Do wstawienia tego pamiętnika na bloga pobudziły mnie ożywione wspomnienia z tego cudownego lata 2003 roku. Spowodowane one zostały nagłą śmiercią bliskiego przyjaciela, Warrena Cartera, który odegrał bardzo ważną rolę w opisywanym pobycie w Austrii.
Te dobre, ciepłe wspomnienia choć na moment łagodzą ból rozstania.
15 sierpnia - piątek
Nasz szalony pomysł zborowego wyjazdu na wypoczynek za granicę doszedł do skutku.
Przed nami wiele niewiadomych (jak pokonamy tak długą trasę, jak nam tam będzie; czy nasze optymistyczne obliczenia finansowe dotyczące budżetu obozu nas nie zawiodą; jak będzie przebiegała współpraca z Adolfem - właścicielem ośrodka, a jak z Warrenem C. - jakim jest nauczycielem; czy obejdzie się tym razem bez problemów z ludźmi, albo ludzi z nami...?). Jedno jest jednak pewne - mija 6:30 rano - wyruszamy. Musimy dojechać aż za Wiedeń (łącznie ponad 700 km). Tam, w małym miasteczku Tribuswinkel, na peryferiach Baden, Warren Carter zorganizował nam bazę noclegową.
Jest piękna pogoda, a więc i droga przebiega w miarę pogodnie. Musimy nauczyć się jeździć stadnie, albo gęsiego (stąd nowa ksywka dla Jaroszów: „mama i tata Gęś”). Nasze uśmiechnięte buzie podobają się zarówno celnikom czeskim, jak i austriackim. Nikt też nie pyta: Po co Asi i Piotrowi takie ilości żywności? Niektórzy z naszych smucą się, że nawet nie podstemplowano im paszportów :-(.
Niestety, jazda karawaną (5 samochodów) mocno wydłużyła naszą podróż. Do Wiednia dojeżdżamy już w ciemnościach. Skutek - jedna zguba. Na szczęście komunikacja komórkowa i dobre instrukcje sprawiają, że po jakimś czasie znowu jesteśmy w komplecie.
Na miejscu powitał nas Warren. Nasza baza noclegowa to, aktualnie remontowany na cele użytkowe dla potrzeb kościoła z Tribuswinkel, budynek po fabryce walizek - z przyległościami. To znaczy, oprócz hal fabrycznych są też pokoje, kuchenka i łazienka. Wszystko na etapie remontu i przebudowy, ale mimo to wciąż nadające się do użytku. Nam największą radość sprawiła informacja, że nie będziemy musieli spać na karimatach, które wieźliśmy ze sobą z Warszawy. Na miejscu znalazło się trochę kanap, a Warren postarał się o dodatkowe materace.
Po kolacji, zmęczeni, ale szczęśliwi, że pierwszy etap podróży już za nami, położyliśmy się spać.
Po kolacji, zmęczeni, ale szczęśliwi, że pierwszy etap podróży już za nami, położyliśmy się spać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.