poniedziałek, 13 września 2010

Z prywatnego archiwum: "Zaginiony bohater"

Co roku, 21 kwietnia, odbywa się w Polsce „Marsz Żywych”. Trasa tego marszu wiedzie od muzeum obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu do obozu w Brzezince. Dzień 21 kwietnia jest oficjalnie ustanowionym Dniem Pamięci Ofiar Holokaustu / Jom ha-szoa.
Relacje z tego wydarzenia zdarzało mi się nie raz oglądać w telewizji. Najbardziej poruszały mnie momenty, kiedy widziałam twarze najmłodszych uczestników tego marszu. Wstrząśnięte, spięte bólem, zlane łzami... Ukryte w dłoniach lub podniesione ku niebu, jakby tam szukały odpowiedzi...
W tym szczególnym dniu telewizja pokazuje nam często ludzi, którzy - narażając życie własne i swojej rodziny - ratowali Żydów, którym udało się nie wpaść jeszcze w ręce oprawców. Zawsze patrzyłam na te relacje poruszona faktem, że niezależnie od tego, jakiemu upodleniu ulega otaczający nas świat, to zawsze znajdą się ludzie gotowi się na to nie godzić. Niestety, zdałam sobie też sprawę, że takich ludzi jest mniejszość i dlatego stają się bohaterami.
Przypomniał mi się wtedy przejmujący wiersz niemieckiego pastora Martina Niemöllera (który zesłany został do obozu w Dachau za działalność przeciw faszyzmowi). Napisał on:
Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem Żydem.

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem komunistą.

Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem związkowcem.

Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.
Dlaczego o tym piszę? Tak się składa, że od czasu do czasu sięgam po literaturę dotykającą tego trudnego tematu, jakim jest planowa zagłada Żydów podczas drugiej wojny światowej. Określenie: „lubię książki na ten temat” byłoby tu nie na miejscu, faktem jest jednak, że czułabym się bez nich mocno zubożona. Kilka lat temu ogromne wrażenie zrobiła na mnie książka węgierskiego noblisty Imre Kertésza - „Los utracony”. Jej 15-letni bohater, Gburka, jest mieszkającym w Budapeszcie węgierskim Żydem, który ‘wpada’ w trakcie ulicznej łapanki. Wraz z grupą innych Żydów trafia najpierw do małego obozu pracy w Zeitz w Rzeszy, a potem do Buchenwaldu. Koniec wojny zastaje go w obozowym lazarecie. Nasz bohater wraca do domu. Książka Kertésza opisuje okropieństwa wojny widziane oczami - nierozumiejącego świata dorosłych i zmuszonego do tego, aby za szybko dojrzeć - nastolatka.
Niedawno moje czytelnicze pasje ponownie przeniosły mnie na Węgry. Tym razem dzięki książce Danny Smitha „Lost Hero” - Raoul Wallenberg’s dramatic quest to save the Jews of Hungary. (Czyli Zagubiony bohater - dramatyczne próby i sposoby ratowania Żydów węgierskich przez Raoula Wallenberga.)
Raoul Wallenberg urodził się 4 sierpnia 1912 roku w Kappsta (w Szwecji). Kiedy i gdzie zmarł - nikt tak naprawdę nie wie, albo udaje, że nie wie. Raoul urodził się w rodzinie szwedzkich bankierów i przemysłowców. W latach 1931-1935 studiował architekturę w USA. Po uzyskaniu dyplomu wrócił do Szwecji i w 1936 roku rozpoczął działalność zawodową. Z żydowską problematyką węgierską zetknął się dzięki Kalmanowi Lauerowi - budapeszteńskiemu Żydowi. 200-tysięczna gmina żydowska w 1944 roku została zagrożona eksterminacją ze strony Niemców. Głównodowodzącym akcją eksterminacji był Adolf Eichmann, który szczycił się swoimi planami mówiąc: Wskoczę do mojego grobu pękając ze śmiechu, z powodu faktu, że na moim sumieniu będę miał śmierć 5 milionów Żydów i fakt ten sprawia mi ogromną satysfakcję. Do grobu nie wskoczył – jak na ironię został powieszony w Izraelu w 1962 roku i raczej nie było mu do śmiechu. Był sądzony w państwie, które w 1948 roku odzyskało swoją państwowść i mogło sprawiedliwie osądzić swoich prześladowców. Zanim do tego doszło, Eichmann, z typowo niemiecką precyzją podaje, że pomiędzy 14 maja a 8 lipca 1944 roku, 437402 żydowskich dzieci, mężczyzn i kobiet, 148 kolejowymi transportami, zostało wywiezionych do Oświęcimia.
W obliczu tych eksterminacyjnych poczynań Eichmanna, ratunku poszukiwano w ambasadach państw neutralnych, które udzielały Żydom pomocy poprzez przyznawanie obywatelstwa i paszportów, gwarantujących nietykalność. Działania takie prowadzone były także przez ambasadę Szwecji; głównie dzięki pomysłowości i bohaterskim czynom Wallenberga, który przybył do Budapesztu 9 lipca 1944 roku. Te wspólne działania doprowadziły do ocalenia ok. 100 tys. Żydów.
Dodam tu, że w całej tej kwestii Holokaustu najbardziej niezrozumiała jest postawa krajów będących w aliansie przeciwko Niemcom. Już w sierpniu 1942 roku wiedziały one o istnieniu komór gazowych. Prośba żydowskich liderów o zbombardowanie istniejących obozów śmierci została odrzucona. W styczniu 1943 roku rozpoczęła się na Bermudach konferencja krajów „zrzeszonych”, i trwała ona do kwietnia 194 1943 roku. Do tego czasu w komorach gazowych zginęło już 3 miliony Żydów (15 tys. każdego dnia). Londyński „Obsever” podsumował tę publiczną ceremonię umycia rąk następująco: W tym luksusowym hotelu, znajdującym się przy malowniczej plaży Atlantyku, doskonale ubrani gentelmani upewniali jeden drugiego, że naprawdę nic nie da się zrobić. No cóż, Raoul Wallenberg pokazał, że się dało.
Wallenberg podjął także prace nad stworzeniem programu repatriacji i zatrudnienia deportowanych po wojnie, w związku z tym znalazł się w styczniu 1945 roku w sowieckim przedstawicielstwie wojskowym w Debreczynie. 17 stycznia 1945 roku został aresztowany przez NKWD pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Stanów Zjednoczonych i potajemnie wywieziony do Moskwy. Jego dalsze losy nie są znane – według oficjalnej radzieckiej wersji zmarł w więzieniu 17 lipca 1947 roku, ale szereg byłych więźniów mówiło, że widziano go żywego w obozach na Syberii i radzieckich więzieniach jeszcze w latach 60. Nigdy nie odzyskał wolności, o którą tak walczył na rzecz innych.
Instytut Yad Vashem uhonorował go medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. A Menachem Begin (były premier Izraela, laureat nagrody Nobla) powiedział o nim: On narażał swoje życie na niebezpieczeństwo - dzień w dzień, nie przerywając swych wysiłków, aby ratować innych. I symbolicznie zwrócił się do nieobecnego: Raoul’u Wallenberg, naród żydowski zawsze będzie miał u ciebie dług. Musimy - pamięć o tobie - przekazywać kolejnym pokoleniom… Niech zawsze będzie pielęgnowana.
Wspaniały przykład, wielki bohater. Na koniec należy się wam jeszcze jedna informacja. Raoul Wallenberg był chrześcijaninem. Szwedzkim luteraninem. Niesienie ratunku i wybawienia dla narodu wybranego traktował jako swoją misję. Pewnego dnia, podczas kolejnej akcji ratunkowej, według relacji jednej z uratowanych młodych kobiet (Miriam Herzog) zwrócił się - do przeznaczonych do kolejnego transportu Żydów - słowami: Proszę was o wybaczenie, ale nie jestem w stanie uratować wszystkich. W tym momencie mogę zapewnić dokumenty tylko czterystu z was. A po chwili, ku ich zaskoczeniu, dodał: Czuję, że moją misją jest uratować naród żydowski, aby to się powiodło muszę wpierw ratować ludzi młodych.
Raoul miał świadomość, że nie może uratować wszystkich, ale około 100 tysięcy istnień ludzkich może zawdzięczać mu życie.
Myślę, że moją opowieść o Raoulu Wallenberu mogę podsumować i zakończyć słowami Fryderyka Schillera: Ten, kto z całych sił czynił dobro w swoim czasie, uczynił je dla wszystkich czasów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.