wiele różnych
sposobów. Spacery, spacery, spacery… Po urokliwych zakątkach i wioseczkach. Już
dawno zapomniałam, że mogę tyle chodzić :-). Przejazdy lokalnymi autobusami.
Kreteńczycy mają świetnie rozwinięty transport publiczny. Rejs super jetem. I
wreszcie, na trzy dni wynajęliśmy sobie samochód. Wrażeń każdego dnia mieliśmy
ogrom. Paweł robił niezliczone ilości zdjęć, które każdego wieczora zgrywał na
laptopa, poddając je dodatkowej obróbce. A ja na bieżąco pisałam pamiętnik i
robiłam scrapbooka. Zresztą, z takim zamiarem zabrałam ze sobą zeszyt, nożyczki
i odpowiedni zapas kleju. Wykonanie tej pracy po powrocie do domu byłoby nie
możliwe. Za dużo przeżyć i wrażeń, aby to spamiętać.
Kreta zauroczyła nas swoim
pięknem. Poszarpanymi, kamiennymi brzegami nadmorskimi i zmiennymi odcieniami
koloru morza. Górami z masywnymi, skalistymi szczytami. Oliwnymi gajami.
Egzotycznymi kwiatami i drzewami owocowymi. Urokliwymi miasteczkami i wioseczkami,
gdzie życie leniwie toczyło się przy przydrożnych tawernach i kafejkach. Przyjaznymi
ludźmi. I tą, wydawać by się mogło, pocztówkową kolorystyką zabudowań. Nieskazitelnie
białymi ścianami domów, skontrastowanymi niebieskimi framugami okien i drzwi. A
to wszystko, wymieszawszy z pyszną i zdrową kuchnią kreteńską, sprowadziło się
do jednego stwierdzenia. Kreta na urlop jest wspaniała!
W ciągu trzech intensywnych dni,
spędzonych w samochodzie, udało nam się zobaczyć całe północne wybrzeże Krety.
Raz pojechaliśmy daleko na zachód, na Elafonisi, iście karaibską plażę z różowym piaskiem i zieloną wodą. Po drodze zwiedzając Hanię, piękne portowe miasto z
bogatą rzymsko-wenecko-turecko-niemiecką historią.
Kolejnym razem zapuściliśmy się
daleko na wschód na plażę Vai. Porośniętą ogromnymi, starymi palmami.
Jechaliśmy do niej poprzez płaskowyż Lassithi, słynny z setek wiatraków i
groty Zeusa. Ot, przyszedł nam do głowy taki właśnie plan podróży, kiedy
zobaczyliśmy, że mamy do pokonania w sumie około 160 kilometrów. A jednak… Ta
wycieczka, chociaż piękna, była dla nas ważną lekcją. Sto sześćdziesiąt
kilometrów, w górzystym kraju, przemnożyć trzeba przynajmniej przez dwa. Ale
warto było. Widoki nie do opisania ludzkim językiem, chociaż przewodniki radzą
sobie z tym nieźle.
Dla zrównoważenia trzecia samochodowa
wycieczka była krótka. Zawiodła nas na południe Krety. Na kolejną plażę. Bo za
każdym razem plan był jeden - jedziemy, po drodze oglądamy i podziwiamy, potem
się zatrzymujemy, kąpiemy, opalamy, zjadamy piknik i wracamy… Wiecie, że droga
powrotna wygląda zupełnie inaczej, zmienia się perspektywa. Więc podróż
przebiega podobnie: jedziemy, oglądamy, podziwiamy, docieramy do hotelu i
zjadamy pyszną kolację. Resztę wieczoru spędzając na hotelowym tarasie,
popijając colę z ouzo. Sami lub z gronem zaprzyjaźnionych Polaków. Acha, ta trzecia
plaża była w miasteczku Matala. Dawno, dawno temu wapienne groty, otaczające tę
piękną plażę, zamieszkiwali hippisi z całego świata. Niektórzy hippisi-emeryci
jeszcze teraz tam wracają :-).
Niewątpliwym szczytem naszych
turystycznych uniesień była wycieczka na wyspę Santorini, powstałą w wyniku
wybuchu wulkanu. Wieki temu. To, co tam zobaczyliśmy - widoki, ukształtowanie
terenu i charakterystyczna jego zabudowa oraz kolorystyka tych zabudowań -
zrekompensowało trzygodzinną podróż morską (w jedną stronę), z wszelkimi
niedogodnościami choroby morskiej. Kiedyś, oglądając pocztówki czy kalendarze
ze zdjęciami z Santorini, myślałam sobie, że to jest za piękne, aby mogło być
prawdziwe. Tym razem jednak, to wszystko okazało się być prawdą. Szczególnie w
miasteczku Ía. Tak, białe kościółki z niebieskimi dachami oraz domy pomalowane
krzykliwymi, intensywnymi kolorami rzeczywiście istnieją. Oczywiście, jak każda
nasza wycieczka i ta zakończyła się na plaży. Tym razem wulkanicznej, czarnej
jak skała. Kamienistej.
No cóż, wszystko, co dobre szybko
się kończy. Opaleni, wypoczęci, pełni niezapomnianych wrażeń i zaopatrzeni w
zapas oliwy z najlepszych kreteńskich oliwek i innych oliwko-pochodnych
produktów, wróciliśmy do domu. W Polsce przywitała nas złota polska jesień i
deszczowa pogoda.
Ktoś, z poznanych osób,
powiedział nam, że zdjęciami z wakacji leczy zimową depresję. Na szczęście z
nami nie jest aż tak źle, ale chętnie wracamy do zdjęć z Grecji. Jednego tylko mi brakuje, codziennej porcji moich ulubionych zielonych oliwek…
***
Tekst został napisany na zamówienie magazynu "Teraz i Zawsze".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.