wtorek, 6 lipca 2010

Z prywatnego archiwum: "Blask życia"

Kiedyś (w 2005r.), po wizycie w szkole dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie (przy ulicy Bełskiej), z okazji jednej z gwiazdkowo-niespodziankowych akcji, napisałam takie słowa: ... A wszystko zaczęło się do Grzesia. Tego szczególnego chłopca poznałam około dwóch (teraz już 6) lat temu. Nie mieszka w naszym bloku, ale często tu bywa z wizytą u cioci. Grześ, zapadł mi głęboko do serca, bo był ‘inny’ od wszystkich dzieci, jakie kiedykolwiek znałam. Jakże można było oprzeć się jego uśmiechniętej buzi, ciekawskiemu spojrzeniu i dotykowi jego ciągle ‘wędrujących rączek’, a to szczególnie w sytuacji, kiedy cię nimi obejmuje i woła: „Moja Tota!!!” (ciocia)… i nie pokochać go całym sercem.
To dzięki Grzesiowi trafiliśmy na Bełską. Po imprezie, jedna z wolontariuszek poczyniła bardzo ciekawą obserwację, cytuję jej słowa: Moją uwagę, w jednej z klas, przykuł taki oto obrazek: Pewien chłopiec, przeglądając zawartość paczki, nagle wyjął z niej coś (to był drewniany miś – przyp. aut.), przyjrzał się temu uważnie, po czym przyczepił to do wielkiej tablicy korkowej wiszącej za jego plecami. Szkoła ‘specjalna’? Oczywiście, że specjalna, bo jakiż uczeń by „normalną” szkolę traktował z taką troską i afektem.
Dwa lata później (2007r.), po kolejnej Gwiazdkowej Niespodziance, tym razem w Kole Pomocy Dzieciom i Młodzieży Niepełnosprawnej Intelektualnie w Ząbkach, mój mąż, Paweł, relacjonuje tak: Kiedy już pośpiewaliśmy kolędy i wytłumaczyłem dzieciom, jakim prezentem jest dla nas Jezus - używając swej „magicznej”, rozkładającej się w kształt krzyża, „kostki” (paczuszki) - przyszła pora na prawdziwe paczki. Muszę powiedzieć, że zawsze zadziwia mnie, w ‘jak inny sposób’ te dzieci (niepełnosprawne intelektualnie) podchodzą do tych darów. W odróżnieniu od dzieci, którym często niczego nie brakuje ani zdrowia, ani zabawek, one naprawdę potrafią cieszyć się każdym drobiazgiem. I robią to tak spontanicznie! Oglądaniu prezentów nie było końca; przymierzaniu czapeczek i szalików też. Co rusz to podchodziło do nas, któreś z dzieci, by podziękować za otrzymany dar (to już zapewne była inicjatywa mam). Dziewczynki wystawiały do całowania swoje buzie (także i mi!) ale zaraz odskakiwały z komentarzem: „Ała, ale pan kłuje tą brodą”. A jeden dorastający mężczyzna - Bartek, lat 14 - w dowód sympatii „pogilgał” ciocię Walę, sprawiając jej tym (i nam, obserwującym to zajście) nie lada uciechę. Śmiechu było co niemiara! Naprawdę, nie chciało się stamtąd wychodzić…
Nasza kolejna wizyta w Ząbkach w grudniu 2008r. dostarczyła nam kolejnych wzruszających doznań. Mój mąż tym razem opowiada: Oglądając zdjęcia, dziękowaliśmy Bogu za to wszystko, czego nauczył nas tego wieczoru. A nauczył nas naprawdę wiele! Dopiero widząc niepełnosprawność tych dzieci, czujemy wdzięczność Bogu za zdrowie - nasze, naszych dzieci i wnuków. Ale nie tylko to! Kiedy patrzyliśmy się na radość tych dzieci, ich prostolinijność, ich szczerą miłość, jaką okazywały nam - gościom, swoim opiekunom, ale i swoim kolegom - zrozumieliśmy, dlaczego Jezus powiedział, że musimy stać się tacy, jak one…
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo przeczytałam pewną piękną książkę. Zresztą, kupiłam ją z myślą o biblioteczce Koła Pomocy Dzieciom w Ząbkach... i już ją tam wysłałam. Tytuł tej książki brzmi „Blask życia”. Z podtytułem: Radość niepełnosprawnego dziecka. Autorem tej książki jest Bob Vander Plaats: chrześcijanin (to podstawowa informacja - bo treść/przesłanie książki wynika z wiary autora), trener, nauczyciel, wieloletni pryncypał szkoły, działacz społeczny zaangażowany w działania skupione na leczeniu i rehabilitacji osób z uszkodzeniami mózgowymi i niepełnosprawnością; w 2006r. kandydował na gubernatora stanu Iowa. I najważniejsza informacja - Bob Vander Plaats to ojciec Lucasa.
Lucas, jako jedyny z czterech jego synów, urodził się z ciężką niepełnosprawnością. I to o nim jest ta piękna książka. A właściwie nie o nim... ...ale o nas... O ludziach zdrowych, normalnie rozwiniętych i o tym, jak wiele od osób niepełnosprawnych możemy się nauczyć. I okazuje się, że to wcale nie zależy od stopnia niepełnosprawności. Lucas ma teraz 15 lat. Jego niepełnosprawność widać jak na dłoni. Ma nieproporcjonalnie dużą głowę, pokrytą kępkami włosów. Nie mówi. Jedyne, co potrafi robić to śmiać się i klaskać w dłonie. Krzykiem wyraża radość, a powodów ku temu zawsze znajdzie wiele. Krzykiem wyraża też ból - a życie jego jest wypełnione wielkim bólem i cierpieniem. Jest jednak przeważnie radosny, spokojny, zwykle cierpliwy, życzliwy, dobry, łagodny i kocha zupełnie za darmo.  Lucas ma bardzo słabe mięśnie. Dlatego nie chodzi. Raczej czołga się czy turla. Siedzi też tylko dlatego, że jego kręgosłup usztywniono operacyjnie. Człowiek bezduszny powiedziałby: „warzywo”. A jednak… Bob Plaats pisze: Lucas wiele mnie nauczył o rodzicielstwie, małżeństwie, dobroci Boga, naturze cierpienia, bezwarunkowej miłości oraz wartości codziennego życia. Tak wiele, że warto było napisać o tym książkę. I warto ją też przeczytać.
Dodam, że angielski tytuł tej książki brzmi Light from Lucas - można by to przetłumaczyć Światło bijące od Lucasa. Co na myśl przywodzi słowa Jezusa: ...niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie... (Mat. 5:16). I chyba dlatego Bob Vander Plaats pisze w jednym ze swoich listów do synka: Jak wiesz, nie jesteś dzieckiem moich marzeń, ale jestem wdzięczny Bogu, że obdarował mnie właśnie Tobą. Uczysz mnie doceniać w życiu rzeczy, których wartość nigdy nie przemija. Jestem Ci za to dozgonnie wdzięczny. Lucas, jesteś dla mnie błogosławieństwem - i niech będzie tak dalej! Kocham Cię, synku!
Podczas lektury tej książki bardzo zainspirowała mnie pewna obserwacja, poczyniona przez autora na lokalnym cmentarzu: Każdy napis na grobie zawiera te same elementy statyczne, lecz kreska pomiędzy datą urodzin i śmierci symbolizowała wkład, jaki każda z tych osób wniosła w istnienie świata. Zacząłem widzieć w tej kresce symbol wpływu, który te osoby podczas swojego długiego lub wyjątkowo krótkiego życia wywarły na świat. Od tamtej pory zamiast kontemplować liczbę dni, skupiłem się na kontemplacji ich znaczenia. Nieważne, czy dane jest nam żyć minutę, czy sto lat - Bóg pragnie, aby każdy z nas wniósł w życie świata swój wyjątkowy wkład. Lucas nie przeżyje tak wielu dni, jak byśmy tego chcieli. Nie będą to też dni normalne, lecz jestem przekonany, że mają one swój sens. Mój syn swoim życiem zainspirował mnie do pełnych pasji poszukiwań swojego własnego celu oraz do zachęcania innych do podobnych poszukiwań. Nauczył mnie, jak ważne jest, abym swoją „kreskę” przeżył jak najlepiej. [...] Ta książka jest owocem mojej miłości do Lucasa i pragnienia, aby pomóc mu w wypełnianiu jego życiowego celu: inspirowania zdrowych ludzi do przeżywania swojego życia w sposób wyjątkowy…
Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę po tym, jak bliżej poznałam problem niepełnosprawności. Te dzieci - z Bełskiej czy z Ząbek też wniosły w moje życie wyjątkowy blask. Myślę, że byłoby ono (to moje życie) zupełnie inne, gdybym nigdy nie poznała Grzesia, Bartka (który mnie gilgał :-), Jacka, Ewelinki czy pozostałych dzieci, których imion nie pamiętam. Jednak - ich uśmiechniętych buziek nigdy nie zapomnę…
Blask życia, Bob Vander Plaats, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2008

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.