Weekend 13-16 kwietnia 2012.
Piątek. Do Bielska-Białej jechałam z rozdartym sercem. Paweł zobowiązał
się stowarzyszeniu „Missio Musica”, w osobie Jurka Dajuka, udzielić swojego
głosu - basa - podczas koncertu chóru „Soli Deo Gloria” w tamtejszym zborze.
Jak to się zwykło biblijnie argumentować, „Miejsce żony jest przy mężu”, jechałam
więc i ja „przy swoim mężu”. Również z troski o jego zdrowie. (Po przebytym
udarze nie jeździ w długie trasy sam.)
Zwykle cieszą mnie nasze wspólne
wyjazdy, ale tym razem moje serce było rozdarte, ponieważ tej samej niedzieli,
kiedy „Missio Musica” śpiewała koncert w Bielsku-Białej, w Warszawie odbywała
się ordynacja Jacka Konickiego na Duszpasterza Policji i Służb Mundurowych.
Myślę, że Jacek się nie obrazi, jeśli określę go tu mianem naszego duchowego
dziecka. Stąd moje rozdarcie. Czułam, że go zawodzę. Och, gdyby można było być jednocześnie
tu i tam… Gdyby był możliwy jakiś plan B... Niestety nie było. Mój wisielczy humor pogłębił się dodatkowo
po telefonie pastora Zbyszka Tarkowskiego i samego Jacka, którzy liczyli na
czynny udział Pawła w uroczystościach. Niestety, byliśmy już w drodze… Tylko
obraz z Przypowieści Salomona, o zrzędzącej kobiecie, powstrzymał mnie od …ponarzekania.
Zdroworozsądkowo tłumaczyłam sobie,
że Bóg wie najlepiej, że we wszystkim współdziała On KU DOBREMU (!).
W kolejnych godzinach, wraz z
ubywającymi kilometrami, mój nastrój poprawiał się. Cieszyła mnie przecież perspektywa
zobaczenia się z pewnymi osobami. Tymi z „Missio Musica”, ale też z
przyjaciółmi z okolic Bielska Białej. Już po drodze spotkaliśmy się z Jurkiem i
Gosią Dajukami. Miłą chwilkę spędziliśmy w Piasku, u zaprzyjaźnionego pastora-mechanika
Ewalda i jego żony Danusi (okazało się, że samochód Jurka wymaga naprawy).
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, do
Kościoła Zielonoświątkowego w B-B, czekała na nas pyszna kolacja. Pojawiło się
też kilkoro innych uczestników wydarzenia. I w tej grupie też zobaczyłam kilka
znajomych twarzy. Razem z Dajukami trafiliśmy na nocleg do przemiłej i bardzo
oddanej Bogu rodziny. Rodzice, córka i syn z żoną przez cały weekend zajmowali
się, z godziny na godzinę, powiększającą się grupą muzyków i solistów. Karmili
nas pysznie, a na przerwy kawowe zapewnili ogromną ilość wspaniałych domowych
wypieków.
Sobota. Rano obudziłam się z lekkim bólem głowy, który z czasem
pogłębiał się. Tabletki nie zawsze działają; tak było i tym razem. Rozpoczęły
się próby, na początek bez orkiestry. Tak na rozśpiewanie się i dla poznania
swoich ‘ról’. Dla mnie, w przeciwieństwie do Pawła, który w niejednym chórze
śpiewał, była to nowość. Repertuar był mi znajomy w 50%, co oznacza, że wiele,
w ciągu najbliższych kilku godzin, musiałam się nauczyć. Ból głowy i niepewność
debiutantki spowodował, że znowu zaczęłam się czuć rozdarta i sfrustrowana,
jakby nie na miejscu. Nie chciałam przecież tutaj być, bo śpiewanie to nie do
końca moja bajka. Jednak, nie czułam się też dobrze ze swoją negatywną postawą.
Łapiąc oddech pomiędzy kolejnymi strofami, prosiłam Boga, aby zmienił moje nastawienie.
I Bóg to czynił, głównie przez sympatyczną atmosferę pracy i kolejne znajome
twarze.
Ale radykalna zmiana nastąpiła w
chwili, kiedy przystąpiliśmy do prób z orkiestrą. My, soliści, wszystkie głosy
i muzycy, kierowani ręką dyrygenta. To było kolejne niesamowite doświadczenie.
Pierwszy raz znalazłam się po tej stronie sceny. Słysząc pierwsze dźwięki muzyki
i pierwsze słowa pieśni, zrozumiałam, że biorę udział w pięknym dziele. I, że
jestem współodpowiedzialna za jego powodzenie. A moje rozdarte serce,
pragnienie bycia gdzie indziej, frustracja i kiepski nastrój stanowią ku temu
przeszkodę. Poczułam wręcz namacalnie, jak następuje we mnie zmiana myślenia. I
chociaż ból głowy się potęgował, a mieliśmy przyzwolenie na przerwanie próby,
kiedy poczujemy, że opadamy z sił, to zostałam do jej końca. Po prawie dwunastu
godzinach wytężonej pracy (w tym przerwy na posiłki i na kawę) wróciliśmy do
naszych serdecznych gospodarzy. I, jak dzień wcześniej spędziliśmy z nimi miły
wieczór, tak tym razem poszliśmy prosto do łóżek.
Niedziela. Dobrze, że nie czekały na nas z rana żadne obowiązki
(koncert miał być dopiero wieczorem). Ledwo wstaliśmy. Dzień był pochmurny i
mokry. Natomiast nasze nastroje - przeciwnie. Z ciekawością udaliśmy się do kościoła,
zastanawiając się, co w tym dniu ma dla nas Bóg. I miał - wspaniałe kazanie.
Wiecie, to nie jest tak, że każde kazanie musi dotknąć nas tak bardzo
osobiście. Wpasować się treścią w to nasze „tu i teraz”. W ostatnich trzech
miesiącach zdarzyło nam się coś takiego trzykrotnie. Kiedy po raz pierwszy
pojawiliśmy się w SCh Puławska, podczas konferencji w Poroninie i minionej
niedzieli, w Bielsku-Białej. Mówcą był Waldemar Sardaczuk. To było mistrzostwo
świata - wygłosić kazanie, którego słucha się lekko i z przyjemnością, mimo że
temat nie jest lekki i przyjemny; kazanie, które słuchacza rozbawi, ale też
pobudzi do łez, potem pocieszy i natchnie nadzieją. Pomyślałam sobie: Boże, Ty miałeś dla nas plan B.
Po nabożeństwie czekało mnie i
Pawła kilka miłych niespodzianek. Spotkałam koleżankę z dzieciństwa, ze swojego
Lwóweckiego zboru, która aktualnie mieszka w Irlandii, a do B-B wpadła
odwiedzić rodzinę. Syna dobrego znajomego z Warszawy. Z Beatką Bednarz i jej
mężem Mirkiem wypiliśmy kawkę, zajadając szarlotkę upieczoną przez naszą
gospodynię. A kolejni przyjaciele, Halinka i Andrzej Michnik, zabrali nas do
siebie na obiad. Tak nam było z nimi dobrze i smacznie, że spóźniliśmy się na
próbę. Mam nadzieję, że zostało nam to wybaczone.
Koncert „Soli Deo Gloria”
rozpoczął się o godzinie 18-tej. Sala i balkon były wypełnione. Program składał
się z kilkunastu pięknych pieśni chwały. Niektórych mocno zapomnianych,
niektórych nowych, napisanych współcześnie. Widać było, jak dzieje każdej
pieśni, opowiadane przez Jana Murantego, chóralny śpiew, oprawa muzyczna i
treści tych pieśni pracowały w sercach słuchających. Skupienie, zaduma i łzy
wzruszenia pojawiały się na ich twarzach. Był też i uśmiech, bo był to koncert
radosny, pochwalny, ku czci Tego, który umarł, ale też zmartwychwstał. Słowo
ewangelizacyjne wygłosił również Jan Muranty.
Jakże szybko zleciało to 1,5
godziny. Zaśpiewaliśmy naprawdę pięknie. Mam nadzieję, że czułe mikrofony nie
wyłapały kilku nutek fałszu, które mi się przytrafiły :-). Dodam też, że pięknie
się prezentowaliśmy, w czerni przełamywanej bordo lub fioletem. A sekcja instrumentalna
była naprawdę imponująca.
Po koncercie spotkaliśmy
kolejnych starych znajomych. Niektórych osób nie widzieliśmy po kilka, a nawet
kilkadziesiąt lat. Szczególnie ucieszył nas widok kochanego wujka, Pawła Małysza
z Ustronia. Serdecznym powitaniom i radosnym okrzykom nie było końca.
Jako jedni z nielicznych
postanowiliśmy zostać na noc. Tym razem, zmęczeni, ale zrelaksowani,
spędziliśmy wieczór z gospodarzami. A potem, z Jurkiem i Gosią rozmawialiśmy
jeszcze do 1-ej w nocy.
Poniedziałek. Jeszcze przed wyjazdem do Bielska-Białej, kiedy tylko
dowiedzieliśmy się o tym wyjeździe, natychmiast ułożyliśmy sobie listę osób, z
którymi chcielibyśmy się choć na chwilę spotkać. Już na miejscu okazało się, że
zrealizowanie tych planów jest absolutnie niemożliwe. Nie czuliśmy się jednak
rozczarowani, ponieważ i tak, zupełnie niezaplanowanie spotkaliśmy innych,
bliskich naszemu sercu ludzi. Pobyt na Śląsku zakończyliśmy odwiedzinami u
Irenki i Maćka Wilkoszów w Skoczowie. To jedyne, z planowanych, spotkanie,
które doszło do skutku.
W drodze powrotnej zdzwoniliśmy
się jeszcze z Jurkiem i Gosią, którzy wracali do domu już naprawionym
samochodem. Jechaliśmy razem od Częstochowy do Piotrkowa, ścigając się,
machając i uśmiechając się do siebie przez szyby samochodów. (Jak te dzieci :-). Potem nasze drogi
rozdzieliły się. Powoli, rozkopaną ‘katowicką’, szczęśliwie dotarliśmy do domu,
mając za pasażerów kontrabas i elektryczne pianino. Jakoś tego dnia wyjątkowo
milczące.
Jestem wdzięczna Bogu za ten
czas. Za to, że pomógł mi się dostroić do planów, z których nie byłam
zadowolona. Za wszystkich spotkanych przyjaciół i zawarte nowe znajomości. Za
wszelkie duchowe błogosławieństwa, jakie dane było mi doświadczyć podczas tych
czterech intensywnych dni. Soli Deo Gloria! Tylko Bogu chwała!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.