poniedziałek, 17 stycznia 2011

Otwarte ręce

Uwielbiam chodzić do Łazienek. O każdej porze roku. Mój mąż zabiera wtedy swój aparat i robi dziesiątki zdjęć, a ja zabieram ze sobą długą wrocławską bułkę i garść wyłuskanych orzechów. Okazuje się że, niezależnie od pory roku, ptactwo i wiewiórki są zawsze tak samo łase na dobry kąsek. Oczywiście, największą frajdą jest karmienie wiewiórek - układam sobie cząstki orzechów na otwartej dłoni, a one przybiegają na wołanie, opierają swoje łapki o moją dłoń i zabierają leżący na niej przysmak. Obserwując całą sytuację można by tu mówić o swego rodzaju dobrowolnej stracie - pozwoliłam przecież coś sobie zabrać. Można też mówić o zysku (nawet obopólnym) - to małe zwierzątko odeszło nakarmione, a ja miałam z tego ogromną radość.

Wykorzystując ten obraz otwartej dłoni, gotowej, aby coś oddać, chciałam podzielić się dzisiaj z wami refleksją o stracie i zysku. Nie będzie to miało nic wspólnego z ekonomią, biznesem, a nawet nie do końca z pieniędzmi. Pieniądze - to tylko pewna dziedzina naszego życia. Pieniądze można zyskać i można stracić. Ale człowiek powinien mieć tę świadomość, że może ponieść daleko większe straty lub osiągnąć niemierzalne zyski w kontekście rzeczy większych niż pieniądze, które tracą wartość, dewaluują się, niszczeją. Te straty i zyski dotyczą rzeczy wiecznych.

Słowo Boże o stratach i zyskach mówi tak:
„Bo kto by chciał duszę swoją zachować straci ją, a kto by utracił duszę swoją dla mnie i dla ewangelii, zachowa ją.” Ew. Marka 8:35

W 1949 r. młody misjonarz Jim Elliot napisał w swoim pamiętniku słowa, które mogą być swego rodzaju parafrazą powyższego wersetu: „Nie jest głupcem ten, kto oddaje coś, czego nie może zatrzymać, aby zyskać to, czego nie może stracić.” Jim Elliot w wieku 29 lat oddał swoje życie w ofierze Bogu. Dla wielu nas fakt, że pozwalamy Bogu używać nasze życie zgodnie z Jego wolą, służąc Mu i w tej służbie dożywając szczęśliwej starości, jest równoznaczny ze złożeniem Bogu swojego życia na ofiarę (w myśl Rzymian 12:1 mamy słuszność tak rozumując). Jednak Jim Elliot dosłownie oddał swe życie w ofierze. Został brutalnie zamordowany przez członków prymitywnego szczepu Indian południowo-amerykańskich, do których starał się dotrzeć z przesłaniem Ewangelii.

1. A więc zysk czy strata?
Mamy zwyczaj trzymać wszystko w zaciśniętej dłoni. Co więcej, rodzimy się z rękoma zaciśniętymi w pięści. A potem całe życie uczymy się rozkurczać dłoń - palec po palcu. Każdy z nas, kto zaznał uścisku maleńkiej łapki niemowlęcia na swoich włosach wie, że można stracić garść włosów zanim się ten uścisk rozluźni.

Czym dla nas jest zysk? Dla wielu jest to jednoznaczne ze stanem posiadania. Stąd:
·        Naszą obsesją jest gromadzenie (wiem, bo niedawno robiłam w domu porządki - większość z  rzeczy, które posiadam, nie stanowi żadnej wartości użytkowej, bardziej sentymentalną - jedyna ich korzyść to taka, że stanowią mniej lub bardziej tandetną ozdobę, na której zbiera się kurz).
·        Mamy potrzebę zatrzymywania wszystkiego. Tak na wszelki wypadek. (W ciągu kilku dni bez bólu wyrzuciłam mnóstwo rzeczy, które przeleżały na półkach całe lata i nigdy mi się do tej pory nie przydały).
·        Wzbraniamy się przed dawaniem, wolimy otrzymywać - mało znam prawdziwych dawców, sama do nich nie należę. Myślę, że dawcy są wyjątkami, większość z nas lubi być obdarowywana. Niektórzy ludzie nie potrafią już inaczej funkcjonować, jak tylko na zasadzie, że coś im się należy. Są pełni roszczeń i nieuzasadnionych oczekiwań, w zamian nie dając nic, nawet słowa dziękuję.
·        Żyjemy w ciągłym strachu przed utratą czegoś - znam wielu ludzi, którzy stali się niewolnikami swoich dóbr: samochodu, domu i tego, co w nim jest. To tylko Hiacynta, z doskonałego angielskiego serialu komediowego, nie była pocieszona faktem, że dokonano już kilku włamań do domów na jej osiedlu, a jej został pominięty. Przyznaję, doświadczenie straty jest bolesne. Jako młode małżeństwo, na tzw. dorobku, zostaliśmy okradzeni. Z przykrością odkrywaliśmy brak termosu, kawy, elektrycznej maszynki do golenia, słowników językowych... Na początku lat osiemdziesiątych nie tak łatwo było odzyskać (odkupić) utracone rzeczy. Mówię tu tylko o stratach materialnych. Ale są ludzie, którzy żyją w ciągłym strachu przed utratą pracy, zdrowia, życia... Taki irracjonalny strach nie pozwala im właściwie funkcjonować i w rezultacie rzeczywiście mogą stracić przynajmniej, jak nie zdrowie, to pracę.

A tak naprawdę to:

Czy możemy cokolwiek zatrzymać, zabrać ze sobą na wieczność? I Tym. 6:7 mówi „Albowiem niczego na świat nie przynieśliśmy, dlatego też niczego wynieść nie możemy.” Nic nam po tym, co gromadzimy, przechowujemy, dostajemy, co pilnie przez lata naszego życia strzeżemy. Nigdzie ze sobą tego nie zabierzemy, nie zatrzymamy tego na wieki, a na pewno już nie na to życie po drugiej stronie. Niektórym jednak wydaje się, że może się uda. Tak na pewno myśleli faraonowie. Dziś ich bogactwem cieszą się turyści, szczycą muzea, albo chlubią mniej lub bardziej uczciwi kolekcjonerzy sztuki.

Czego zatem nie możemy stracić? Dalej  w I Tym 6:17-19 jest napisane „Bogaczom tego świata nakazuj, ażeby się nie wynosili i nie pokładali nadziei w niepewnym bogactwie, lecz w Bogu, który nam ku używaniu wszystkiego obficie udziela. Ażeby dobrze czynili, bogacili się w dobre uczynki, byli hojni i chętnie dzielili się z innymi, gromadząc sobie skarb jako dobry fundament na przyszłość, aby dostąpić żywota prawdziwego.”  Okazuje się, że nie gromadząc, ale dając z siebie to, co najlepsze możemy zyskać najwięcej.

Jim Elliot w swoim pamiętniku napisał też takie słowa: Otwórz me dłonie, abym był gotowy na przyjęcie kalwaryjskich gwoździ, tak jak były otwarte dłonie Chrystusa, abym oddając Ci wszystko mógł być uwolniony również od rzeczy, które mnie związują.”
To bardzo ważne słowa. Często dopiero wtedy, gdy Bóg coś nam zabierze, w sposób mniej lub bardziej bolesny, odkrywamy, jak byliśmy tym czymś związani. To może być nawyk, to może być praca, to może być hobby, to może być relacja, to może być konkretna rzecz.

Jim Elliot mówi w tym zdaniu o Chrystusie. Tak, Chrystus wiszący na krzyżu miał otwarte dłonie. Rozłożone ramiona. W oznace całkowitego poddaństwa „...który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej.” Filip. 2:6-8

2. Obraz otwartych dłoni.

Co oznaczają otwarte dłonie:
·        Są gotowe, aby przyjąć cokolwiek Bóg chce nam dać - a Bóg daje nam tylko dobre rzeczy. Niestety, my mamy zupełnie inne zrozumienie dobra i dlatego czasem buntujemy się i nie chcemy przyjąć tego, co Bóg nam daje - buntujemy się na chorobę, na stratę pracy, na zmianę planów, na staropanieństwo, na bezpłodność.
·        Są gotowe, aby oddać Bogu, cokolwiek On zażąda - Bóg przeważnie żąda od nas całkowitego oddania się Sobie, podporządkowania Jemu naszego życia. Jeśli cokolwiek nam zabiera, to są to rzeczy, które zaczęły stanowić przeszkodę w naszej relacji z Nim - Bóg przestał być na pierwszym miejscu w naszym życiu - myślę, że każdy z nas jest doskonale świadomy tego, kiedy to się dzieje.
·       Trzymają, ale nie zatrzymują; zachowują, ale nie traktują za swoją własność. Nie przywiązujmy się do niczego zanadto, nie strzeżemy niczego zazdrośnie. Job wyraził to najlepiej słowami: „Pan dał, Pan wziął, niech będzie imię Pańskie błogosławione.” 1:20b

„Nie jest głupcem ten, kto oddaje coś, czego nie może zatrzymać, aby zyskać to, czego nie może stracić.” J.E.

Tak trudno jest nauczyć się otwierać swoje ręce. Nasze ręce są przyzwyczajone pracować chwytnie, zaborczo. (Kiedyś, mój mały synek słowami i ruchem ręki prosił: „Dziadek daj bułek…”) Otwarta dłoń oznacza oddanie. (Na czym polega karmienie wiewiórek? - orzech spoczywa w otwartej dłoni.) Otwarcie rąk wymaga wysiłku.

Otwórzmy nasze dłonie:
·        trzymajmy naszą teraźniejszość - mając nasze dłonie otwarte
·        trzymajmy naszą przyszłość - mając nasze dłonie otwarte Ktoś powiedział: Nie bój się jutra, Bóg już tam jest...
·        trzymajmy nasze marzenia, plany, pragnienia - mając nasze dłonie otwarte (piosenka Mate’o – Jezus, dla Jezusa...)

Czasem patrzę na młodych ludzi i widzę, jak miotają się w swoich życiowych planach. Dzisiaj jedne, a jutro już drugie ze swoich wyborów nazywają Bożym planem dla siebie. Modlą się o coś, deklarują, że Bóg się do tego przyznał, pobłogosławił. Za jakiś czas następuje zmiana planów i padają podobne deklaracje. Czy Bóg jest naprawdę taki nieuporządkowany? On, gdy w Gen. 3:14,15 określił swój plan zbawienia - realizuje go zgodnie tym, co powiedział i przeprowadzi go aż do końca. Kiedy wybrał sobie naród, nie porzucił go dla innego, pomimo że naród ten zawodził Go wielokrotnie, będąc nieposłusznym, niewiernym, oddającym się bałwochwalstwu. Problem nie tkwi więc w Bogu, ale w tym, że nie potrafimy, albo nie chcemy stanąć przed Nim z otwartymi dłońmi i z Nim konsultować naszą teraźniejszość i przyszłość.
Św. Augustyn napisał: Zawierz swą przeszłość miłosierdziu Boga, swoją teraźniejszość - Jego miłości, a swoją przyszłość - Jego opatrzności.”

·        trzymajmy naszych najbliższych - mając nasze dłonie otwarte
Jakże trudno jest rodzicom wypuścić z gniazdka swoje dzieci, które Bóg daje nam tylko na pewien czas na własność... Jakże często żona lub mąż zaborczo pilnują swojego współmałżonka. Oczywiście, ja też jestem przeciwna dzieleniu się mężem z innymi kobietami J Ale, często dzieje się tak, że partner przeszkadza współmałżonkowi w pielęgnowaniu relacji z Bogiem, ze kościołem, w zaangażowaniu się w służbę.

Bądźmy gotowi brać od Boga i oddawać Mu to, co On chce nam zabrać.

Pamiętacie historię z Genesis 22:2? Kiedy to Bóg mówi do Abrahama: „Weź syna swego, jedynaka swego, Izaaka, którego miłujesz, i udaj się do kraju Moria, i złóż go tam w ofierze całopalnej na jednej z gór, o której ci powiem.”

...syna swego
...jedynaka swego
...którego miłujesz
-         to było wbrew wszelkiej logice - a co z obietnicą wielu pokoleń, narodów, jeśli zabiję swego jedynego syna?
-         to było wbrew wszelkim rodzicielskim uczuciom - jak ja, ojciec, mam zabić swojego syna?

A jednak
-         to było do zaakceptowania - to Bóg dał Abrahamowi jego syna i miał prawo go z powrotem odebrać
-         to było wytłumaczalne - bo przecież Bóg, który uczynił bezpłodne i stare łono Sary płodnym, mógł swobodnie przywrócić Izaaka z powrotem do życia

Bóg nie prosi nas o nic, co nie ma sensu z Jego punktu widzenia. (Chociaż, nasz punkt widzenia może być całkiem odmienny.) Kiedy my przywiązujemy się do czegoś za bardzo - to coś zaczyna nas oddzielać od Boga. A Bóg jest Bogiem zazdrosnym. Tak naprawdę, to nie Izaaka lecz Abrahama pragnął otrzymać w ofierze Bóg na górze Moria. Bóg chciał mieć Abraham dla Siebie.
Abraham okazał się człowiekiem otwartych rąk. Kiedy nasze ręce otwierają się, aby dać Bogu to, co mamy najlepszego, to tak naprawdę otwierają się one również po to, aby otrzymać od Boga to, co ma On dla nas najlepsze. Czyż nie sprawdziło się to w życiu Abrahama? A w życiu wielu z nas?

3. Błogosławieństwo otwartych rąk:

Bóg nigdy nie zabiera nam więcej niż nam dał.


Jezus odpowiedział: Zaprawdę powiadam wam, nie ma takiego, kto by opuścił dom albo braci, albo matkę, albo ojca, albo dzieci, albo pola dla mnie i dla ewangelii, który by nie otrzymał stokrotnie, teraz, w doczesnym życiu domów i braci, i sióstr, i matek, i dzieci, i pól, choć wśród prześladowań, a w nadchodzącym czasie żywota wiecznego.Ew. Marka 10:29-30

Życie z otwartymi rękami - gotowymi, aby wziąć, ale też oddać - jest ogromnym wyzwaniem. To czasem kosztuje wiele bólu, poświęcenia. Czasem ceną jest  śmierć, tak jak to było w przypadku Jima Eliota. Pięć lat przed swoją śmiercią napisał : „Tylko ja o tym wiem, że moje życie jest już pełne. Czas umierać, bo mam wszystko, co tylko młody człowiek mieć może, przynajmniej wszystko, co ten młody człowiek mieć może. Gotów jestem na spotkanie z Jezusem.” Wyobrażacie sobie siebie piszących takie słowa w wieku 24 lat? A jednak to nie był jakiś tam młodzieńczy idealizm. Jim Elliot czuł, że Bóg może oczekiwać jego największego poświęcenia. Oddania swojego życia. Jim był na to gotowy, dlatego napisał: „Wiem, że moje nadzieje i plany, co do siebie samego, nie mogą być lepsze niż te, które On ułożył i spełnił.” (piosenka Mate’o „Jezus, dla Jezusa...)

W 2003 roku, 47 lat po śmierci Jima Elliota, jego żona Elisabeth Elliot powiedziała: „Zawsze czułam, że stało się dokładnie to, co Bóg chciał, aby się stało.” (Polecam jej książkę W cieniu Wszechmogącego.)
Śmierć najbliższej osoby - nie ma większego traumatycznego przeżycia w życiu człowieka. Ta młodziutka wdowa znalazła w sobie tyle siły, aby z małym dzieckiem pozostać w Ameryce Południowej i kontynuować pracę swojego męża pośród tego samego plemienia. Jej miłość i przebaczenie zdobyło  morderców jej męża dla Chrystusa.

Jej dłonie były otwarte. A twoje?

***

Przysłowie żydowskie mówi:
Rodzimy się z zaciśniętymi pięściami, ale umieramy z otwartymi dłońmi.
Dlaczego tak późno?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.