piątek, 18 lutego 2011

Pamiętnik z Austrii - cz. 1

Do wstawienia tego pamiętnika na bloga pobudziły mnie ożywione wspomnienia z tego cudownego lata 2003 roku. Spowodowane one zostały nagłą śmiercią bliskiego przyjaciela, Warrena Cartera, który odegrał bardzo ważną rolę w opisywanym pobycie w Austrii.  
Te dobre, ciepłe wspomnienia choć na moment łagodzą ból rozstania.

15 sierpnia - piątek

Nasz szalony pomysł zborowego wyjazdu na wypoczynek za granicę doszedł do skutku.

Przed nami wiele niewiadomych (jak pokonamy tak długą trasę, jak nam tam będzie; czy nasze optymistyczne obliczenia finansowe dotyczące budżetu obozu nas nie zawiodą; jak będzie przebiegała współpraca z Adolfem - właścicielem ośrodka, a jak z Warrenem C. - jakim jest nauczycielem; czy obejdzie się tym razem bez problemów z ludźmi, albo ludzi z nami...?). Jedno jest jednak pewne - mija 6:30 rano - wyruszamy. Musimy dojechać aż za Wiedeń (łącznie ponad 700 km). Tam, w małym miasteczku Tribuswinkel, na peryferiach Baden, Warren Carter zorganizował nam bazę noclegową.

Jest piękna pogoda, a więc i droga przebiega w miarę pogodnie. Musimy nauczyć się jeździć stadnie, albo gęsiego (stąd nowa ksywka dla Jaroszów: „mama i tata Gęś”). Nasze uśmiechnięte buzie podobają się zarówno celnikom czeskim, jak i austriackim. Nikt też nie pyta: Po co Asi i Piotrowi takie ilości żywności? Niektórzy z naszych smucą się, że nawet nie podstemplowano im paszportów :-(.

Niestety, jazda karawaną (5 samochodów) mocno wydłużyła naszą podróż. Do Wiednia dojeżdżamy już w ciemnościach. Skutek - jedna zguba. Na szczęście komunikacja komórkowa i dobre instrukcje sprawiają, że po jakimś czasie znowu jesteśmy w komplecie.

Na miejscu powitał nas Warren. Nasza baza noclegowa to, aktualnie remontowany na cele użytkowe dla potrzeb kościoła z Tribuswinkel, budynek po fabryce walizek - z przyległościami. To znaczy, oprócz hal fabrycznych są też pokoje, kuchenka i łazienka. Wszystko na etapie remontu i przebudowy, ale mimo to wciąż nadające się do użytku. Nam największą radość sprawiła informacja, że nie będziemy musieli spać na karimatach, które wieźliśmy ze sobą z Warszawy. Na miejscu znalazło się trochę kanap, a Warren postarał się o dodatkowe materace.

Po kolacji, zmęczeni, ale szczęśliwi, że pierwszy etap podróży już za nami, położyliśmy się spać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.