wtorek, 18 stycznia 2011

"Apostoł"


Tym razem wyjątkowo (bo nie jest to książka :-), chciałam polecić pewien bardzo ciekawy i wartościowy film o tematyce religijnej pt. „Apostoł” (1998). Jest to film, który oglądałam już kilkakrotnie, z takim samym przeżyciem. Za każdym razem dostarczał mi on szerokiego wachlarza uczuć i wrażeń; począwszy od śmiechu po łzy wzruszenia, czy od zgorszenia (to przy pierwszym oglądaniu) do zbudowania. Momentami sam bohater - kaznodzieja, któremu jego impulsywny charakter sprawiał niejednokrotnie olbrzymie kłopoty - budził we mnie wiele kontrowersji. Z jednej strony zastanawiałam się: Jak taki grzesznik (kobieciarz, nerwus, używający niecenzuralnych słów, broni palnej i alkoholu, posługujący się półprawdami, sprawca śmierci drugiego człowieka...) może być sługą Bożym? Z drugiej, zapragnęłam kochać Boga, Jego Słowo oraz służyć Mu tak, jak ten filmowy bohater. Zacytuję dwie z (wielu) bardzo znamiennych kwestii naszego kaznodziei: „Boże, zrobiliśmy coś razem...” „...niegrzecznemu chłopcu znowu się udało. Nigdy jeszcze nie zrobiłem tyle dobrego, co tu…”. Tak więc, zachęcam do dotarcia i obejrzenia tego wspaniałego filmu. Jego niewątpliwym atutem jest aktorstwo Roberta Duvalla, kreującego główną rolę. Gdy przeczytacie poniższe świadectwo z „Guideposts”, kwiecień 1998 r.  - zrozumiecie dlaczego. (Moje tłumaczenie.)

Aktorstwo było jedyną pracą, jaką wykonywałem. Uczenie się roli zawsze znaczyło dla mnie coś więcej, niż zwykłe zapamiętywanie tekstu. Ja po prostu zanurzałem się w postaci, którą miałem grać. Chciałem wiedzieć o tej postaci wszystko - kim była, z jakiego pochodziła środowiska, jakie były jej marzenia, pasje, jakim była człowiekiem. Grając próbowałem przeistoczyć się w mojego bohatera. I wiecie, temu procesowi towarzyszą niesamowite rzeczy. Wielokrotnie dane mi było odkryć coś nowego na swój temat. Czasem były to odkrycia, które zmieniały moje życie. Ale nigdy nie przypuszczałem, że przytrafi mi się coś, co całkowicie zmieni moje spojrzenie na religię.

Wszystko zaczęło się w 1962 roku, w Hughes, Arkansas. Pewnej niedzieli, kiedy przygotowywałem się do swojej kolejnej roli, zobaczyłem ludzi, podążających śpiesznie do białego drewnianego zielonoświątkowego kościółka. Byli to ludzie różnej kategorii. Młodzi i starzy. Wchodzili do środka, skąd wyraźnie mogłem słyszeć dźwięki tamburyna, perkusji i organów. Zajrzę do środka - pomyślałem sobie. Wślizgnąłem się cichutko i usiadłem z tyłu.
To było przeżycie. Chociaż chodziłem kiedyś do kościoła i wiedziałem, co nieco o działaniu Ducha Świętego, to nigdy nie spotkałem się z tak niesamowitym sposobem wyrażania swojej wiary i świadectwa, jak w tym zielonoświątkowym zborze. Nigdy nie widziałem takiego kościoła. Ludziom trudno było zapanować nad radością, jaka ich wypełniała. Ich twarze jaśniały. Ludzie stali,  śpiewając i klaszcząc, wykrzykując Bogu chwałę. Obecność Ducha Świętego była namacalna. Było to dla mnie czymś niemożliwym pozostać jedynie obserwatorem. Zapragnąłem śpiewać i krzyczeć razem z nimi. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć, ale czułem, że ci ludzie mają wspaniały dar, wspaniałą historię do podzielenia się nią. I miałem dziwne uczucie, choć nie wiedziałem, jak i nie wiedziałem, kiedy, że to ja opowiem tę historię.

Wkrótce po tym wydarzeniu, moja kariera zaczęła się rozwijać. Miałem to szczęście i zagrałem kilka dobrych ról. Napisałem też kilka scenariuszy i wyreżyserowałem parę dobrych filmów. Mimo to, moje zainteresowanie duchowymi sprawami nie zaniknęło. Raczej, gdzieś tam dojrzewało, jakby w oczekiwaniu, co dalej miałbym z tym zrobić. I nagle, w 1981 roku, dostałem do zagrania rolę ewangelicznego kaznodziei w filmie pt. „Królestwo”. Ponownie poświęciłem całego siebie w przygotowaniach do tej roli. Odwiedziłem wiele małych wiejskich kościołów w poszukiwaniu niesamowitej ekspresji wiary wierzących, jakiej doświadczyłem wtedy w Hughes. Czerpałem z tych doświadczeń wszystko, co tylko było możliwe. Niestety, przygotowania do filmu odwołano. I wtedy zacząłem się zastanawiać, co mam zrobić z tym, czego do tej pory się nauczyłem.

Postanowiłem odwiedzić rodzinne strony, wcześniej (w 1983r.) odebrawszy Oskara za rolę nawróconego piosenkarza country w filmie „Tender Mercies”. Mój ojciec już nie żył, a moi dwaj bracia i ja próbowaliśmy wspólnie zastanowić się, jak zająć się mamą. Zacząłem zastanawiać się nad wiarą mojej mamy. Ta wiara dodawała jej sił, kiedy tata był na morzu. Jej wiara podtrzymywała wszystkich nas. Pamiętam, jak moja mama modliła się o mnie, kiedy wyjechałem do Nowego Jorku, aby studiować aktorstwo. Pewnego dnia, siedząc sobie w pokoju mojego taty, zdałem sobie sprawę z tego, jak nieubłaganie płynie czas. Wtedy poczułem, że za nim będzie za późno muszę zrobić coś, co będzie rzeczywiście miało znaczenie dla mnie i innych. I... Zacząłem pisać historię, tę którą czułem, że chcę napisać już od lat. Historię kaznodziei.

To, co było dla mnie najważniejsze, to zrobić film, gdzie chrześcijaństwo zostanie potraktowane z szacunkiem, na jaki zasługuje. Hollywood pokazuje zwykle kaznodziejów, jako chciwców i hipokrytów. Byłem już tym zmęczony. Dlatego chciałem pokazać radość i witalność wiary. Ten czysty i  nadzwyczajny przejaw wiary, którą dane mi było widzieć na własne oczy i którą wewnętrznie czułem w moim sercu i w moim życiu.

Historia tak jakby płynęła ze mnie. Pisałem wszędzie - na lotnisku, w hotelu, w przerwach pomiędzy zdjęciami, nawet na spotkaniach towarzyskich. Wreszcie zabrałem mój manuskrypt do hollywoodzkich producentów i taką usłyszałem odpowiedź: Bob, religia nie jest tematem. który zainteresowałby naszych widzów. Nie zgodziłem się z nimi. Dlaczego ludzie nie mieliby oglądać filmu o czymś, co jest przecież najważniejsze w ich życiu?

Nadal zbierałem materiały do filmu i pracowałem nad scenariuszem. Spotkałem się z  93-letnim kaznodzieją, Ishamem Williamsem. Gdybym był młodszy, nakręciłbym ten film razem z tobą - powiedział. Powiedział też, że mogę użyć wszystko, co będzie mi przydatne z jego kazań i notatek. Inny kaznodzieja, James Robison, uczynił podobnie. Zaadaptowałem jedno z jego najwspanialszych kazań do końcowych scen filmu.

Nazwałem swój film „Apostoł”. Mój bohater miał na imię Sonny. Pamiętam, kiedy w moich poszukiwaniach znalazłem się na konferencji chrześcijańskiej w Memphis. Tam wpadła mi w ucho jedna fraza, powtarzana wielokrotnie przez uczestników. Użyłem jej potem, jako słowa modlitwy Sonnego: Zawsze zwracam się do ciebie Jezu, a Ty mówisz mi - Sonny.

Pomimo tego, że niczego nie załatwiłem z producentami w Hollywood, praca nad filmem wypełniała całą moją duszę. Pewnej niedzieli odwiedziłem sześć kościołów. Na końcu znalazłem się w Abyssinian Baptist Church. Tam, w tym wypełnionym po brzegi kościele, z olbrzymim chórem na przodzie, kiedy nagle zaczęliśmy śpiewać pieśń „Przyjacielem naszym Jezus - jak wspaniałym, wiernym On!” (Ś. P. nr 416), poczułem się nagle tak blisko Boga, w taki sposób, jakiego nigdy do tej pory nie doświadczyłem. Był gdzieś w moim wnętrzu. Tak - pomyślałem sobie - wszyscy jesteśmy rodziną w Jezusie. Nie tylko z powodu tego, co czytamy o Nim w Biblii, ale z powodu tego kim On naprawdę jest. I to był sekret mocy wiary. Mocy, którą chciałem pokazać w moim filmie.

Mówiłem więc każdemu, kto chciał słuchać: Nawet jeśli nie dostanę pieniędzy od producenta, to i tak zrobię ten film. I tak się stało. W cudowny sposób, w przeciągu siedmiu tygodni, „Apostoł” był gotowy. Niektórzy moi wierzący przyjaciele mówili, że to Duch Święty sprawił we mnie ten upór. I tu, jestem skłonny zgodzić się z nimi.

Jestem dumny z tego filmu. Wiele scen jest granych przez prawdziwych kaznodziejów, a nie zawodowych aktorów. Dlatego, że prawdziwa wiara jest czymś, czego nie da się imitować. Myślę, że niektórzy widzowie będą zaszokowani - i mam nadzieję, że w ten pozytywny sposób - słysząc imię Jezusa, tak często wymieniane. Czy też, że będą poruszeni naturalnym charakterem scen kościelnych i nabożeństw uwielbieniowych. Mogą być zaskoczeni, widząc czarnych i białych wspólnie wielbiących Pana, nawet w najodleglejszych zakątkach Południa.  Jednak największą mam nadzieję, że zostaną poruszeni - „dotknięci” w taki sposób, jakiego ja doświadczyłem w tym niewielkim zborze w Hughes.
Tam, bez żadnego uprzedzenia, coś przebudziło się we mnie. Coś, co zawsze we mnie było - drzemiące i nie dotykane, aż do tego pamiętnego dnia.

To było największe odkrycie, jakiego w życiu dokonałem...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.