Swego czasu, w dość krótkich odstępach, trzykrotnie usłyszałam znamienne słowa Jezusa z Ew. Mateusza 11:28-30 „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie.” Kiedy podzieliłam się tym z trzecią osobą, od której usłyszałam te słowa, padła odpowiedź: „O, to znaczy, że my i Ten w górze jesteśmy w kontakcie!”
Pierwszą osobą, która mówiła na temat tego fragmentu, był Jim Koch (chrześcijański doradca i wykładowca Szkoły Poradnictwa Rodzinnego). Powiedział on, że każdy z nas żyje w swoim własnym jarzmie, co może odnosić się do wielu dziedzin naszego życia - praca, rodzina, uzależnienia... Są jarzma, w których się rodzimy i jarzma, które nabywamy. Tak, czy inaczej, chodzimy z czymś albo z kimś w parze. Jarzmo jest nie tylko poza zasięgiem naszego wzroku, ale również limituje ono nasze prawidłowe widzenie otoczenia, zarazem kontrolując każdy nasz ruch. W pewnym momencie będziemy mieli dosyć tego jarzma. Słowo Boże obiecuje w I Mojżeszowej 27:40 „...ale gdy wytężysz siły, zrzucisz z szyi jarzmo...”. Jezus proponuje nam nawet coś więcej - zrzucenie tego jarzma na Niego i wzięcie na siebie Jego jarzma, które jest miłe i lekkie i „nie doprowadza do szaleństwa” - jak powiedział nasz przyjaciel.
Drugi raz, o jarzmie usłyszałam podczas jednego z seminariów z Noor van Haaften (chrześcijańska pisarka z Holandii). Mówiła ona o sprawach, które nas wiążą, które są dla nas ciężarem, które nas przygniatają i są źródłem rozgoryczenia. Mogą to być grzechy, w których trwamy; grzechy, które pozostawiłyśmy niewyznane; stare rany; brak przebaczenia innym; poczucie, że powinniśmy być kimś innym; rozczarowanie życiem...
Wierszami wiodącymi tego seminarium były dwa fragmenty Słowa Bożego. Hebrajczyków 12:1-2 „Przeto i my, mając około siebie tak wielki obłok świadków, złożywszy z siebie wszelki ciężar i grzech, który nas usidla, biegnijmy wytrwale w wyścigu, który jest przed nami. Patrząc na Jezusa, sprawcę i dokończyciela wiary, który zamiast doznać należnej mu radości, wycierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i usiadł na prawicy tronu Bożego…” i Ew. Mat. 11:28-30. Bardzo przemówił do mnie fakt, kiedy uświadomiłam sobie, że Jezus, który proponuje nam swoje jarzmo, wie co mówi. Był przecież cieślą, stolarzem, który niewątpliwie wykonał wiele jarzm - były one zrobione na miarę i miały właściwy ciężar. Jezus przygotował również takie jarzmo dla każdego z nas.
Wreszcie, po raz trzeci usłyszałam, jak echo powtórzone te same fragmenty, na naszej kościelnej „majówce”. Chris Justice (przyjaciel i pastor z Anglii) mówił nam, że nasze jarzmo może dotyczyć jeszcze innego aspektu naszego życia. Jest to zmęczenie naszą „duchowością”, religijnością, pobożnością, poczuciem obowiązku służenia Bogu. Wpadamy w rutynę, tracimy entuzjazm, pasję. Czujemy się tym, co robimy wyczerpani, wypaleni, ustali. Jakie jest na to lekarstwo? Nie jest nim ograniczenie naszych wysiłków, ani ich wzmożenie, a jedynie złożenie naszych ciężarów na Jezusa i przyjęcie Jego jarzma, które jest dopasowane do naszych możliwości. Podstawą jednak jest odświeżenie swojej relacji z Jezusem. Odnowienie miłości, jaką mieliśmy do Niego na początku oraz skupienie się na Nim, jako sprawcy i dokończycielu naszej wiary.
Wiecie, czasem małym dzieciom potrzebujemy coś powtórzyć kilka razy, aby pewne rzeczy zrozumiały, albo zapamiętały. Wierzę, że Bóg postępuje z nami podobnie.
Przedstawiłam tu trzy, uzupełniające się, spojrzenia na jarzmo. Przyznaję, jako osoba zaangażowana w służbę Kościoła (już od 28 lat), najczęściej borykam się z tym trzecim rodzajem „spracowania i obciążenia” - frustracją, zniechęceniem, wypaleniem… Praca z ludźmi jest ciężka, ale służenie ludziom jeszcze cięższe :-). Nie raz odkryłam z bólem, że granica - pomiędzy ludzkim zachwytem nad moją służbą a krytyką jej, jak też pomiędzy miłością ludzi do mnie a nienawiścią - jest tak cienka, że przestało mnie dziwić, kiedy nagle została przekroczona. Na życie człowieka w służbie nakłada się jednocześnie kilka elementów: zachwyt i miłość ludzi, którzy noszą go na rękach; krytyka i wieczne niezadowolenie innych; i stała obecność ludzi, których postawę i postępowanie określam mianem „ciernia w boku”. Służenie ludziom trwa 24 godziny na dobę. Nie daje się zamknąć za sobą drzwi, tak jak to można zrobić w innym miejscu pracy. I nie chodzi mi o dosłowne zamknięcie drzwi, tylko o to, że trudne sprawy „służbowe” towarzyszą nam non stop i niejednokrotnie spędzają sen z oczu, a bóle głowy i serca są na porządku dziennym. I wreszcie dojrzewamy do tego, aby złożyć swój ciężar na Kogoś innego...
Po jednym takim akcie oddania Bogu swoich ciężarów, podczas chrześcijańskiej konferencji, napisałam: Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo jestem zmęczona służbą. Mogłam zrzucić na Boga moje smutki i ciężary. Mogłam szczerze przed Nim zapłakać, a On pocieszał mnie, podnosił na duchu, dodawał nowych sił. Już dawno nie miałam tak silnej świadomości tego, że znajduję się w miejscu, które Bóg wybrał dla mnie, właśnie w tym momencie mojego życia. I jestem Mu za to wdzięczna, bo nikt lepiej niż On nie jest w stanie zatroszczyć się o moje potrzeby. Dobrze mi tam było, pomimo powracających smutków i łez. Bóg zamienił je w radość i wesele. To taki przedsmak nieba. Bo przecież w niebie będzie jeszcze lepiej - tam nie będzie smutku i łez. Tam będzie tylko radość i wesele…
Oczywiście, w życiu zdarzają się nawroty i ja też jeszcze nie raz doświadczałam (i doświadczać będę) chwil zwątpień i uniesień w swoim życiu. Ale to, czego doświadczyłam, podczas wspomnianej konferencji, za sprawą nie tylko atmosfery, ale ludzi, którzy się o mnie modlili, nauczyło mnie jednego, aby stale oddawać Bogu swoje ciężary. A nie dokładać sobie na barki coraz to nowych brzemion, które mogą mnie, w którymś momencie, całkowicie złamać i powalić. Poczucie ulgi jest cudowne.
Kończąc, przytoczę słowa z jednej, ostatnio przeze mnie przeczytanych, książek. Jej tytuł: „Posługiwanie przy Bożym ołtarzu”. Autor, Don Nordin, pisze: Wszystko, co czynimy podczas nabożeństwa - uwielbianie, świadectwa, modlitwy, kazanie powinno znaleźć swoje zakończenie w zaproszeniu ludzi do wspólnego ‘ołtarza modlitwy’. […] Końcowa posługa modlitewna jest ważna dlatego, że po prostu jest to czas, kiedy poszczególni ludzie mają możliwość skonfrontowania spraw swojego życia i poddania ich mocy Ducha Świętego. […] Żadna inna posługa w życiu wspólnoty kościelnej nie ma takiego potencjału dokonywania w życiu ludzi zmian mających wieczne znaczenie, jak posługa modlitewna przed kazalnicą. W ciągu wielu lat miałem przywilej oglądania dosłownie setek ludzi, którzy wychodzili na przód, przed kazalnicę, z wielkimi ciężarami, a wracali na swoje miejsca uwolnieni mocą Boga. Jest to dokładnie to, co miał na myśli Jezus, kiedy powiedział: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie.”
To działa - polecam.
Don Nordin, Posługiwanie przy Bożym ołtarzu, Instytut Wydawniczy Agape, Warszawa, 2006.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.