Miniona sobota upłynęła mi i Pawłowi pod hasłem „Marsz dla Jezusa”. Niecała - tyle, ile byłam w stanie wytrzymać (od 14.30 - 19.00). Miałam w tym dniu
jeszcze inne zobowiązania, ale, z powodu złego samopoczucia, musiałam wybrać. I
nie żałuję, bo uczestniczyłam w czymś naprawdę ekscytującym i radosnym. Dającym
duchowe uniesienie i umocnienie.
Kilkutysięczny kolorowy, roztańczony, rozśpiewany i
rozmodlony tłum wylał się na kluczowe ulice Warszawy. Przeszedł od Belwederu do
Zamku Królewskiego, zatrzymując się na rozważanie Słowa Bożego i modlitwę w
najbardziej strategicznych miejscach stolicy i kraju. Między innymi Sejmem i Pałacem
Prezydenta. „Ześlij deszcz, ześlij
deszcz..” zaintonował przed Pałacem Prezydenckim, bardzo ostatnio popularny
i szanowany za swoje stanowcze etyczne stanowisko, poseł John Godson.
Aż dziwne, że Media nie zauważyły tego wydarzenia... A
przecież byliśmy wyjątkowo kolorową i hałaśliwą grupą. Kolejki na „Noc muzeów”
tworzyły się dopiero pod wieczór, a mówiono o nich w każdym dzienniku. Od razu
na myśl przyszły mi słowa z Ewangelii Mateusza 13,13: „...otwartymi oczami nie widzą
i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją.”
A marsz ten był jednym wielkim przesłaniem Ewangelii. Głosili
ją, na trasie pochodu, warszawscy pastorzy. I nie tylko warszawscy, przyjechali też pastorzy z Polski i zagranicy. Głosili ją jego uczestnicy, rozdając
- zebranym wzdłuż pochodu obserwatorom - Nowe Testamenty i inne traktaty
ewangelizacyjne. Białe napisy na czerwonych koszulkach przyciągały uwagę
różnymi hasłami, np. „Jezus umarł za mnie”. Ewangelię głosili zaproszeni goście
- mówcy i muzycy, występujący na głównej scenie. Program przez Zamkiem
Królewskim trwał od godziny 16.00 do 24.00. Był dostosowany do każdego odbiorcy
i nikt nie mógł się tu nudzić. Pod kolumną, zadziwionego, króla Zygmunta występowało wielu
wspaniałych muzyków (Mate.O, Archi…), i zespołów chrześcijańskich (Sienna
Gospel Choir, Royal Rap…). I nic z tych rzeczy nie służyło rozrywce. To był
wspaniały czas uwielbienia Boga i ewangelizacji.
Jestem pełna podziwu dla doskonałej organizacji tego
przedsięwzięcia. Zatroszczono się o
wszystko - o ławki dla potrzebujących odpoczynku (po długim marszu lub staniu);
o darmowego grilla i wodę (z tego poczęstunku korzystali wszyscy, nawet
przypadkowi przechodnie); i wiele innych stoisk.
Ogromną radość sprawił mi koncert Grahama Kendricka z
Anglii. Głównym powodem, dla którego został zaproszony, był jego pionierski
udział w organizowaniu Marszów dla Jezusa w Wielkiej Brytanii w latach 80-tych. Graham Kendrick został też nazwany
ojcem współczesnej muzyki uwielbienia. Jego piosenki wpłynęły na tysiące kościołów na całym świecie. To tak, jak w XVIII wieku na kościół wpłynęły słynne śpiewniki z Olney ( „Olney Hymns” 1779 r.). Stworzone przez Williama Cowpera i Johna Newtona. Najbardziej znana z tego okresu pieśń, to „Cudowna Boża łaska”.
Wracam do sobotniego gościa. Mogę szczerze powiedzieć, że dojrzewałam duchowo dzięki jego twórczości. Pierwszy raz, na żywo, słuchałam go 28 lat temu. Sprawdziłam w pamiętniku, to było 5 października 1985 roku, na konferencji w Wembley Conference Centre, w Londynie. Wtedy furorę robiła jego bardzo dynamiczna piosenka „God is good” - koniecznie z wymachami rąk. Dołączam zeskanowany rysunek z mojego pamiętnika. To dzieło Pawła :-). Kiedy Graham śpiewał ją w sobotę, miałam ochotę zrobić to, czego nauczyłam się ponad ćwierć wieku temu. Jednak nie zdobyłam się na odwagę.
Wracam do sobotniego gościa. Mogę szczerze powiedzieć, że dojrzewałam duchowo dzięki jego twórczości. Pierwszy raz, na żywo, słuchałam go 28 lat temu. Sprawdziłam w pamiętniku, to było 5 października 1985 roku, na konferencji w Wembley Conference Centre, w Londynie. Wtedy furorę robiła jego bardzo dynamiczna piosenka „God is good” - koniecznie z wymachami rąk. Dołączam zeskanowany rysunek z mojego pamiętnika. To dzieło Pawła :-). Kiedy Graham śpiewał ją w sobotę, miałam ochotę zrobić to, czego nauczyłam się ponad ćwierć wieku temu. Jednak nie zdobyłam się na odwagę.
Graham Kendrick napisał setki pieśni uwielbienia, wiele z
nich przetłumaczono na język polski. Znaleźć je można w, zapomnianym już, śpiewniku „Pieśni Radości”.
Podczas sobotniego koncertu, ostatnią pieśnią, którą zaśpiewaliśmy, była „Shine, Jesus, Shine” (Świeć, Jezu, świeć). Jakże adekwatna do idei tego wydarzenia.
Podczas sobotniego koncertu, ostatnią pieśnią, którą zaśpiewaliśmy, była „Shine, Jesus, Shine” (Świeć, Jezu, świeć). Jakże adekwatna do idei tego wydarzenia.
Wzmagający się ból kręgosłupa spowodował, że dynamicznego
koncertu Mate.O słuchałam już na siedząco. Co i tak niewiele pomogło. Dla
starszej pani z bolącym kręgosłupem i starszego pana po udarze marsz dla Jezusa
się skończył...
... To był piękny dzień.
***
Album z „Marszu dla Jezusa”. Zdjęcia: Paweł Jarosz - KLIKNIJ


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.