poniedziałek, 20 lutego 2012

Kilka myśli o rudym kocie...

...

już nie przeszkadzają mu hałasy i zapalenie światła
z boku na bok można się przekręcić, nie bojąc się, że się go przyciśnie;
po podłodze chodzić po ciemku, bez obawy, że coś zamiauczy… przydepnięte
i kabelki mogą sobie spokojnie zwisać, bo nikt ich nie zamierza gryźć
dźwięk otwieranej lodówki już nie zapala dwóch małych ciekawskich oczek
na stole też jakoś pusto przy kolacji, nikt nie poluje na łyżkę, nie próbuje wsadzić pyszczka do talerza

pusto tu jakoś, kogoś tu brakuje - czyjejś ciągłej obecności w każdym pokoju (w każdym, gdzie się było)
byłeś taki towarzyski - wierny mały przyjaciel, nieodstępujący na krok swojego pana.
żadna czynność nie działa się bez twojej obecności: razem ze mną jadłeś, czytałeś, oglądałeś tv, a nawet „brałeś prysznic i siedziałeś na tronie”; witałeś i żegnałeś na wycieraczce.
do sypialni samemu już się chodzi, nikt nas nie woła do spania o 23.00 miauczeniem na progu sypialni

byłeś i byłeś, a teraz uporczywie cię nie ma – jak pisała poetka

oj, Kacprze, ile bym dał, żebyś się tu nagle pojawił, podrapał fotel i wskoczył na kanapę – tuż obok mnie; trącał mnie łapką w ramię i w końcu wtulił swój pyszczek w moją, zwiniętą w muszelkę, dłoń…

ile bym dał, żebyś tu znowu był

rudy pyszczku…
(Paweł Jarosz)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.