środa, 18 kwietnia 2012

Rozdarte serce...


Weekend 13-16 kwietnia 2012.

Piątek. Do Bielska-Białej jechałam z rozdartym sercem. Paweł zobowiązał się stowarzyszeniu „Missio Musica”, w osobie Jurka Dajuka, udzielić swojego głosu - basa - podczas koncertu chóru „Soli Deo Gloria” w tamtejszym zborze. Jak to się zwykło biblijnie argumentować, „Miejsce żony jest przy mężu”, jechałam więc i ja „przy swoim mężu”. Również z troski o jego zdrowie. (Po przebytym udarze nie jeździ w długie trasy sam.)

Zwykle cieszą mnie nasze wspólne wyjazdy, ale tym razem moje serce było rozdarte, ponieważ tej samej niedzieli, kiedy „Missio Musica” śpiewała koncert w Bielsku-Białej, w Warszawie odbywała się ordynacja Jacka Konickiego na Duszpasterza Policji i Służb Mundurowych. Myślę, że Jacek się nie obrazi, jeśli określę go tu mianem naszego duchowego dziecka. Stąd moje rozdarcie. Czułam, że go zawodzę. Och, gdyby można było być jednocześnie tu i tam… Gdyby był możliwy jakiś plan B... Niestety nie było. Mój wisielczy humor pogłębił się dodatkowo po telefonie pastora Zbyszka Tarkowskiego i samego Jacka, którzy liczyli na czynny udział Pawła w uroczystościach. Niestety, byliśmy już w drodze… Tylko obraz z Przypowieści Salomona, o zrzędzącej kobiecie, powstrzymał mnie od …ponarzekania.
Zdroworozsądkowo tłumaczyłam sobie, że Bóg wie najlepiej, że we wszystkim współdziała On KU DOBREMU (!).

W kolejnych godzinach, wraz z ubywającymi kilometrami, mój nastrój poprawiał się. Cieszyła mnie przecież perspektywa zobaczenia się z pewnymi osobami. Tymi z „Missio Musica”, ale też z przyjaciółmi z okolic Bielska Białej. Już po drodze spotkaliśmy się z Jurkiem i Gosią Dajukami. Miłą chwilkę spędziliśmy w Piasku, u zaprzyjaźnionego pastora-mechanika Ewalda i jego żony Danusi (okazało się, że samochód Jurka wymaga naprawy).
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, do Kościoła Zielonoświątkowego w B-B, czekała na nas pyszna kolacja. Pojawiło się też kilkoro innych uczestników wydarzenia. I w tej grupie też zobaczyłam kilka znajomych twarzy. Razem z Dajukami trafiliśmy na nocleg do przemiłej i bardzo oddanej Bogu rodziny. Rodzice, córka i syn z żoną przez cały weekend zajmowali się, z godziny na godzinę, powiększającą się grupą muzyków i solistów. Karmili nas pysznie, a na przerwy kawowe zapewnili ogromną ilość wspaniałych domowych wypieków.  

Sobota. Rano obudziłam się z lekkim bólem głowy, który z czasem pogłębiał się. Tabletki nie zawsze działają; tak było i tym razem. Rozpoczęły się próby, na początek bez orkiestry. Tak na rozśpiewanie się i dla poznania swoich ‘ról’. Dla mnie, w przeciwieństwie do Pawła, który w niejednym chórze śpiewał, była to nowość. Repertuar był mi znajomy w 50%, co oznacza, że wiele, w ciągu najbliższych kilku godzin, musiałam się nauczyć. Ból głowy i niepewność debiutantki spowodował, że znowu zaczęłam się czuć rozdarta i sfrustrowana, jakby nie na miejscu. Nie chciałam przecież tutaj być, bo śpiewanie to nie do końca moja bajka. Jednak, nie czułam się też dobrze ze swoją negatywną postawą. Łapiąc oddech pomiędzy kolejnymi strofami, prosiłam Boga, aby zmienił moje nastawienie. I Bóg to czynił, głównie przez sympatyczną atmosferę pracy i kolejne znajome twarze.

Ale radykalna zmiana nastąpiła w chwili, kiedy przystąpiliśmy do prób z orkiestrą. My, soliści, wszystkie głosy i muzycy, kierowani ręką dyrygenta. To było kolejne niesamowite doświadczenie. Pierwszy raz znalazłam się po tej stronie sceny. Słysząc pierwsze dźwięki muzyki i pierwsze słowa pieśni, zrozumiałam, że biorę udział w pięknym dziele. I, że jestem współodpowiedzialna za jego powodzenie. A moje rozdarte serce, pragnienie bycia gdzie indziej, frustracja i kiepski nastrój stanowią ku temu przeszkodę. Poczułam wręcz namacalnie, jak następuje we mnie zmiana myślenia. I chociaż ból głowy się potęgował, a mieliśmy przyzwolenie na przerwanie próby, kiedy poczujemy, że opadamy z sił, to zostałam do jej końca. Po prawie dwunastu godzinach wytężonej pracy (w tym przerwy na posiłki i na kawę) wróciliśmy do naszych serdecznych gospodarzy. I, jak dzień wcześniej spędziliśmy z nimi miły wieczór, tak tym razem poszliśmy prosto do łóżek.

Niedziela. Dobrze, że nie czekały na nas z rana żadne obowiązki (koncert miał być dopiero wieczorem). Ledwo wstaliśmy. Dzień był pochmurny i mokry. Natomiast nasze nastroje -  przeciwnie. Z ciekawością udaliśmy się do kościoła, zastanawiając się, co w tym dniu ma dla nas Bóg. I miał - wspaniałe kazanie. Wiecie, to nie jest tak, że każde kazanie musi dotknąć nas tak bardzo osobiście. Wpasować się treścią w to nasze „tu i teraz”. W ostatnich trzech miesiącach zdarzyło nam się coś takiego trzykrotnie. Kiedy po raz pierwszy pojawiliśmy się w SCh Puławska, podczas konferencji w Poroninie i minionej niedzieli, w Bielsku-Białej. Mówcą był Waldemar Sardaczuk. To było mistrzostwo świata - wygłosić kazanie, którego słucha się lekko i z przyjemnością, mimo że temat nie jest lekki i przyjemny; kazanie, które słuchacza rozbawi, ale też pobudzi do łez, potem pocieszy i natchnie nadzieją. Pomyślałam sobie: Boże, Ty miałeś dla nas plan B.

Po nabożeństwie czekało mnie i Pawła kilka miłych niespodzianek. Spotkałam koleżankę z dzieciństwa, ze swojego Lwóweckiego zboru, która aktualnie mieszka w Irlandii, a do B-B wpadła odwiedzić rodzinę. Syna dobrego znajomego z Warszawy. Z Beatką Bednarz i jej mężem Mirkiem wypiliśmy kawkę, zajadając szarlotkę upieczoną przez naszą gospodynię. A kolejni przyjaciele, Halinka i Andrzej Michnik, zabrali nas do siebie na obiad. Tak nam było z nimi dobrze i smacznie, że spóźniliśmy się na próbę. Mam nadzieję, że zostało nam to wybaczone.


Koncert „Soli Deo Gloria” rozpoczął się o godzinie 18-tej. Sala i balkon były wypełnione. Program składał się z kilkunastu pięknych pieśni chwały. Niektórych mocno zapomnianych, niektórych nowych, napisanych współcześnie. Widać było, jak dzieje każdej pieśni, opowiadane przez Jana Murantego, chóralny śpiew, oprawa muzyczna i treści tych pieśni pracowały w sercach słuchających. Skupienie, zaduma i łzy wzruszenia pojawiały się na ich twarzach. Był też i uśmiech, bo był to koncert radosny, pochwalny, ku czci Tego, który umarł, ale też zmartwychwstał. Słowo ewangelizacyjne wygłosił również Jan Muranty.
Jakże szybko zleciało to 1,5 godziny. Zaśpiewaliśmy naprawdę pięknie. Mam nadzieję, że czułe mikrofony nie wyłapały kilku nutek fałszu, które mi się przytrafiły :-). Dodam też, że pięknie się prezentowaliśmy, w czerni przełamywanej bordo lub fioletem. A sekcja instrumentalna była naprawdę imponująca.


Po koncercie spotkaliśmy kolejnych starych znajomych. Niektórych osób nie widzieliśmy po kilka, a nawet kilkadziesiąt lat. Szczególnie ucieszył nas widok kochanego wujka, Pawła Małysza z Ustronia. Serdecznym powitaniom i radosnym okrzykom nie było końca.
Jako jedni z nielicznych postanowiliśmy zostać na noc. Tym razem, zmęczeni, ale zrelaksowani, spędziliśmy wieczór z gospodarzami. A potem, z Jurkiem i Gosią rozmawialiśmy jeszcze do 1-ej w nocy.

Poniedziałek. Jeszcze przed wyjazdem do Bielska-Białej, kiedy tylko dowiedzieliśmy się o tym wyjeździe, natychmiast ułożyliśmy sobie listę osób, z którymi chcielibyśmy się choć na chwilę spotkać. Już na miejscu okazało się, że zrealizowanie tych planów jest absolutnie niemożliwe. Nie czuliśmy się jednak rozczarowani, ponieważ i tak, zupełnie niezaplanowanie spotkaliśmy innych, bliskich naszemu sercu ludzi. Pobyt na Śląsku zakończyliśmy odwiedzinami u Irenki i Maćka Wilkoszów w Skoczowie. To jedyne, z planowanych, spotkanie, które doszło do skutku.
W drodze powrotnej zdzwoniliśmy się jeszcze z Jurkiem i Gosią, którzy wracali do domu już naprawionym samochodem. Jechaliśmy razem od Częstochowy do Piotrkowa, ścigając się, machając i uśmiechając się do siebie przez szyby samochodów. (Jak te dzieci :-). Potem nasze drogi rozdzieliły się. Powoli, rozkopaną ‘katowicką’, szczęśliwie dotarliśmy do domu, mając za pasażerów kontrabas i elektryczne pianino. Jakoś tego dnia wyjątkowo milczące.

Jestem wdzięczna Bogu za ten czas. Za to, że pomógł mi się dostroić do planów, z których nie byłam zadowolona. Za wszystkich spotkanych przyjaciół i zawarte nowe znajomości. Za wszelkie duchowe błogosławieństwa, jakie dane było mi doświadczyć podczas tych czterech intensywnych dni. Soli Deo Gloria! Tylko Bogu chwała!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.