wtorek, 12 czerwca 2012

Zbliżają się wakacje!


Kreta – wymarzone miejsce na urlop.

To był prezent od naszych dzieci. Syna i synowej. Zaplanowali dla nas egzotyczny wyjazd, do wybranego przez nas miejsca, już rok wcześniej. Niestety, poważna choroba mojego męża (podwójny udar: krwotoczny i niedokrwienny) pokrzyżowała im plany. W tym roku, widząc doskonały stan jego zdrowia, ponowili propozycję.
Ja przyjęłam ją „z pewną dozą nieśmiałości”, a Paweł… Przy pierwszej nadarzającej się okazji kupił sobie sprzęt do nurkowania (a raczej do snorkelingu). Miałam wątpliwości, czy go w ogóle zabierze (zajął prawie pół walizki :-) i wykorzysta. Wykorzystał, chociaż wody, w których nurkował, nie powalały jakimiś szczególnymi gatunkami flory i fauny, ale przyjemność z nurkowania była.
Za cel naszej podróży wybraliśmy Kretę. Wciąż mając na uwadze stan zdrowia Pawła, postanowiliśmy wyjechać pod koniec sezonu wakacyjnego. Tak więc, kiedy wokół nas wszyscy ludzie wracali do pracy, my wyjeżdżaliśmy na upragniony urlop. To sama przyjemność spędzać przełom września i października (2011r.) w ciepłym kraju.

Okazało się, że kiedy decyzja wyboru miejsca była stosunkowo łatwa, to wybranie hotelu nastręczyło nam wiele trudności. Mieliśmy pewne wyobrażenia i założenia. Chcieliśmy znaleźć miejsce, które będzie w wyglądzie bardzo greckie - białe domki, niebieskie okna i drzwi. Drugi ważny czynnik to opinie o kuchni. Wreszcie udało nam się znaleźć to, czego szukaliśmy. I nie zawiedliśmy się. A jeżeli były jakieś niedociągnięcia, to na szczęście jesteśmy tego typu ludźmi, dla których ‘szklanka jest zawsze do połowy pełna’.

Zwykle bardzo czynnie spędzamy nasze wakacje. I tym razem nie miało być inaczej. W mapy i przewodniki zaopatrzyliśmy się już na długo przed wyjazdem. Wsiadając do samolotu wiedzieliśmy, co chcemy zobaczyć i jak zamierzamy spędzić najbliższe dwa tygodnie. Oczywiście, leżenie przy basenie, w pobliżu barku z napojami i przekąskami, jest wielce przyjemne i kuszące. Postanowiliśmy jednak wypośrodkować czas tak, aby poleniuchować sobie, poleżeć i poopalać się, a też zobaczyć tyle z Krety, ile tylko będzie możliwe.

A możliwe było na wiele różnych sposobów. Spacery, spacery, spacery… Po urokliwych zakątkach i wioseczkach. Już dawno zapomniałam, że mogę tyle chodzić :-). Przejazdy lokalnymi autobusami. Kreteńczycy mają świetnie rozwinięty transport publiczny. Rejs super jetem. I wreszcie, na trzy dni wynajęliśmy sobie samochód. Wrażeń każdego dnia mieliśmy ogrom. Paweł robił niezliczone ilości zdjęć, które każdego wieczora zgrywał na laptopa, poddając je dodatkowej obróbce. A ja na bieżąco pisałam pamiętnik i robiłam scrapbooka. Zresztą, z takim zamiarem zabrałam ze sobą zeszyt, nożyczki i odpowiedni zapas kleju. Wykonanie tej pracy po powrocie do domu byłoby nie możliwe. Za dużo przeżyć i wrażeń, aby to spamiętać.

Kreta zauroczyła nas swoim pięknem. Poszarpanymi, kamiennymi brzegami nadmorskimi i zmiennymi odcieniami koloru morza. Górami z masywnymi, skalistymi szczytami. Oliwnymi gajami. Egzotycznymi kwiatami i drzewami owocowymi. Urokliwymi miasteczkami i wioseczkami, gdzie życie leniwie toczyło się przy przydrożnych tawernach i kafejkach. Przyjaznymi ludźmi. I tą, wydawać by się mogło, pocztówkową kolorystyką zabudowań. Nieskazitelnie białymi ścianami domów, skontrastowanymi niebieskimi framugami okien i drzwi. A to wszystko, wymieszawszy z pyszną i zdrową kuchnią kreteńską, sprowadziło się do jednego stwierdzenia. Kreta na urlop jest wspaniała!

W ciągu trzech intensywnych dni, spędzonych w samochodzie, udało nam się zobaczyć całe północne wybrzeże Krety. Raz pojechaliśmy daleko na zachód, na Elafonisi, iście karaibską plażę z różowym piaskiem i zieloną wodą. Po drodze zwiedzając Hanię, piękne portowe miasto z bogatą rzymsko-wenecko-turecko-niemiecką historią.
Kolejnym razem zapuściliśmy się daleko na wschód na plażę Vai. Porośniętą ogromnymi, starymi palmami. Jechaliśmy do niej poprzez płaskowyż Lassithi, słynny z setek wiatraków i groty Zeusa. Ot, przyszedł nam do głowy taki właśnie plan podróży, kiedy zobaczyliśmy, że mamy do pokonania w sumie około 160 kilometrów. A jednak… Ta wycieczka, chociaż piękna, była dla nas ważną lekcją. Sto sześćdziesiąt kilometrów, w górzystym kraju, przemnożyć trzeba przynajmniej przez dwa. Ale warto było. Widoki nie do opisania ludzkim językiem, chociaż przewodniki radzą sobie z tym nieźle.
Dla zrównoważenia trzecia samochodowa wycieczka była krótka. Zawiodła nas na południe Krety. Na kolejną plażę. Bo za każdym razem plan był jeden - jedziemy, po drodze oglądamy i podziwiamy, potem się zatrzymujemy, kąpiemy, opalamy, zjadamy piknik i wracamy… Wiecie, że droga powrotna wygląda zupełnie inaczej, zmienia się perspektywa. Więc podróż przebiega podobnie: jedziemy, oglądamy, podziwiamy, docieramy do hotelu i zjadamy pyszną kolację. Resztę wieczoru spędzając na hotelowym tarasie, popijając colę z ouzo. Sami lub z gronem zaprzyjaźnionych Polaków. Acha, ta trzecia plaża była w miasteczku Matala. Dawno, dawno temu wapienne groty, otaczające tę piękną plażę, zamieszkiwali hippisi z całego świata. Niektórzy hippisi-emeryci jeszcze teraz tam wracają :-).

Niewątpliwym szczytem naszych turystycznych uniesień była wycieczka na wyspę Santorini, powstałą w wyniku wybuchu wulkanu. Wieki temu. To, co tam zobaczyliśmy - widoki, ukształtowanie terenu i charakterystyczna jego zabudowa oraz kolorystyka tych zabudowań - zrekompensowało trzygodzinną podróż morską (w jedną stronę), z wszelkimi niedogodnościami choroby morskiej. Kiedyś, oglądając pocztówki czy kalendarze ze zdjęciami z Santorini, myślałam sobie, że to jest za piękne, aby mogło być prawdziwe. Tym razem jednak, to wszystko okazało się być prawdą. Szczególnie w miasteczku Ía. Tak, białe kościółki z niebieskimi dachami oraz domy pomalowane krzykliwymi, intensywnymi kolorami rzeczywiście istnieją. Oczywiście, jak każda nasza wycieczka i ta zakończyła się na plaży. Tym razem wulkanicznej, czarnej jak skała. Kamienistej.

No cóż, wszystko, co dobre szybko się kończy. Opaleni, wypoczęci, pełni niezapomnianych wrażeń i zaopatrzeni w zapas oliwy z najlepszych kreteńskich oliwek i innych oliwko-pochodnych produktów, wróciliśmy do domu. W Polsce przywitała nas złota polska jesień i deszczowa pogoda.

Ktoś, z poznanych osób, powiedział nam, że zdjęciami z wakacji leczy zimową depresję. Na szczęście z nami nie jest aż tak źle, ale chętnie wracamy do zdjęć z Grecji. Jednego tylko mi brakuje, codziennej porcji moich ulubionych zielonych oliwek…

***
Tekst został napisany na zamówienie magazynu "Teraz i Zawsze".





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.