Chrześcijaństwo,
które nie postrzega moralnego i religijnego doświadczenia jako zjawisk
zbiegających się w nieskończoności, nie nieskończoności negatywnej, lecz
pozytywnej - w żywym a jednak ponad osobowym Bogu - na dłuższą metę niczym się
nie różni od kultu szatana; zaś filozofia, która nie przyjmuje wartości jako
wiecznych i obiektywnych, prowadzić może tylko do ruiny. (...) Jeżeli nie
powrócimy do tradycyjnej, podstawowej wiary w obiektywne istnienie wartości,
przepadniemy. C. S. Lewis „Rozważania o chrześcijaństwie”, 1943 rok.
Niedawno przeczytałam takie słowa: Każda epoka ma swoje koncepcje, idee i wartości,
które wpływają na kulturę i na „ducha czasu”. Ów duch, to coraz większe
społeczne przyzwolenie, które moralnie nas usypia; to stopniowo narastająca akceptacja
wartości dotychczas nam obcych. (Dennis Fisher) Dodałabym, że te wartości
są nie tylko nam obce, ale nawet wrogie. Za przykład niech posłuży informacja, że dwie organizacje,
promujące homoseksualizm, wnioskują do Komisji Etyki Poselskiej o ukaranie
posła Johna Godsona (PO), za cytowanie słów Pisma Świętego, dotyczących
homoseksualizmu.
Nie
zamierzam tu podejmować dyskusji na ten konkretny temat.
Bardziej chcę się skupić na tym, pod jaką presją się znajdujemy, jako ludzie
wierzący i jak sobie radzimy. Z moich obserwacji wynika, że bardzo różnie. W dużym
uproszczeniu, widzę wokół siebie dwie kategorie chrześcijan. Jedni to ci, dla
których autorytet Słowa Bożego jest jedynym słusznym kryterium oceny zachodzących
w świecie zmian. Oni nie akceptują i „nie chodzą według nowych zwyczajów tego
świata” (Efezjan: 2:1-2). Drudzy wykazują postawę szerokiej tolerancji, a
cytowanie wersetów biblijnych i niezgodę na to, co się dzieje, nazywają brakiem
miłości bliźniego i osądzaniem. Takim osobom mam ochotę zadać pytanie, które zapożyczyłam u ew. ks. Karola Macury: Jak ma się twoje sumienie? Czy nie choruje? I zgadzam się z tym, co on dalej twierdzi: Współcześnie powszechny relatywizm postaw powoduje zupełne rozregulowanie naszego wewnętrznego kompasu - sumienia. Nie umiemy nazwać grzechu po imieniu. Dlatego potrzebujemy lekarza. I chyba wiem, do Kogo się udać...
Należę
do tej pierwszej kategorii ludzi. Dla
mnie Biblia jest księgą ponadczasową i jej wartości stanowią dla mnie podstawę
do poruszania się w tym zagmatwanym świecie. Żyjąc w nim, nie jestem w stanie
całkowicie uciec przed jego wpływem. Jednak, czytane przeze mnie codziennie
Boże Słowo, przenika moje myślenie do tego stopnia, że nie grozi mi przyjęcie i
zaakceptowanie wartości współczesnego świata (Rzymian 12:1-2). Ktoś napisał: Choć chrześcijanie żyją w tym świecie, są
lojalni wobec nieba. Póki co, z Bożą pomocą, udaje mi się tak żyć. Pięknie
ujął to Leonard Ravenhill (brytyjski ewangelista): Największy cud jaki Bóg może dzisiaj uczynić, to wziąć nieświętego
człowieka z nieświętego świata, uczynić go świętym, a potem wysłać go z
powrotem do nieświętego świata i sprawić, że żyjąc w nim pozostanie święty.
I chyba dlatego szeroko pojęta tolerancja i akceptacja jest mi pojęciem obcym. W relacjach ogólnoludzkich staram się trzymać zasady „Kochaj bliźniego, nienawidź grzechu”. Biblia przecież wyraźnie pokazuje nam, że sam Bóg miłuje człowieka, ale brzydzi się grzechem. Stąd Jego oferta wybawienia nas od naszych grzechów, dzięki ofierze Jezusa Chrystusa. Każdy człowiek, dopóki żyje, ma szansę tę ofertę przyjąć.
Bardzo spodobały mi się kiedyś te dwie myśli, które, w konfrontacji z „duchem tych czasów”, mogą okazać się
pomocne. Mogą również stać się wielkim wyzwaniem. I z tymi myślami i waszą ich
interpretacją was pozostawiam.
Pierwsza: Wartości są jak odciski palców. Zostawiasz je na
wszystkim, co robisz. Elvis Presley
Druga: Łatwiej jest podejmować decyzje, jeśli
wiesz, jaki masz system wartości. Roy Disney
W konfrontacji z „duchem tych czasów” mogą one stać się dla mnie wielkim wyzwaniem. Jeżeli rzeczywiście chcę, aby to, co mówię i jak postępuję, było spójne z tym, w co wierzę i co głoszę. Wniosek jest jeden: tylko silnie zakorzeniony we mnie system Bożych, biblijnych wartości pomoże mi zachować integralność i nie da się ogłupić w tym zwariowanym świecie. Te wartości to takie moje chrześcijańskie DNA.
W konfrontacji z „duchem tych czasów” mogą one stać się dla mnie wielkim wyzwaniem. Jeżeli rzeczywiście chcę, aby to, co mówię i jak postępuję, było spójne z tym, w co wierzę i co głoszę. Wniosek jest jeden: tylko silnie zakorzeniony we mnie system Bożych, biblijnych wartości pomoże mi zachować integralność i nie da się ogłupić w tym zwariowanym świecie. Te wartości to takie moje chrześcijańskie DNA.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.