Smutna opowieść z wierszem Wisławy Szymborskiej w tle.
Jak dziś pamiętam chwile, kiedy mój mąż na długie tygodnie zniknął z naszego domu. Poważna choroba zatrzymała go w szpitalu na miesiąc. A kolejne trzy tygodnie spędził w sanatorium. Ja jakoś sobie z tym ‘zniknieniem’ radziłam. Codziennie odwiedzałam Pawła w szpitalu. Gorzej radził sobie nasz kot - Kacper. Zaskoczony nagłą i długą nieobecnością swojego ukochanego Pana, zachowywał się jak kot z wiersza „Umrzeć - tego nie robi się kotu”.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Zwierzak chodził, szukał, płakał, nasłuchiwał - słychać kroki na schodach, ale to nie te… Stracił apetyt, zmarkotniał, a nawet pozwalał sobie na łamanie pewnych zasad, dotyczących korzystania z kuwety. Po prostu, zdarzało mu się z niej nie skorzystać.
Żal mi było Kacperka ogromnie. Bo chociaż byłam przekonana, co do jego przywiązania i kociej miłości w stosunku do mnie, i to ja byłam tą, której ręka, kładzie rybę na talerzyk, to jednak dla niego było za mało. Kotu najwyraźniej brakowało stałych rytuałów, które były wspólne tylko jemu i jego Panu. Czyżby myślał sobie: Coś się tu nie zaczyna w swojej zwykłej porze. Coś się tu nie odbywa jak powinno.?
A nie odbywało. Nie było komu towarzyszyć przy porannym prysznicu; nie było z kim oglądać telewizora, leżąc pod miękkim kocykiem; nie było dłoni, w którą wtulało się pyszczek; nie było komu wskoczyć na stół podczas posiłku; nie było komu zlizać lukru z pączka; nie było kogo zaprowadzić do sypialni w porze do spania…
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek.
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek.
Kacper nie chodził na obrażonych łapach. Tym różnił się od naszego poprzedniego kota - kotki Psotki. On wybiegał w podskokach, aby witać, powracających do domu. A do Pana to zbiegał na pół piętra, by przez barierkę tryknąć Pana w głowę i zostać pogłaskanym. I przy okazji powąchać czy Pan czasem czegoś ciekawego nie jadł, a może dać buziaka? - różnie to interpretowaliśmy.
***
Dzisiaj to my, parafrazując poetkę, możemy powiedzieć:
Umrzeć - tego się nie robi Państwu.
Bo co ma począć Pan
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany nie ma komu.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
Bo co ma począć Pan
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany nie ma komu.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
Nasz mały, futrzany, kochany Przyjaciel, który spędził z nami 13 radosnych lat, był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma. I już go nie będzie…
***
Nie chcę tu niczego na siłę uduchowiać, więc nie nawiążę do Bożej przyjaźni, ale wspomnę, że w ostatnich tygodniach wiele uczyliśmy się na temat prawdziwej przyjaźni. I odebraliśmy wiele bolesnych lekcji. Przeżyliśmy wiele zawodów. Ale dopiero strata tej żywej istoty, która obdarowała nas swoją bezwarunkową przyjaźnią, a nawet powiedziałabym - miłością, rozbiła nasze serca na kawałki…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.