„Bóg. czy są powody by wierzyć?”, w podtytule „Wiara w epoce sceptycyzmu”, Timothy Keller, Wydawnictwo Friendly Books, Starogard Gdański, 2010r.
Mam przed sobą dwie książki Timothy Kellera. Tę już wspomnianą oraz „The Prodigal God - recovering the heart of the Christian faith” (więcej o niej piszę TUTAJ).
Gdyby ktoś kazał mi wybierać, którą książkę wolałabym znaleźć na polskim rynku przetłumaczoną, wybrałabym „The Prodigal God” (Marnotrawny Ojciec). Stało się jednak inaczej. I poniekąd się nie dziwię. Książka „Bóg. Czy są powody by wierzyć”, wydana w 2008r., została przez „The New York Times” uznana za bestseller, a przez „World magazine” (dwutygodnik chrześcijański) okrzyknięta Książką Roku.
O czym jest i do kogo skierowana jest ta książka? Najlepiej jest tu posłużyć się adnotacją wydawcy:
Dlaczego kochający Bóg pozwala na istnienie cierpienia? Czy kochający Bóg może posłać ludzi do piekła? Czy możliwe, by istniała tylko jedna prawdziwa religia? Dlaczego tak wiele wojen było toczonych w imię Boga?
To tylko kilka pytań i wątpliwości, z którymi zmagają się współcześni nawet żarliwie wierzący ludzie. Timothy Keller zestawił listę najczęściej wyrażanych wątpliwości, z jakimi sceptycy przychodzą do jego kościoła. W książce tej rozprawia się po kolei z każdą z nich. Sięga po dzieła literatury i filozofii, osobiste rozmowy oraz zasady logiki, by wykazać, że wiara w Boga chrześcijaństwa jest jak najbardziej racjonalna, wyznawana przez ludzi rozsądnych, uczciwych intelektualnie i głęboko przejętych losem szczerze poszukujących prawdy.
Timothy Keller kieruje swoją książkę do ateistów, agnostyków i sceptyków, przedstawiając solidne i racjonalne fundamenty, na których ludzie wierzący mogą oprzeć swą wiarę w obliczu licznych ataków, jakim w Wieku Sceptycyzmu poddana jest religia. Książka „Bóg. Czy są powody by wierzyć?” przeciwstawia się tej sceptycznej ideologii i jej korzeniom, wskazując na prawdziwą istotę i cel chrześcijaństwa.
Przyznaję, trudno czytało mi się tę książkę. Chociaż temat nie był mi obcy - czytałam wiele książek całościowo lub tematycznie traktujących poruszane w niej zagadnienia.
Może to kwestia języka? (Tutaj słowa podziwu dla tłumacza.) A może długich, ciągnących się wywodów? Miałam wrażenie, że treść tej książki zatrzymuje się w mojej głowie, jak na jakimś sicie i prawie nic nie było w stanie spłynąć niżej, na poziom serca. A ja lubię książki, które wykonują pracę na moim sercu.
To prawda, byłam i jestem pełna podziwu dla autora - dla jego wiedzy na temat panujących współcześnie filozofii, poglądów i ideologii. (Co wyrażało się w nagromadzeniu cytatów i przypisów.) Podziwiałam jego przekonującą argumentację i logiczne dowodzenie racji chrześcijaństwa. Ale to nadal nie powodowało we mnie drgnienia serca.
Wprost przeciwnie, śledząc ścierające się poglądy, miałam wrażenie, jakby autor chciał zaimponować czytelnikowi swoją wiedzą, ilością przeczytanych książek, orientacją w świecie. A dowodzone przez niego racje, mimo że słuszne z punktu widzenia chrześcijańskiego, brzmiały dla mnie, jak słowo przeciwko słowu. Jak mądrość ludzka przeciwko mądrości ludzkiej.
Zastanawiałam się - co może być tego przyczyną? W trzech czwartych książki odkryłam, że autor w sposób marginalny powołuje się na Słowo Boże. Tzn. sporadycznie je cytuje. Owszem używa terminologii biblijnej, głosi prawdy biblijne - dla mnie rozpoznawalne - ale ich nie dokumentuje. Przykład: w jednym z obszerniejszych fragmentów dotyczących kwestii moralności (i sumienia) nie znalazłam ani jednego wersetu (!). A szkoda.
I tutaj chylę czoła przed żoną autora, o której pisze on: To ona pokazała mi C.S. Lewisa, Jonathna Edwarda, teologię reformowaną (dużo cytuje Bonhoeffera i Niebuhra). I całe szczęście. Nie wyobrażam sobie tej książki bez tych cennych akcentów. Ale, czy naprawdę cytaty z C.S. Lewisa i Jonathana Edwardsa mają załatwić sprawę i przekonać sceptyków, że trzeba wierzyć?
Niewątpliwie intencją autora było dotarcie do serca sceptyka (a nie mojego :-). Kończy swą książkę ewangelizacyjnie, w subtelny sposób prowadząc czytelnika do decyzji. Na ostatnich stronach znajdziemy „modlitwę grzesznika” (wersja odpowiednia dla trudnego odbiorcy) oraz wskazówki, jak i gdzie rozwijać swoje chrześcijańskie życie.
Dlatego, niezależnie od mojego odbioru tej książki, mam nadzieję, że jak najwięcej ateistów, agnostyków i sceptyków, czytając ją, da się pociągnąć ku Bogu…
Myślę, że troszkę zaryzykowałam tu, pisząc tak szczerze. A nuż, ktoś mi zarzuci brak inteligencji (wreszcie jestem kobietą, a kobiety podobno nie potrafią myśleć logicznie :-) lub małą duchowość. Ale, wreszcie to mój blog a dzielenie się moimi tekstami jest rodzajem gościnności. Niejako zapraszam w mój wewnętrzny świat, aby gościć w nim drugiego człowieka, wierząc, że to zaproszenie uszanuje.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.